|
Rozmaite Gackowej przypadki.
wtorek, 17 listopada 2009
Skoro już wiem, że jeżyk jest panienką, to będę o jeżynce pisać. Z wieczora po cichutku znikła z talerzyka zawartość saszetki dla kota. Jeżynka znikła pod półką. Załadowałam ją do sianka i dałam jej spokój. O drugiej w nocy obudziło mnie burczenie Kretki. Pies siedział jak oczarowany przed oknem balkonowym i wpatrywał się w pędzącego po tarasie w tę i nazad jeża. Siadłam obok psa i też patrzyłam. Z talerzyka do rana znikło wszystko co do kęska. Bałam się, że zwierzak pęknie. Zupełnie niepotrzebnie. Jeż o tej porze roku musi być bez dna. Rano po odbębnieniu psich obowiązków zapakowałam jeża do nielubianej, ale miłej w dotyku czapki, czapkę wsadziłam w worek nieprzemakalny - kto tam wie ile i kiedy jeże sikają - i zabrałam kilka paczek chusteczek higienicznych jako pieluchy, dla siebie fajki. I w drogę. Kasia ze stowarzyszenia Nasze Jeże już na nas czekała. Obejrzała malucha i już było wiadomo, że to zdrowa, silna, ale trochę za mała na samodzielne zimowanie jeżowa dziewczynka. Bez kleszczy! Iggi została wykąpana, w wodzie się pięknie rozkulkowała i okazała nam buzię i brzuszek.Wysuszona suszarką do włosów wyglądała na całkiem zadowoloną. Nawet wystawiła nos z czapki. A ja już więcej wiem o żywieniu jeża i przechowaniu go przez zimę. Spodziewam się niebawem wizyty inspekcyjnej Kasi a być może dostanę na przechowanie na tarasie drugiego iglaka-chłopaka. Zamiast jedzenia dla nas przyniosłam do domu pudełko suszonych krewetek i Whiskas. Czapka wylądowała w pralce a jeżynka w domku z siankiem. A w nocy znów będziemy podziwiać tarasowego biegacza i pożeracza kociego żarcia.
poniedziałek, 16 listopada 2009
Ciemno się robi bardzo wcześnie. Idę sobie po Ursynowie z Kretką na sznurku, a tu na trawniku kulka leży iglasta. I jakiś pies baaaardzo się nią interesuje. To ja kulkę psu sprzed mordy (w rękawiczkach) myk i na rękawie palta ją sobie ułożyłam. Poszliśmy w trójkę, kulka, Kretka i ja do sklepu zoologicznego zaprzyjaźnionego. Dostaliśmy tam pudło, sianka 2 worki i kocie żarcie. W domu kolczasta kulka dostała oprysk z Fiprexu (na pchły i kleszcze) na szerszy, doogonowy koniec, a potem została zakwaterowana na frontowym tarasie w pudle z sianem. Na talerzyku dałam kulce saszetkę od felixa a w miseczce wodę. Jutro jedziemy na jeżowy przegląd do pani ze stowarzyszenia Nasze Jeże. Dowiemy się jak iglaka pielęgnować, czy może zimować w ogródku, czy raczej w domu. Zdjęcia jutro, zwierzak miał już dość atrakcji jak na jeden wieczór. O tej porze zdrowy jeż powinien już spać słodko. A sikorki, na razie tylko bogatki zjadają prawie 20 deko słonecznika dziennie. Rudzik już był sprawdzić, czy kuchnia wydaje, mazurki też sobie o nas przypomniały. Czasem do karmnika próbuje wleźć sroka, ale marnie jej to idzie. Karmnik dla takich wielkich krów się nie nadaje. Sroka ze złości kradnie kulki z karmą.
sobota, 14 listopada 2009
Na wczorajszym porannym spacerze wrzuciłam psią piłeczkę na drzewo. Wysoko. Nie dała się nijak zdjąć. Więc poszłyśmy obie do psiego - zabawkowego. Na piłeczkowym regale znalazłam poszukiwaną piłeczkę na sznurku, bo tylko taką potrafię zadowalająco daleko rzucić, nowy model piszczącej piłeczki od Trixie wytrzymujący 3 tygodnie a nie trzy minuty gryzienia i coś, na czego widok osłupiałam: walec z kauczukowej gumy z mocną, sznurkową rączką. Długi na 25 centymetrów, gruby na trzy centymetry, elastyczny i bardzo ciężki. Dla urody pomalowany w psie łapki. Jedyny przedmiot, z którym mi się to urządzenie skojarzyło, to milicyjna lola. Spytałam pani, czy to aby legalne, bo zabić tym można szybko i boleśnie. Można połamać komuś kości, zdruzgotać kręgosłup, skatować człowieka lub zwierzę na cacy. Nawet przypadkowe uderzenie tym czymś jest wściekle bolesne. Kosztowało 15.50. Kupiłam, bo Kretce się świetnie w pysku mieści. Jak psu się znudzi, to lola zląduje w moim rękawie. Przyda się na długie zimowe spacery po ciemku. A swoją drogą czy ktoś ten import kontroluje?
