Rozmaite Gackowej przypadki.
sobota, 31 stycznia 2009
Byłam jeszcze mała, gdy z jakiegoś powodu przyszła do nas urzędniczka z administracji. Problem był z rurą cieknącą, czy może z jakimś kablem elektrycznym. Na kanapie w salonie jak zwykle leżała babcina robótka. Szydełkowa - a szydełko właśnie weszło w modę. Mało kto umiał się nim posługiwać, za to babskie gazety pełne były szydełkowych modeli. Urzędniczka zaczęła się przymilać o ręczną robotę swetra czy spódnicy i babcia, niechętnie, uległa. Nigdy nie lubiła robić nic dla obcych. Nie cierpiała prac terminowych no i trzeba było zrobić taką rzecz "po bożemu", nie mogło być dwóch lewych rękawów, albo za krótkiego tyłu. Ani dekoltu do pępka. A babcia z rozmiarami miała problemy. Nie cierpiała banału i jakieś tam pomiary centymetrem i obliczenia były jej wstrętne. Próbkę robiła tylko żeby zobaczyć wzór, rozmiary jej nie interesowały. Swoim można było wmówić, że jest dobrze, a jak się upierali, że jest źle można było ryknąć tak,  że kamienica od strychu do piwnicy słyszała. Na urzędniczkę z administracji ryczeć nie wypadało.
Biedna babcia udłubała w męce zamówioną rzecz i dostała zapłatę, jakiej się absolutnie nie spodziewała - dostała skarb.
Skarb prawdziwy dla robótkowej maniaczki we wczesnych latach siedemdziesiątych.
Dostała mianowicie ogromny wór kolorowych, włóczkowych kłębuszków. Siostra urzędniczki prowadziła punkt dziewiarski i wszystkie resztki kolorowych wełen i anilan z jej działalności stanowiły właśnie zawartość wora. Wór był tak ogromny, że zajmował caluśki tył małego fiata aż po dach, a do mieszkania przyniósł go z podwórka na polecanie urzędniczki administracyjny murarz; wór był ze dwa razy wyższy ode mnie i bardzo szeroki. W punkcie dziewiarskim siostry tej pani robiono swetry na maszynie a nie szydełkiem! Babcia była wniebowzięta, a ja jej strasznie zazdrościłam. Nie wolno mi się było bawić pięknymi, kolorowymi kłębkami we wszystkich kolorach tęczy. Nawet jak byłam chora!  Jeszcze długo potem, gdy już umiałam robić i szydełkiem i na drutach nie dostałam z tego wora ani jednej niteczki. No, może brązową albo buraczkową. Takiej wesołej, modnej - nigdy.
W następnych latach babcine robótki zyskały na wyglądzie. Powstały dwie chusty z kolorowych szydełkowych elementów, starannie zaplanowane i wykonane z niesłychana pieczołowitością. Do burych, gierkowskich włóczek babcia po mistrzowsku dodawała kolorowe akcenty.

Kiedy porządkowałyśmy jej pokój po śmierci trzydzieści lat po otrzymaniu skarbu jeszcze znalazłyśmy jego resztki - kłębuszki w piekielnie zjadliwych, znów modnych kolorach.

Kolorowe przedmioty z których można coś zrobić mają w sobie obietnicę cudu.
Przeglądam teraz moje skarby: pudła kolorowych pasteli i kredek - zawsze ułożone kolorami w tęczę, pudło z mulinami ułożonymi według kodu DMC, a teraz stosy wełny kilimowej do nowych hafciarskich projektów. I odczuwam żywe zadowolenie, radość posiadacza skarbu. Co mi po złotych pierścionkach i kolczykach, skoro nie można z nich nic zrobić?

