Rozmaite Gackowej przypadki.
sobota, 21 lipca 2012

Koniec i bomba, kto czytał ten trąba.

Mam dość Bloxa i się stąd wynoszę.

Będzie mi brakowało tego szopa z nagłówka.

Od sierpnia zapraszam tu, jeślikto ma ochotę:

 

http://weisefrau.blogspot.com/

piątek, 20 lipca 2012

Ha, chyba się w edytorze blogowym coś zepsuło, takim go jeszcze nie widziałam.

Spróbujemy.

Czemu ludzie byli kiedyś chudzi, a teraz są grubi? Może nie wszyscy, ale większość?

No czemu?

Bo za dużo jedzą, to jasne. Ale kiedy i jak się to stało?

Opowieść babci z lat pięćdziesiątych: W sezonie na truskawki mój mały wtedy

wujek dostał do łapy kilka monet i poszedł na plantację po kilogram truskawek.

Truskawki miały być dla całej rodziny, dla czterech osób.

Wracając do domu z tej plantacji mały wujek zjadł wszystkie owoce.

Było to wydarzenie tak niesłychane, że opowiadano mi o tym, kiedy byłam

mała a na straganach leżały truskawki jak o największej zbrodni.

Lata siedemdziesiąte: Na straganie w Łebie, w środku sezonu turystycznego

pojawiły się brzoskwinie.

Odstawszy ogonek mama kupiła dla nas dwóch kilogram owoców. W głębi

ducha uznałam to za ilość za małą dla mnie jednej.

Dziś: codziennie dla Pana Męża kupuję 3/4 kilograma czereśni. Zjada je sam

bez gadania i konsekwencji. Sobie kupuję

3 nektarynki i też je sama pożeram. Uważam z nimi, bo spokojnie mogę zeżreć

i 3 kilo, nigdy nie mam ich dość. A owocami

można się utuczyć do kształtu piłki. Popatrzcie na niedźwiedzie, one przed

zimą pasą się do rozpuku owocami i sadło im rośnie wystarczające na całą zimę

niejedzenia.

Jedliśmy kiedyś mniej wszystkiego. Parówki - od słowa para, czyli dwie - to

była porcja dla jednej osoby. Chleba, dwie małe kromki, kotlety mielone na

ł dłoni, dwa kartofle na głowę do obiadu. Ciastka bardzo rzadko.Cukierki

jadało się na sztuki a nie na kilogramy. Czekolada, w ilości jednej tabliczki

była rozpustą dla całej rodziny, to samo z torcikiem

wedlowskim. 

Teraz batonik jest na jeden chaps. Nie wspomnę o zupełnie dawniej nieznanych

rzeczach do jedzenia i picia, takich jak chipsy, orzeszki solone i słodkie napoje,

co ich można zjeść do miliona kalorii i być dalej głodnym.

Rozpusta i tyle. Kompletny brak umiaru.

poniedziałek, 16 lipca 2012
Trzeba zebrać troszkę fotek do artystycznych kombinacji zimowych. Teraz kwiatki są, a za kilka miesięcy nie będzie. Zatem malutka Leica do kieszeni i polowanie zaczęte.
Nie robię kwiatom zdjęć artystycznych, jedynie dokumentacyjne. Chcę wiedzieć na pewn jak umocowany jest kwiat na łodydze, jakie fałdki są na płatkach, jak ząbkowane są brzegi i jak kosmate łodyżki. Czasem jednak nawet z takim nastawieniem zrobi się coś fajnego. Ot choćby stadko motyli pasące się na kwiatach jeżówki w towarzystwie bąków i much.
Malutka Leica mimo, że wygląda jak małpka jest piekielnie szybka. Motyle siedzą przy jedzeniu ze złożonymi skrzydłami, rusałka ma skrzydełka z drugiej strony w dość asfaltowym kolorze i bez wzorka.



Głośno ostatnio o biedronkach ludojadach. Ale to chyba jest zwykła biedronka, jakich ostatnio też pod dostatkiem jest. Za to mszyc nie ma.