środa, 11 listopada 2009
Robiąc na drutach przez ostatnie kilka miesięcy nieco zdziczałam. Ludzi widywałam w sklepie i na ulicy, ale nie w domu. Zaczęłam, jak nigdy dotąd umilać sobie czas oglądając seriale na AXN w ciągu dnia (z drutami w rękach). Gdyby nie telefon i zajęcia plastyczne być może odwykłabym od rozmawiania. Tomek jest albo nieobecny ciałem, albo zajęty i nieobecny duchem. Na pogaduchy mamy dziennie jakieś 10 minut.A ostatnio jakby się to odmieniło. Okazuje się że jest dookoła mnóstwo ludzi do widywania się. I do pogadywania. Zwłaszcza, ze Tomek kilka dni temu został stryjko-dziadkiem, albo dziadko-stryjkiem jak kto woli. Dziś były u nas z wizyta obie mamy, Misia i Usia. Przyszły oglądać jakiś wyjątkowo trafiony zakup odzieżowy. Tomek pisał, mamy i Misia dostarczały rozrywki mnie, a Usia Kretce. Doszło do tego, ze pies ma własnych gości! Suki bawią się żywiołowo, ściągają dywaniki z podłogi, galopują po salonie, podgryzają sobie uszy i plączą się pod nogami. Wyrzucone do ogródka wracają natychmiast do domu. Drzwi balkonowe są usmarowane do wysokości 1.60 m, bo Usia jest dużym pieskiem. Usia jest podobna do Scooby-Dooby-Doo. Zęby wyglądają groźnie, ale to są zupełnie nieszkodliwe zabawy. Kotłowanina trwa aż się zwierzaki zmęczą. Podczas psich zapasów oczywiści wylewa się z misek woda, przewracają się krzesła i fruwają kłaki. Aż się kumy zmęczą. Potem jest spokój. Postać kruka jest gotowa, od jutra zabieram się za liście akantu. ![]() Haft jest bardzo plastyczny, szybko się go robi - kłopotliwe jest natomiast korzystanie ze schematu w książce. Schemat jest malutki, lupa do niego się przydaje. No i książka nieporęczna. Co kilka ściegów trzeba się do biurka odwracać. Powinnam zrobić z wzoru powiększone, kolorowe xero, ale nie chciało mi się inwestować. Haft wymaga sporo nici. Nie ma mowy o haftowaniu oszczędnymi półkrzyżykami. To ma być tkanina na ścianę nie przytwierdzona do żadnej deski. Nie powinna się zatem wykrzywiać. Aby tak się stało po lewej stronie musi być tyle nici, ile się tylko da - im grubiej, tym lepiej. Tak w wiktoriańskiej Anglii robiono ręcznie haftowane dywany do domu. Oto lewa strona: Śpieszę ponadto z ukontentowaniem powiadomić czytelników, ze blog został ponownie wyróżniony przez Zygfryda oraz przez magbod. Bardzo się cieszę, informuję, zamieszczam do nich linki jak widać. ale dalej nie wiem, komu odesłać. Wszystkich kumotrów już nagrodziłam chyba....