I tak samo jak babcia, kiedy mam komuś skarbu użyczyć czuję pazerność i skąpstwo.

poniedziałek, 26 stycznia 2009


Oto bargello. Robi się bardzo szybko, jeśli ma się silne palce. W Polsce niestety jest dostępna jedynie kanwa Penelopa, taka z podwójnymi nitkami. A haft wełną na kanwie znacznie łatwiej robić na kanwie mono, takiej rzadkiej siatce ze sztywnych, bawełnianych nici. Jeśli ktoś wie, gdzie i za ile można ją kupić niech da znać. Żeby jeszcze była biała, o gęstości 10 ct lub 11 ct( 40 lub 44 nitek na 10 cm) to byłaby pełnia szczęścia. Biała kanwa jest mi potrzebna, bo na białej znacznie łatwiej nanieść wzór. Kładzie się kanwę na obrazku, a ponieważ dziury ma wielkie, to widać co jest pod spodem. I można kształt przekopiować bez podświetlarki.
Moje bargello jest haftem treningowym, zakładam,że pokryje poduszkę z karimatu do używania na tarasie. Całkiem mi się podoba. Będę kontynuować wzór, póki starczy nici. Końcówkę jakoś dośpiewam czym się da. Akrylowa, miękka włóczka kosmaci się już podczas roboty.


Złote Koła Fortuny mogłabym zrobić w dwa tygodnie, gdyby były na jasnej kanwie. Ta drobna, czarna 18ct wymaga bardzo dobrego wzroku. Mój wzrok może się na niej skupić przez godzinę. A potem tonę we łzach. Wiosną Koła Fortuny szybko urosną.



Morris rośnie o ile go robię. Teraz myślę, że trzeba było połączyć ze sobą kartki schematu, wyznaczyć na nich linie, przekopiować na kanwę i robić ten panel metodą "na szybkę". No może raczej
"na szybę wystawową" bo byłaby to  ogromna tkanina.  Kolorów ten projekt ma za dużo. 1/5 by wystarczyła dla osiągnięcia czyściejszego, klarowniejszego wyglądu.
Jedną ten wzór ma zaletę - myśli się przy nim w głowie układają we właściwym porządku.

sobota, 24 stycznia 2009
Kiedy moja szorstka zazwyczaj w obejściu i języku babcia zaczynała nas namawiać,  żebyśmy zjedli zupkę, kotlecik i kartofelki robiliśmy się podejrzliwi. Doświadczenie nas nauczyło, że albo coś z aktualnego menu jest drugiej świeżości, przed obróbką cieplną było po prostu śmierdzące lub zeschnięte ze starości, albo zupełnie i do końca potrawa się babci nie udała. Zdrobnienia miały ten fakt ukryć, omamić nas i skłonić do zjedzenia czegoś, co absolutnie się do jedzenia nie nadawało. Było paskudne. Wiedzieliśmy to nim pierwszy kęs trafił do ust.
Podobne uczucia budzą we mnie zdrobnienia coraz bardziej panoszące się w blogach i wpisach na forach.
Coraz częściej mi się rzuca w oczy słowo "osóbka". Co to za wyrażenie okropne. Czy ktoś, kogo się tak określa wyskoczył z "Małych Kobietek" lub z "Polyanny"? Czy nie osiągnął statecznego wieku lat dziesięciu? Czy jest niedorozwinięty duchowo i cieleśnie i nie osiągnął 1.40 metra wzrostu? Czy może dla niepoznaki określa się tak monstrualnie wielką, grubą babę, żeby jej życie umilić? Rączki, nóżki i główkę maja niemowlęta i małe dzieci, ale dorośli ludzie mają ręce, nogi i głowy i nie są żadnymi osóbkami. Co to jest mulinka i wełenka - takie niby tanie były? Dlaczego robisz hafcik a nie haft?
Sweterki, spódniczki, bluzeczki ktoś sobie dzierga i szyje, a na zdjęciu widać kobietę rozmiaru 48 i w wieku trolejbusowym.
Miejcież kobiety trochę szacunku dla rodzimego języka. Słowa coś znaczą, nie wolno tak kłamać.



