Rozmaite Gackowej przypadki.
Blog > Komentarze do wpisu

Dostawcy

Kiedy byłam dzieckiem do mojego rodzinnego domu przychodziła tak zwana kobieta. Była okrągła, miała wiek nieokreślony, dwa zęby z przodu, burą chustkę i burą spódnicę. Kobieta owa przynosiła prosto do mieszkania jajka i cielęcinę. Dobra te wyciągała z koszyka w przedpokoju, na salony jej bowiem nie wpuszczano, inkasowała zapłatę i znikała pozostawiając po sobie charakterystyczny zapach więcej mający wspólnego z oborą niż z łaźnią. Musiałam być bardzo mała, gdy kiedyś na ulicy powiedziałam na cały głos -"Mama, idzie pani kobieta!"
Za Gomułki pani kobieta przynosiła śmietanę, sery i jajka. Jajka te przez całe dziesięciolecia były małe, bo od młodych kur. Kury pani kobiety były wiecznie młode. Musiałam liznąć nieco ekonomii by zrozumieć, że duże jajka od starych kur szły do punktu skupu. Gdyby pani kobieta oddała tam taki jajeczny drobiazg, jaki sprzedawała w mieście, to by się z deputatem nie wyrobiła.
Kiedy w celu przedłużenia świeżości przetworów mlecznych pani kobieta zaczęła dodawać do nich IXI (pierwszy detergentowy proszek do prania) babcia z zakupów zrezygnowała. Pogodziły się znów kiedy za Gierka zrobiło się krucho z mięsem i pani kobieta zjawiała się z cielęciną. Chętnie zabierała od nas również przechodzoną odzież nie opuszczając jednak ani grosza z ceny mięsa. Kiedyś zabrała ze sobą nawet starą pralkę Franię twierdząc, że 20 zł za nią to zbyt wygórowana cena. Nie mam pojęcia jak ta babina wytaszczyła pralkę z kamienicy i co z nią zrobiła potem, ale sobie z tym  najwyraźniej poradziła.
Począwszy od stanu wojennego kiedy za taki handel można było długo posiedzieć żadni domokrążni sprzedawcy nas już nie nachodzili. Potem w końcu rynek się wyrównał, sklepy zaczęły być sklepami i już myślałam, że instytucja pani kobiety całkiem znikła, gdy sąsiadki na Starym Mieście przedstawiły mnie Malarianowi. Malarian miał na imię Walerian, Malarianem nazwala go Misia ze względu na charakterystyczny zapach nader podobny do woni pani kobiety.
Malarian przez całe lata zaopatrywał w mięso Stare Miasto. Kiedy moje sąsiadki uznały, ze przyszła na to pora dopuściły mnie do komitywy.

Co wtorek o dziewiątej rano Malarian rozkładał na klatce schodowej sklep z mięsem. Wyciągał krwawe schaby bez kości,kaszanki, boczki i wędzonki, cielęcinę, wieprzowe i wołowe polędwice na parapecie, liczył należność na papierku plując na kopiowy ołówek - skąd miał w XXI wieku kopiowy ołówek pozostanie jego tajemnicą - i mówił "pińć złotych". Łatwo znajdował nabywców, bo jego towar miał stemple kontroli weterynaryjnej, ceny wahały się w okolicy 60% cen detalicznych, a z wędlin, które przywoził nie ciekła słonawa ciecz. To sprawiało, ze gospodynie przymykały oczy na gazety i foliowe torby w których te wiktuały przyjeżdżały do stolicy spod Mińska Mazowieckiego, poddawały je skrupulatnie obróbce cieplnej przed spożyciem i ... nikt się przez 20 lat niczym nie zatruł. Oprócz mięs w tobołach Malariana znajdowało się i mleko prosto od krowy, i twaróg własnej roboty. Te produkty tłumaczyły woń trwale otaczającą Malariana. Tak samo jak pani kobieta Malarian miał poważne braki w uzębieniu. Jedyny kłopot miałam z jego wylewnością. Po dokonaniu transakcji Malarian przysysał się do mojej dłoni na znacznie dłużej, niż wymagał tego standardowy cmok. Również życzenia świąteczne składał niesłychanie ekspresyjnie.