A tak rozwija się fuksja:



Jutro będzie tancereczką z długim słupkiem.
Mieszkam w końcu w mieście, a bez żadnych podróży, w granicach kilkuminutowego spaceru mam chyba wszystkie letnie kwiaty, jakie tylko mogą przyjść do głowy. Ogródki ursynowskie, kocham was!

To tyle o rzeczach ładnych. Pora na gorsze.
Pisałam już kiedyś o mojej obsesji na punkcie ludzkich stóp i butów. Pewne widoki prześladują mnie po prostu, wbijają się w oczy i ryją nory w pamięci.
O, takie widoki:



Albo takie:



Ja się nie wyśmiewam, ja się tego boję.
W czasach kiedy ważyłam 50 kilo miałam stopy jak dzieciak. Teraz od wieku, wagi i namiętnego chodzenia na długie dystanse w klapkach trochę to inaczej wygląda.
Domowe sposoby na twarde pięty to kpiny, codziennie używany pumeks wykonuje zaledwie taką pracę, jak dawniej wykonywało zwykłe mydło. Rzekomo zmiękczające kremy do stóp z drogerii to jakaś sciema. Im większy brzuch, tym trudniej dobrać się do własnego południowego bieguna w celu doczyszczenia, opiłowania i pięknego pomalowania czego trzeba.
Wybrałam się raz na tradycyjny pedicure. No prawda, że mam łaskotki, ale tego, co mnie czeka się nie spodziewałam. Tortura chińska! Nigdy już tego nie powtórzę.
Bratowa znalazła manicurzystkę, która stosuje nową metodę pedicure z kwasami AHA. I umie położyć hybrydowy lakier na pazurki. Obie z Alicją poddałyśmy się fachowej obróbce. Nie było chińskich tortur. Urocza pani ściągnęła z nas tę straszną skórę nie siłą, a sposobem. 
Obie mamy teraz pięty jak trzylatki a ja mam jeszcze wściekły, czerwony jak strażacki wóz lakier na wszystkich paznokciach.
Teraz pozostaje mi do zimy znaleźć preparat do samodzielnego usuwania tej strasznej skóry z pięt, nie będę przecież zimą pazurów u nóg malować hybrydą.
Ktoś coś o tym wie? Gdzie to kupić?

niedziela, 15 lipca 2012
Tym razem chciałam się pobawić kredkami akwarelowymi.



Same kredki akwarelowe niestety nie dają intensywności koloru, do której przywykłam.
Zatem po nich przyszła kolej na akwarelę. W to której z kolei jestem jeszcze cieniutka. Wykończyłam to zwykłą suchą pastelą.
W trakcie roboty trzeba było całość uprasować, bo mi się nie chciało papieru naciągnąć. I fałdziste falbanki powstały.
Dość tych irysów na razie.
Fuksje kwitną jak głupie, nasturcja też już kwitnie, pora się za nie brać, bo lato się skończy a ja z niczym zostanę.
Dla zainteresowanych: 
Wydawnictwo RM wydało właśnie w serii Atelier Domowe książeczkę autorstwa Jenny Keal Pastele Zaczynamy Malować.
Fajne turtoriale, krótko, rzeczowo wyjaśnione co i jak. Parę doskonałych patentów w niej znalazłam.
Hiszpańskie podręczniki malowania są do d.... Anglicy jakoś jaśniej się w tej materii wyrażają.