Dopisek:
Szczególnie obrzydliwe jest słowo "pieniążki". Zwłaszcza jeśli ich na coś brakuje. O ile jeszcze rozumiem że jakaś mama może nie mieć pieniążków na nowy samochodzik do zabawy, to aż mnie trzęsie, gdy przedstawicielka Opieki Społecznej mówi o braku pieniążków na dajmy na to  jedzenie i opał dla jakiejś rodziny. Albo przedstawiciel NFZ tak określa środki, których brak na jakąś potrzebną a drogą medyczną procedurę. Wstrętne słówko ma niby załgać powagę sytuacji i świadczy o braku szacunku dla pieniądza, który niestety naprawdę wszystko wprawia w ruch.
Kiedyś dni były dłuższe. Jakoś więcej się w nich treści mieściło. Od jakiegoś czasu wyraźnie mniej w tych dniach i miejsca i czasu.
Dawniej pracowałam zawodowo, prowadziłam dom, nieustannie się czegoś uczyłam i jeszcze starczało czasu na szycie, haftowanie i rozmaite inne hobby, których tu i wyliczać nie warto. Inni pytali jak na to czas znajduję.
Teraz jako kobieta domowa mam teoretycznie tyle czasu ile chcę dla siebie, ale coraz mi trudniej łamać codzienną rutynę. I wszystkie niezbędne czynności zabierają mi coraz więcej czasu.
Spacer z psem  - połączony z zakupami - zabiera rzadko mniej niż dwie godziny. Możliwe zresztą, że pies dlatego właśnie woli chodzić na spacer ze mną niż z kimś innym.
Sprzątanie też się jakoś rozwleka. Pewnie dlatego, ze doświadczenie mnie nauczyło, ze jeśli nie zrobię czegoś zaraz, już, teraz w tym momencie, to potem będę to musiała zrobić i tak większym nakładem sił.
Nie mogę spokojnie usiąść z książką i zniknąć w dajmy na to Derry pod rękę z Panem Kingiem, bo jakaś czynność domaga się natychmiastowego wykonania, a potem trwa i trwa bez końca.
I tak zwalniam i zwalniam i być może w końcu skamienieję w stuporze bezczynności.
Napomknęłam o tym lekarce. I się doigrałam. Spojrzenie się jej wyostrzyło, dała spray na rozszerzenie oskrzeli i skierowanie na spirometrię. Szukamy albo astmy, albo POCHP.
Spray mnie nieco przyspieszył. Wyraźnie lepiej się po nim oddycha. Mam czarne myśli.


wtorek, 20 stycznia 2009
Kiedy byłam dzieckiem do mojego rodzinnego domu przychodziła tak zwana kobieta. Była okrągła, miała wiek nieokreślony, dwa zęby z przodu, burą chustkę i burą spódnicę. Kobieta owa przynosiła prosto do mieszkania jajka i cielęcinę. Dobra te wyciągała z koszyka w przedpokoju, na salony jej bowiem nie wpuszczano, inkasowała zapłatę i znikała pozostawiając po sobie charakterystyczny zapach więcej mający wspólnego z oborą niż z łaźnią. Musiałam być bardzo mała, gdy kiedyś na ulicy powiedziałam na cały głos -"Mama, idzie pani kobieta!"
Za Gomułki pani kobieta przynosiła śmietanę, sery i jajka. Jajka te przez całe dziesięciolecia były małe, bo od młodych kur. Kury pani kobiety były wiecznie młode. Musiałam liznąć nieco ekonomii by zrozumieć, że duże jajka od starych kur szły do punktu skupu. Gdyby pani kobieta oddała tam taki jajeczny drobiazg, jaki sprzedawała w mieście, to by się z deputatem nie wyrobiła.
Kiedy w celu przedłużenia świeżości przetworów mlecznych pani kobieta zaczęła dodawać do nich IXI (pierwszy detergentowy proszek do prania) babcia z zakupów zrezygnowała. Pogodziły się znów kiedy za Gierka zrobiło się krucho z mięsem i pani kobieta zjawiała się z cielęciną. Chętnie zabierała od nas również przechodzoną odzież nie opuszczając jednak ani grosza z ceny mięsa. Kiedyś zabrała ze sobą nawet starą pralkę Franię twierdząc, że 20 zł za nią to zbyt wygórowana cena. Nie mam pojęcia jak ta babina wytaszczyła pralkę z kamienicy i co z nią zrobiła potem, ale sobie z tym  najwyraźniej poradziła.
Począwszy od stanu wojennego kiedy za taki handel można było długo posiedzieć żadni domokrążni sprzedawcy nas już nie nachodzili. Potem w końcu rynek się wyrównał, sklepy zaczęły być sklepami i już myślałam, że instytucja pani kobiety całkiem znikła, gdy sąsiadki na Starym Mieście przedstawiły mnie Malarianowi. Malarian miał na imię Walerian, Malarianem nazwala go Misia ze względu na charakterystyczny zapach nader podobny do woni pani kobiety.
Malarian przez całe lata zaopatrywał w mięso Stare Miasto. Kiedy moje sąsiadki uznały, ze przyszła na to pora dopuściły mnie do komitywy.