Już tam nie mieszkam. Już nie dla mnie są polędwice i boczki od Malariana. Jakąż przeżyłam niespodziankę, gdy w niedzielę o 10 rano odezwał się domofon. Przywieźlim kartofle, oznajmił męski bas. Jakie kartofle - spytałam. Irga, po złoty za kilo. Od włościanina w walonkach kupiłam 10 kilo kartofli. Włościanin miał z przodu wszystkie zęby i nie pachniał ani trochę oborą.
wtorek, 20 stycznia 2009, weisefrau

Polecane wpisy

  • Finito

    Koniec i bomba, kto czytał ten trąba. Mam dość Bloxa i się stąd wynoszę. Będzie mi brakowało tego szopa z nagłówka. Od sierpnia zapraszam tu , jeślikto ma ochot

  • O sztuce umiaru

    Ha, chyba się w edytorze blogowym coś zepsuło, takim go jeszcze nie widziałam. Spróbujemy. Czemu ludzie byli kiedyś chudzi, a teraz są grubi? Może nie wszyscy,

  • Ładne i... takie sobie

    Trzeba zebrać troszkę fotek do artystycznych kombinacji zimowych. Teraz kwiatki są, a za kilka miesięcy nie będzie. Zatem malutka Leica do kieszeni i polowanie

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/01/20 20:35:52
Hi hi hi, ty chcesz żebym sobie te oskrzela wypluła ze śmiechu!!!!! Ależ się uśmiałam, bardzo dobry tekst!!!!! no bomba po prostu!!!
-
2009/01/20 21:37:06
ha ha ha a u mnie kartofle to co tydzień w lecie a zimą raz w miesiącu jeździ u mnie to norma :-)
-
aeljot
2009/01/20 21:50:26
Opowieść super, miło się czytało :(
A kartofle pod domofon i ja ostatnio kupiłam ;)
-
2009/01/21 12:32:35
Ja mieszkam z dala od cywilizacji i też mam swoich dostawców, trzy razy w tygodniu przyjeżdza sklep objazdowy z artykułami pierwszej potrzeby :)
-
2009/01/21 22:19:25
Jako mama autorki bloga dodaję jedno wyjaśnienie i jedno rozszerzenie (oba dot. Pani Kobiety):
wyjaśnienie - Pani Kobieta, jako inicjatywa prywatna, kierowała się zasadami ekonomii. Małe jajka, które nam przywoziła, pochodziły nie od jej własnych młodych kurek (podejrzewam, że wcale nie hodowała kur), lecz były kupowane w zaprzyjaźnionym punkcie skupu jaj na kilogramy, a sprzedawała je na sztuki. Małych jajek wchodziło na kilogram ok. 20, a dużych 14 - 15. A cena za 1 szt. była jednakowa. Chociaż w sklepach państwowych jajka, jeśli były, bywały większe i tańsze, ale nie smakowały jak jajka; w państwowych fermach karmiono kury różnymi paskudztwami, a więc jajka miały czasem smak tranu, czasem zdechłej ryby.... Nie nadawały się ani do jajecznicy, ani do ciasta, ani na miękko. A jajka od Pani Kobiety miały smak jajek.

rozszerzenie - kiedy na dobre zaprzyjaźniłam się z dr. Wisłocką, zaczęłam zamawiać u P. Kobiety ogony cielęce. Tymi ogonami zdobyłam serca jamników Pani Doktor - Marago i Pajka. Witały mnie odtąd bardzo radośnie, obskakiwały i okazywały tkliwe uczucia, nawet gdy nie miałam ze sobą tych ogonów. Słyszę jeszcze wesoły głos Pani Doktor: "Uspokójcie się, myślicie, że ona ogony po kieszeniach nosi?"
-
2009/01/24 21:06:00
hm - ziemniaki i jabłka tudzież inne dobra warzywne bywają pod domofonem od czasu do czasu, a w każdy piątek zjawiają się jajka. Pan od jajek uzębiony jest jak trzeba i na osiedlu pojawia się eleganckim pojazdem. Natomiast nabiał i inne produkty zwierzęce przywoził na osiedle dziadek chyba jako jedyny poruszający się pojazdem konnym w naszym mieście. Na owym wozie wszystko żyło własnym życiem i nijak nie mogłam zrozumieć tego stadka kobiet, które regularnie wybiegały na zawołanie "mleeeeeeeeeeeeko". Widziałam na własne rodzone oczy jak po zakończeniu sprzedaży udawał się do śmietnika celem zdobycia opakowań na mleko brrrrrrrrrrr. Od jakiegoś czasu nie widuje dziadka, więc nie wiem czy pogoda go zatrzymuje czy tez rozwozi produkty po niebiańskich drogach bo miał pewnie ze 140 lat.