18:02, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (4) »
piątek, 13 lipca 2012
Kiedyś, dawno temu, wydawało mi się ze moja rodzina jest OK, a inne są jakieś dziwne. Na tej samej zasadzie mojej mamie wojna za oknem i ojciec w oflagu wydawały się najnaturalniejszą sprawą na świecie.
Potem zgodnie z prawami rozwoju ludzkiego rodzina podobała mi się coraz mniej, a dziś liżę zadane przez nią, głębokie, a jakże, rany. I dziś widzę, że niemal wszyscy mają tak samo. Niektórzy nie zwracają uwagi na blizny, inni dłubią w tych ranach patykiem. 
Niemal każdy musi sobie wytworzyć jakieś mechanizmy ochronne, jakieś wyjście wewnętrzne w sytuacjach kryzysowych.
Niektóre z nich są akceptowane i szanowane, inne budzą grozę na samo ich wspomnienie. Człowiek musi być kreatywny, bo zostanie zjedzony przez bliźnich.
Oto znane mi sposoby na zniknięcie i bycie znikiem. Niektóre z nich praktykowałam i praktykuję nadal, inne miałam okazję jedynie obserwować. Termin wzięłam od Stephena Kinga of cors.
wyjść z domu i nie wracać tak długo jak się da;
iść do koleżanki;
iść do pracy i nie mówić nigdy, kiedy się wróci;
iść na zakupy;
iść do kina;
iść gdziekolwiek;
układać pasjanse;
czytać zapamiętale i utonąć w lekturze (babcia czytała Błękitny Zamek, wujek Dwóch Kapitanów, Misia książki o Hannibalu Lecterze);
uczyć się kompulsywnie (w mojej rodzinie metoda stosowana przy najwyższej aprobacie bliźnich, byle by nie naruszała status quo, można znać 600 języków, umieć w teorii i praktyce wszystko, byle nie wykonywać dobrze płatnego i szanowanego zawodu)
grać na instrumencie i nie słyszeć kochanej rodziny,
rysować i niczego nie słyszeć;
czytać na raz grubą książkę, oglądać TV do flagi i grać do upadłego na komputerze;
grać na komputerze bez czytania i oglądania;
zostać kolekcjonerem czegokolwiek;
upić się;
upijać się codziennie;
wracając do domu strzelić jedno piwo;
łyknąć "tabletkę debilizującą";
łykać codziennie komplet tabletek debilizujących, lekarze bywają pomocni;
biegać po lekarzach;
prowadzić życie knajpiane;
uprawiać gry towarzyskie;
chodzić na polowania i na ryby;
zdobywać koronę Himalajów lub samotnie opłynąć Świat;
upalić się;
latami wykonywać w domu prace zlecone, pędzić od siebie wszystkich, bo się przecież zarabia;
zamknąć się w ciemni fotograficznej;
kompulsywnie robić na drutach, haftować, szydełkować;
zajmować się dobroczynnością;
sprzątać;
gotować całymi dniami;
spać dniami i nocami;
cały rok uprawiać ogródek;
gadać strasznie dużo i bez sensu;
słuchać muzyki (dziś, w dobie przenośnych urządzeń do odtwarzania muzyki metoda szczególnie popularna, choć nie tak męcząca dla bliźnich jak dawniej);
udawać idiotę;
Jak widać z tej listy wykonywana przez uciekiniera od rzeczywistości ulubiona czynność jest w zasadzie obojętna. Można grać w kulki a być obecnym, można przy tej samej czynności zostać pełnym znikiem bez kontaktu.
Czynności mogą być niewinne albo bardzo podejrzane. Na pracę silnika nie ma to wpływu. Ważne jest natężenie zaangażowania. Znik znikł i dla rodziny go nie ma. I prawdopodobnie nie będzie. Mógłby być na Księżycu albo w Alabamie.
O, takie mnie teraz rozważania nurtują.
Macie jeszcze jakieś sposoby na bycie znikiem?


 


wtorek, 10 lipca 2012
Kto wchodzi do domu oblizuje się na widok ostatnio wykonanej pasteli z irysami. I w trybie dość pilnym powinnam wykonać ich jeszcze kilka.
Dobrze, ze kiedy była po temu pora dość szczegółowo fotografowałam mamine zbiory na działce. Bo teraz to tylko szpinak i sałata tam rosną.
I mam obfite archiwum irysowe. Do maja wystarczy.



Czy coś mu jeszcze brak, czy może już taki zostać? Kilka dni na niego popatrzę i zadecyduję.