Co wtorek o dziewiątej rano Malarian rozkładał na klatce schodowej sklep z mięsem. Wyciągał krwawe schaby bez kości,kaszanki, boczki i wędzonki, cielęcinę, wieprzowe i wołowe polędwice na parapecie, liczył należność na papierku plując na kopiowy ołówek - skąd miał w XXI wieku kopiowy ołówek pozostanie jego tajemnicą - i mówił "pińć złotych". Łatwo znajdował nabywców, bo jego towar miał stemple kontroli weterynaryjnej, ceny wahały się w okolicy 60% cen detalicznych, a z wędlin, które przywoził nie ciekła słonawa ciecz. To sprawiało, ze gospodynie przymykały oczy na gazety i foliowe torby w których te wiktuały przyjeżdżały do stolicy spod Mińska Mazowieckiego, poddawały je skrupulatnie obróbce cieplnej przed spożyciem i ... nikt się przez 20 lat niczym nie zatruł. Oprócz mięs w tobołach Malariana znajdowało się i mleko prosto od krowy, i twaróg własnej roboty. Te produkty tłumaczyły woń trwale otaczającą Malariana. Tak samo jak pani kobieta Malarian miał poważne braki w uzębieniu. Jedyny kłopot miałam z jego wylewnością. Po dokonaniu transakcji Malarian przysysał się do mojej dłoni na znacznie dłużej, niż wymagał tego standardowy cmok. Również życzenia świąteczne składał niesłychanie ekspresyjnie.

Już tam nie mieszkam. Już nie dla mnie są polędwice i boczki od Malariana. Jakąż przeżyłam niespodziankę, gdy w niedzielę o 10 rano odezwał się domofon. Przywieźlim kartofle, oznajmił męski bas. Jakie kartofle - spytałam. Irga, po złoty za kilo. Od włościanina w walonkach kupiłam 10 kilo kartofli. Włościanin miał z przodu wszystkie zęby i nie pachniał ani trochę oborą.
Zaczęłam zwracać uwagę na ptasi świat i jakoś mi się wzrok w tej materii wyostrzył. Smródka płynąca przez Dolinkę Służewiecką nie zamarza zimą i w tym niewielkim strumyku zimują stada kaczek. Są teraz coraz ładniejsze, kaczorom pięknie lśnią piórka a i kaczki mają już błyszczące jak klejnoty lusterka na skrzydłach.

W masie kwaczących, grubiutkich ptaków rzuciło mi się w oczy coś chudego, na zielonych nogach z bardzo długimi palcami. Ptak wyglądał jak figurka wystrugana z patyczka, a na białym śniegu sprawiał wrażenie zupełnie czarnego. Atlas ptaków pokazywał, że jedyny czarny ptak z białymi piórkami pod skrzydłami, to nurogęś. Ale ta nurogęś nie przypominała chudziny z nad Smródki.
Na następny spacer zabrałam aparat w nadziei, ze spotkam chudziaka i jakoś go zidentyfikuję.


Dopiero po rozjaśnieniu zdjęcia okazalo się, że ptaszysko nie jest czarne, tylko szaro oliwkowo brązowe. To jest młoda kurka wodna. Młoda, bo dziób i łatka na czole jeszcze jej nie poczerwieniały.
A ja wiem już do czego w moim aparacie fotograficznym służy punktowy pomiar światła ( oznaczony kropeczką). Ciemny ptak na  białym śniegu to bardzo trudny do prawidłowego naświetlenia temat. Dobrze można naświetlić albo ptaka, albo śnieg. Tu należało wybrać kropeczkę, i zrobić ptakowi zdjęcie, które było by  za jasne, śnieg nie miał by szczegółów, ale bez problemów można by od razu określić co to jest za zwierzę.
Rano do karmnika przyszedł dzwoniec. Nie czekał aż złapię aparat, ale pasł się tak długo, ze go dobrze obejrzeliśmy ze wszystkich stron. No i teraz koniecznie muszę umyć okno w kuchni. Po ostatnich śniegach i deszczach jest tak zapaskudzone, ze zdjęcia się przez nie nie zrobi bo autofocus wariuje.