niedziela, 08 listopada 2009
Zanim zaczęłam znosić do domu kłęby wełny dostałam w prezencie książkę z adaptacjami wzorów Williama Morrisa do haftowania. Wełną naturalnie. Wzory są tak piękne, że zainspirowały mnie do poszukiwania surowca, zwłaszcza że Pan Mąż wyraził stanowczo chęć posiadania tapiserii z krukiem. Przesiadka z cienkiej muliny na wełnę jest również spowodowana tym, że haft wełną jest przyjaźniejszy dla wzroku. Popadłam na jakiś czas w wełniany obłęd. Wypchałam wełną do haftowania komodę, skrzynię i szuflady w łóżku. No i teraz mam jeśli o kolory chodzi wybór wprost niesłychany. Nawet najprawdziwszego Appletona posiadam w niewielkich ilościach. Szafy takie bardziej pionowe wypchałam surowcem do robienia na drutach, którym haftować też się da. Zgromadziłam bogactwo z alpaką i wełną islandzką włącznie. Haftowanie wełną ściegiem gobelinowym i koszykowym (żeby się kanwa nie krzywiła) przebiega znacznie szybciej niż krzyżykami na kanwie 18. Oto pokój przerobiony chwilowo na hafciarnię wełnianą: Siadłam sobie do tego Kruka dziś po obiedzie, puściłam audiobooka i kruk już się ukazuje z niebytu: Biała kanwa Penelope jest łatwiejsza w obsłudze niż beżowa bo lepiej na niej mazak widać. Wełniane ściegi kładzie się prosto i szybko, jednak nawet niewielka zawartość tworzywa sztucznego w nici bardzo utrudnia pracę. Zatem każdą włóczkę bez metki gwarantującej 100% zawartość wełny poddaję próbie ognia. Nie będę się z tym krukiem biła. A oto jak mniej więcej ma wyglądać skończona tapiseria: Trochę to haftowanie potrwa, bo nigdy nie byłam specjalnie pośpieszna w wykonywaniu robótek. No i coś mnie rwa kulszowa dopada. Siedzieć mi trudno. Ale po wykonaniu tego początku wiem, że trudno mi będzie tego nie haftować. Szybkie przybywanie haftu jest wielką gratyfikacją.
piątek, 06 listopada 2009
Z resztki kolorowiuśkiego merynoska zrobiłam sobie golf do swetra. Metodą raglanu robionego od góry. Za jednym zamachem wyzerowałam zapas nitki, przekonałam się, że tak się da wykonać coś większego i mam kombinowany sweter: Na zawieruchę golf, na okazje towarzyskie ponętny dekolt w serek! I obyło się bez mozolnego dzielenia kłębka na trzy malutkie kłębuszki: na przód, na tył i na golf. Przekonałam się również, ze przy tak wykonywanym wyrobie różnica grubości drutów na golf-ściągacz i resztę nie może być zbyt wyraźna, bo się buła robi pod szyją. Na szczęście wełna merynosowa świetnie się prasuje, uff. Koniec knitcola!
Straszna świńska grypa szaleje na świecie! Dziennikarze mają o czym pisać. WHO zarządziła pandemię. Politycy mają nowe pomysły na wzajemne sobie dokopywanie vide premier Tymoszenko i prezydent Juszczenko, koncerny farmaceutyczne będą zarabiać krocie i będzie o czym plotkować w kolejce do lekarza. I na bazarku w kolejce. Ach, jaki piękny temat do paplania co ślina na język przyniesie. Ciekawe, że rodacy boją się tej grypy tak bardziej teoretycznie i nieodpowiedzialnie. I jak się pojawiła grypa z przydawką "świńska" to dopiero ich ruszyło. A zwykłej grypy, corocznej, która potrafi w tydzień zdrowemu człowiekowi zamienić serce w kapeć do przeszczepu, porazić sploty nerwowe i wysłać na tamten świat zastępy staruszek o obniżonej odporności z powodu powikłań jakoś się Polacy nie boją. Szczepi się ledwie 5 % obywateli. Zasmarkane i kaszlące dzieci bezmyślnie wysyła się do przedszkola i do szkoły, bo by trzeba im w domu opiekę zorganizować. Smarkajacy i kaszlący ludzie, którzy powinni siedzieć w domu bezwstydnie idą do teatru i sieją wirusy na widowni. Albo w metrze, albo w markecie. Gorączkujący dorośli bardziej boją się niezadowolenia szefa niż potencjalnie śmiertelnej choroby i prują śmiało do pracy zarażając po drodze kogo się da i wszystkich kolegów z pracy. Chore matki nie położą się do łóżka w zamkniętej sypialni, tylko będą łazić po domu robiąc wszystko to, co zwykle, aż sprzedadzą zarazę całej rodzinie i wszystkim sąsiadkom spotkanym na schodach. Z przeziębieniem nie ma przecież sensu iść do lekarza, Trzeba sobie kupić Gripex Max i stos witamin i tak się zamaskowawszy zarażać ile wlezie wszystkich dookoła. Nie pomoże nawet cała fabryka Tamiflu ani cała światowa produkcja niesprawdzonej jeszcze szczepionki przeciw AH1N1 jeśli nie będzie skutecznej izolacji chorych - nawet całkiem malutkich, skrupulatnego przestrzegania mycia rąk po każdym obtarciu nosa, stosowania jednorazowych chustek do nosa i rozsądnego leczenia.