Spieszę dodać, że rysowanie to jedna z podstawowych metod zachowania zdrowego rozsądku w niesprzyjających okolicznościach.
22:54, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (8) »
niedziela, 08 lipca 2012
Upały dają się nam we znaki. Miasto jest rozpalone, śmierdzące i trudne do zniesienia.
Nasz ogródeczek, cienisty niemal przez cały dzień i chłodniejszy niż rozgrzane ulice stał się dziś miejscem schronienia dla miłego gościa.
Kacperek najpierw zażądał garnka z wodą na tarasie i pięknie się w tym garnku chlapał.
A potem odkrył oczko wodne. Okazało się, że samochodziki pływają! A to amfibie!



Dziecka trzeba pilnować nieustannie. Kretka przez cały dzień na nogach strzegła malucha przed niebezpieczeństwami.


Niech sobie ludzie pilnują szczeniaka, suka i tak wie lepiej jak się pilnuje i gdzie trzeba co jakiś czas obwąchać. Ludzkie szczeniaki są znacznie bardziej kłopotliwe niż psie. Ale potrafią rzucić piłeczkę!
A już przy takim jeziorze nie zaszkodzi i pilnujący ojciec i pilnująca suka.



Biedna Muszka miała rozdarte serce. Też pilnowała dziecka, ale cały czas walczyła ze sobą, żeby go nie pogonić. Trzymała się na dystans.
Jakieś dziecku musiało jej nieźle kiedyś dokuczyć.

Niestety, po takim pilnowaniu dziecka okołooczkowe zasiewy są całkiem stratowane. Przynajmniej tych wysokich, obiecujących roślin już nie ma, ale co tam. Dzieciak szczęśliwy.
czwartek, 05 lipca 2012
Naturalnie te listki w formie dziergadła, a kropelki wody z koralików zrobione.
Robiłam, robiłam i zrobiłam. Miał być jeszcze większy ten szal, ale cierpliwość mi się skończyła. Zatem zaledwie 1000 metrów jedwabiu z merynosem z Zagrody przerobiłam na listki wierzby.
Przyszywam taśmę. Jakby nie liczyć brzeg zawsze wychodzi za długi.




Zeszyty, w formie zewłoka, nie prezentuje się szczególnie efektownie.



Ale po kąpieli w Eucalanie i naciągnięty na druty wygląda lepiej:



Miarka pokazała 180 x 90 centymetrów. Na czubku każdego listka wisi srebrzysta kropelka.



Dopiero w taki sposób mogłam pokazać koraliki.



I tu też je widać. Niech sobie schnie, powinien za godzinę być gotów do użycia.
I teraz na jakiś czas chyba będzie przerwa w dzierganiu. Pora poczytać, pobawić się lalkami, może haft jakiś pociągnąć. Sweter w celtyckie warkocze pojedzie ze mną na wakacje, a teraz stop dziergactwu.

Trochę się opamiętałam, bo szafa pełna, chodzić jest w czym, i nie ma sensu dziergać dla dziergania jedynie. Jest jeszcze trochę innych ciekawych rzeczy na świecie.





poniedziałek, 02 lipca 2012
Ostatnia zima była dla roślin straszna. Bardzo wiele z nich wymarzło.
Na naszym osiedlu ponad połowa żywopłotów została zniszczona i ogrodnicy wymieniają teraz suche badyle na coś żywego.
Moja ogromna róża próbowała nawet wypuścić liście i zakwitnąć, ale w połowie czerwca padła na amen. Połamałam grabie próbując wykopać karpę z ziemi. Trzeba będzie pożyczyć szpadel od ogrodnika.
Kupowanie szpadla nie ma sensu, mój przerośnięty tysiącem korzeni ogródeczek daje się uprawiać jedynie grabiami.
Niebieski klematis na tarasie nawet znaku życia nie dał po zimie. W Biedronce kupiłam dwa jakie bądź i posadziłam w tej samej donicy. Niestety, piękny niebieski skonał po miesiącu, a martwo fioletowy kwitnie jakby go kto prosił.



Zrezygnowałam jak widać ze skrzynek. jest więcej miejsca na tarasie, a co ma kwitnąć, to kwitnie w skrzyniach i donicach. Bugenwilla ma masę liści, ale ani jednego kwiatka, małpa jedna. Kobea dzielnie zarasta okno i pewnie jak zwykle nie zakwitnie, ale przynajmniej wytrzymuje koszmarny upał na tarasie i zacienia sypialnię w tempie 20 cm dziennie.

