Rozmaite Gackowej przypadki.
Blog > Komentarze do wpisu

Doktor Wisłocka



Na powyższym zdjęciu pani doktor Michalina Wisłocka wraz ze swą chrześnicą Michalinką podpisują egzemplarze "Sztuki Kochania" na kiermaszu z okazji Dni Oświaty Książki i Prasy w maju 1988 r. Nim doszło do takiej zażyłości i wręcz kumoterskich powiązań - wszak chrzestna matka dziecka to kuma rodziców tegoż, minęło wiele lat znajomości z panią doktor mojej mamy a potem i mojej. Kiedy mama była ze mną w ciąży pani Wisłocka opiekowała się jej ciążą. Przyjmowała w Poradni Świadomego Macierzyństwa przy Placu Trzech Krzyży w Warszawie i miała doskonałą opinię jako lekarz.  Pacjentki pod jej opieką nie roniły i rodziły zdrowe dzieci, choć nie używano wtedy USG, a maluchy pani doktor podsłuchiwała drewnianą trąbką. Mama przyzwyczaiła się do cierpliwej, wesołej lekarki, a lekarka przyzwyczaiła się do bystrej, oczytanej pacjentki. Po kilku latach znajomości gabinetowej panie zaczęły spotykać się na gruncie prywatnym. Zawsze miały o czym rozmawiać i bardzo się lubiły.
Kiedy pani doktor zamieszkała na Starym mieście miałyśmy do niej naprawdę niedaleko, mama często odwiedzała ją w domu i coraz częściej zabierała mnie ze sobą. Ja miałam wtedy około 13 lat, a pani Wisłocka właśnie skończyła pisać "Sztukę Kochania" i szukała dla niej wydawcy. Właśnie skończyła jest wyrażeniem nieścisłym "Sztuka Kochania" była napisana od 8 lat, gdy w końcu Iskry ośmieliły się ją wydać. Lobby rodzimych uświadamiaczy pod przewodnictwem niejakiego Mikołaja Kozakiewicza, z wykształcenia specjalisty socjologa od kobiety wiejskiej, robiło wszystko, by ta książka się nie ukazała. Świetnie wiedzieli, że po takiej publikacji nie sprzedadzą już nikomu swoich uświadamiających wypocin. Nim ją jednak wydano miałam okazję od strony autorki przyjrzeć się drodze przez mękę tej znanej pozycji. Mogłam sobie czytać różne wersje maszynopisu, widziałam jak w przychodni studenckiej w Mikrusie, gdzie pani doktor udzielała studentom porad antykoncepcyjnych Sztuka Kochania leżała wyłożona w poczekalni w postaci maszynopisu, żeby ludzie się nie nudzili dłuuuuuugim zawsze czekaniem na wizytę. Bo 45 minut na pacjentkę to było zdaniem pani doktor akurat. I ani minuty mniej. Widziałam w końcu jak po sukcesie wydawniczym nieszczęsna autorka zmuszona została do morskich podróży i kupna działki gdzieś w lesie, bo podjęcie pieniędzy z honorarium i wydanie na coś innego obłożone było drakońskim podatkiem.
Mamy jeszcze w domu pierwsze wydanie Sztuki Kochania z dedykacją autorki, tak zaczytane, że trzyma się razem za pomocą gumki recepturki. Wydano ją bowiem na byle jakim papierze i sklejono byle jakim klejem. Powinna się rozpaść po trzech czytaniach, a zniosła dużo, dużo więcej. Mimo to moja wychowawczyni w liceum , gdy przyszła jej kolej na lekturę, pouczyła mnie, że to wstyd tak nie dbać o książkę.
Seksy seksami, ale pani Wisłocka do dziś jest dla mnie wzorem lekarza. Bo naprawdę była ginekologiem ze stażami u największych polskich sław w tej dziedzinie, ale prawdziwy talent miała do patologii.
Tylko tam pacjenci niezbyt rozmowni byli. Żadna komórka ludzkiego ciała nie miała przed nią tajemnic. Wolała pracować z żywymi ludźmi.Wszystkie podejrzane cytologie swoich znajomych pań oglądała sama i sama wyrokowała, czy to co widać, to coś złego, czy lekarz opisujący preparat się nie znał.  A na różne choroby miała nosa jak dr. House. Różne nowotwory wykrywała u swoich krewnych i znajomych, jakby miała na nie radar. Większość jej interwencji była skuteczna. Mamę kiedyś wysłała na Wawelską z powodu niegojącej się kurzajki na ręce. Zmianę wycięto z ogromnym marginesem i nigdy więcej się nie ujawniła, ale nie była to kurzajka, niestety. Kurzajki dobra pani doktor kazała leczyć lizaniem przez psa. Gdybym sama swoich w ten sposób nie usunęła, to bym w to nie uwierzyła. Miała pani Wisłocka wielki czerwony zeszyt z różnymi złożonymi lekami do robienia w aptece. Nigdy nie kosztowały więcej niż 5 złotych i zawsze skutkowały. Czy migrena, czy grzybica, czy zapalenie pęcherza zawsze znalazł się jakiś cudowny i tani sposób w opłatku albo w płynie.
Kiedy miało się urodzić moje dziecko, pani doktor nie była w stanie prowadzić mojej ciąży. Dostała zawału i zamiast opieki lekarskiej dostaliśmy do zaopiekowania sie jej jamnika Dusiołka. Dusiołek spędził u nas prawie pół roku!
Postanowiłam nazwać córkę Michaliną, bo zdaniem Pani Doktor to imię świetnie się nosi. Ma mnóstwo zdrobnień, jest oryginalne i do wymówienia przez wszystkich ludzi na świecie. gdy to sobie planowałam pani doktor mruknęla, że nie ma ani jednego chrześniaka, że Michałów na jej cześć było sporo, ale Michalinki ani jednej. No i poprosiłam ją w kumy. Nie było by to wykonalne, gdyby w mojej parafii proboszczem nie był biskup Miziołek, on nie mógł udawać, że nie wie o przepisie, w myśl którego ewangelik może być rodzicem chrzestnym katolika, a pani doktor była ewangeliczką. Misia potwierdza, że jej imię jest bardzo wygodne w noszeniu.
Misia mówiła do niej zawsze Matko Krzesna.
Tęsknimy za Nią.
Mam po niej tę drewnianą trąbkę, którą podsłuchiwała dzieci.


poniedziałek, 06 października 2008, weisefrau
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2008/10/07 18:40:58
Potwierdza Pani to, co przypuszczałam o Michalinie Wisłockiej : takie książki musiała napisać kobieta nietuzinkowa. Dobrze, że czasem ktoś o niej wspomni.
-
2008/10/25 13:08:05
dawno tu nie zagladałam - a tu o Wisłockiej ! ja też ostatnio o niej gdzieś pisałam w necie - o jej wspaniałych sptkaniach z młodymi - moja epoka - na pewno jej ksiązki przydałyby się dziś wszystkim młodym a jej zapał i entuzjazm i miłosć do ludzi - może by tak gdzieś wskrzesić ją nie jako obiekt muzealny ale źródło wiedzy.
-
2013/06/25 16:33:45
Przydałaby mi się taka lekarka przed operacją stawów kolanowych. Już sam rezonans magnetyczny kolana był dla mnie przerażający, taka dobra dusza na pewno by pomogła.