sobota, 31 października 2009
Przyjechała do nas Alicja i rozpoczął się sezon jesienno-zimowego świętowania. Na cmentarze pojechaliśmy sami, nie dla Alicji wędrowanie kilometrami po Cmentarzu Północnym do grobu babci Tomka. Ale przyjechała do nas, powspominaliśmy naszych drogich zmarłych i tradycji stało się zadość. Podczas porannej kawy Kretka gada wyłącznie z Alicją, do nas nie ma interesów. Po swojemu wpycha głowę pod łokieć Alicji i żebrze o bułkę. A potem zachwycona mlaska i prezentuje piękny zgryz, bo bułka jest pyszna. Na zajęciach nauczyłam się, ze piórkiem i rapidografem da się wykonać w trzy godziny całkiem spory rysunek. Ku memu zdumieniu takie narzędzie bardzo mi się podoba. Trzeba mieć sporo wprawy, bo żadnej linii nie da się wymazać gumką. Ślimak, który siedział na uchu kosza pod koniec zajęć był już zupełnie gdzie indziej. na rysunku został tam, gzie go umieściłam przy szkicowaniu. Ten koszyk powstał w ubiegłą sobotę, dziś prowadząca dała nam szatańską martwą naturę z poplątanych patyków. Coś za pusta prawa strona i trzeba będzie chyba ten karton przyciąć, ale wszystko mi się zmieściło. co nie jest takie proste. Na taki rysunek 3 godziny to trochę mało, zwłaszcza przy tym narzędziu i ogromnym formacie. W rysowaniu to przywykłam do szkicownika wielkości zeszytu szkolnego. A to ma niemal metr wysokości.
czwartek, 29 października 2009
W szale robienia na drutach posunęłam się o jeden sweter do przodu. Jeszcze latem zamówiłam sobie w pasmanterii dość rozrzutnie pół kilo merynosowego, niesłychanie kolorowego knitcola prosto z Adriafilu. Wełna w kolorze 46 dotarła do mnie w połowie września i po krótkim zastanowieniu postanowiłam wykonać z niej klasyczny, najklasyczniejszy sweter w serek. Radości barw w niej wystarczy, model powinien być spokojny. W pochodzącej z środkowych lat osiemdziesiątych książce Patricia Roberts Collection znalazłam obok nietoperzy i swetrów wyrabianych w pieski, małpy i papugi idealnie spokojny, zwykły pulower. To drugi po Stillu model, który dziergam sposobem "po angielsku" czyli purlam i knitam, robię takie figury jak k2tog, m1 i s1k1psso. I naturalnie wyrabiam tyle rzędów ile kazali. Skutki są znacznie lepsze niż przypuszczałam. Własna inwencja kazała mi tylko zrobić nikłe przewężenie na talię. ![]() To co trzymam w ręku to resztka pozostała z pól kilograma włoczki. Sądzę, że starczy jej na golf typu oszust zakładany do swetra w serek w lute mrozy. Wynika z tego, ze ten knitcol jest całkiem wydajny. Aby poprawić szansę na wykonanie całego swetra z jednej paczki włóczki - a kupić można pół kilo, albo kilogram albo półtora - ilości pośrednie nie wchodzą w rachubę, zamiast zalecanych drutów 4,5 wzięłam 4 na ściągacz i 5 na resztę. Dzianina jest właściwej gęstości i bardzo mi się podoba! No to teraz pora brać się za skarpetki. Ponieważ dziś cały dzień spędziliśmy na cmentarzach jutro zajmę się skarpetką nr 1. PS. Może lepiej, żeby wyrażenie "purlam i knitam" nie weszło na stałe do polskiego słownika wyrażeń dziewiarskich?
czwartek, 22 października 2009
Dostałam kolejne wyróżnienia blogowe: od Kasi wyróżnienie wygląda tak: Ops, nie pokażę, coś poknociłam. A jego instrukcja dostawania i rozsyłania jest tak skomplikowana, że w tym ponurym nastroju nie mogę jej jakoś ogarnąć. No to jeszcze raz obrazek proszę ![]() Jest bardzo ładny, proszę się częstować. Inne, a może takie samo wyróżnienie dała mi babastrzelec, ale nie mogę go znaleźć na jej blogu i nie wiem jak wygląda. Mimo to i tak się bardzo cieszę. Jak widzicie nie wykazuje się sprawnością umysłową szczególnie. Minie mi jak zwykle i znów będę pisać , ale teraz mi nie idzie. Kocyk, druty, serial ze pseudonaukowy i i tyle. Przed snem kilka zdań po angielsku z książki kucharskiej. Może mnie oświeci? |