Posadzony dwa lata temu maleńki wiciokrzew wiele nie urósł, ale w końcu kwitnie. Fakt, że zeszłego lata Kretka wykopała go trzy razy ze wszystkimi korzeniami. Jego kolega cienko przędzie, ale żyje. Nie wiem, nawozić, czy nie.



Tej zimy padł cały barwinek a z trawnika nie zostało ani jedno źdźbło trawy. Wokół czarnego, plastikowego oczka straszyła goła ziemia.
Skopałam to widłami tyle o ile, rozsypałam w całym ogródku worek azofoski i dolomitu i sypnęłam hojną garścią wokół oczka mieszankę nasion z Lidla a na reszcie areału trawę do cienistych miejsc.
Przygotowałam się duchowo na coroczną porażkę a tymczasem....



Dolewam konewką wody do oczka, bo to oczko to raczej podło dla ptaków i psów jest. Ptakom jest wygodniej, gdy woda sięga wysoko. Okropny, czarny brzeg jest raczej nie do ukrycia, ale lilia wodna jak widać czuje się nieźle. Posadziłam ją w ciężkiej donicy i psy nie są już skłonne do wyciągania jej z wody. Papirus czuje się doskonale i kwitnie na potęgę, w domu nigdy nie kwitł.








Lubię mieszanki typu łączka, kwitnie to cały sezon, ma się niespodziankę, bo nigdy właściwie nie wiadomo, co wyrośnie. Tym razem mogę podziwiać kąkole i koronkową ozdobność zwykłej marchwi. Ponieważ widzę już i byczki i nagietki i masę astrów nie będzie nudno.
Trawa nie kłosi się i jakoś nie mam serca jej strzyc. Lubię widok długich, kosmatych ździebeł. Muszka w trawie wygląda przepięknie.
Teraz jedyna robota to zbierać psie kupy. Można przywyknąć.

A barwinek po koktajlu z azofoski i dolomitu gdzieniegdzie odbija. Dąbrówka punktowo się trzyma, truskawka ukradziona ze zdziczałych działek puszcza wąsy i może będę jeszcze miała Strawberry Fields na Ursynowie. Na owoce truskawki się nie nastawiam, ale liście znoszą cień doskonale.
 



wtorek, 26 czerwca 2012


Miałam zamiar ubrać nową Poppy Parker w sukienkę jak z lat pięćdziesiątych: dekolt pod szyję, suta spódnica, dopasowana talia.
I przedobrzyłam z krojeniem, stanik ze skosu zrobiłam.
Nie pomogło krochmalenie szmatki, Poppy wyglądała w tej sukience tak samo ja ja w dzieciństwie ubrana w sukienkę mojej mamy. Żałość po prostu. 
Szkoda, bo kiecka ma odszyte bezacami i dekolt i ramiona.
Ale nic się w przyrodzie nie marnuje. Z szafy wyjrzała Maoryska Księżniczka i powiedziała, że jak Poppy niezadowolona, to ona reflektuje, że sukienka na nią będzie dobra, bo ona ma cyce jak donice.
Faktycznie ma. Skos się na tym biuście ułożył jak widać doskonale.
Poppy suszy włosy umyte z makabrycznej ilości lakieru i prezentuje prototypowe spodnie. Można je oglądać tylko z tyłu, bo coś mnie natchnęło na zrobienie zapięcia z przodu. I.... nie wyszło to tak jak planowałam. Panie właśnie kombinują, czy pasek i lamówka z niebieskiej wstążki podkreślą, czy zgaszą koncepcję plażowej sukienki sprzed 60 lat.






No, są lamówki, pasek, kokarda z tyłu i jedwabna chustka zawiązana zgodnie z duchem czasu.
Tylko Maoryska Księżniczka jest za wysoka, nogi za długie. Suknia powinna sięgać do pół łydki.

16:11, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45