12:49, weisefrau , ptaszyny
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 stycznia 2009
Dłubię mozolnie tego Morrisa i chyba z 5 lat tak będę po godzinie dziennie go męczyć, bo jest wymagający. Mimo to robię go z przyjemnością. Niestety, miejscami jest bardzo gruby - tyle ma z tyłu wplecionych i zakończonych nitek. Ale i tak w porównaniu z projektem GK to małe miki.



Żeby troche od niego odetchnąć wzięłam się za grubszą robotę. W stosie wełen do gobelinów znalazłam wełnę całkiem nie wełnianą. Na dywan się coś takiego zupełnie nie nadaje, pewnie się zaraz ubije, knoty się z tego wyciągną i szkoda paprać wełnianą robótkę taką domieszką. Doświadczenie mnie nauczyło, że dywan z wełny trwa i trwa, nie brudzi się specjalnie, znosi poczciwie deptanie i trzepanie. natomiast wszelkie akryle położone na podłodze po krótkim czasie wyglądają jak brudne knoty. Ale ponieważ już to kupiłam, kolory ma fajne, a w lumpeksie dorwałam kawałek kanwy za 50 groszy, mogę sobie dla wprawy zrobić poduszkę pod zadek żeby w ciepłe ranki wypić na tarasie kawę siedząc jak hrabina na poduszcze. To mój pierwszy haft bargello.
Robiąc to odkryłam, że również w robocie wełna jest milsza - akryl jest znacznie mniej puszysty, gruba nitka pozostaje gruba przy przewlekaniu przez kanwę. Robota jest raczej siłowa. Cieńsza igła nie daje się nawlec. Zrobienie poniższej próbki zabrało około 1,5 godziny.


To co prześwituje przez kanwę, to kwiatowy wzór na jej prawej stronie. Nie przejmuję się nim ani trochę. Do kanwy dołączona była wełna z wełny, wykorzystam ją inaczej.

środa, 14 stycznia 2009
Kochane i kochani, walczę z Bloxem, CSSem i tonę we łzach. Ewcia prowadzi mnie za rękę, ale zaraz pęknę i wybuchnę.  Ogłupiałam dokumentnie. Jeśli dalej będę przy tym grzebać, to wszystko spsuję do końca i na amen. A zatem oto obrazeczek, który był i znikł:

 Obrazka,który był tam, gdzie powinien był, za nic nie umiem wsadzić z powrotem na miejsce tego....  , psia go mać iryska.

Jeśli czytacie ten blog z przyjemnością, oddajcie na niego swój głos. Każdy głos się liczy.  Jak to zrobić napisane jest w nagłówku.
Uffff. I przez tydzień proszę głosować, a nie czytać, bo ten obrazeczek znów gdzieś sobie zniknie, a na jego miejscu pojawi się tunel z samochodami, kwiatek albo kot w butach.


Widzicie zmianę? Obrazek jest, gdzie powinien być a instrukcja jak głosować zrobiła się większa. To dobra (ba, najlepsza!) Ewcia przysłała mi poprawionego CSSa. To jest dopiero koleżanka.
wtorek, 13 stycznia 2009
Domownicy przywykli, ale goście czasem są bardzo zdziwieni gdy sięgną po coś do lodówki. I tak już jest od lat.


Zwykle w październiku lub w początku listopada sadzę rośliny cebulkowe do doniczek i wstawiam do lodówki. Tym sposobem zawsze pomiędzy styczniem a marcem kwitnie nam w domu co umie.
Hiacynty to najłatwiejsza hodowla. Wystarczy je wsadzić do ziemi, trochę podlewać, ustawić w lodowce i wyjąć, kiedy kieł ma 2 centymetry wielkości. Nie trzeba przykrywać żadnymi czapeczkami i doniczkami, bo w mieszkaniu jest tak ciepło, ze błyskawicznie pęd kwiatowy wystrzela ponad liście. W tym roku zakwitły bardzo wcześnie, choć posadziłam je w początku listopada. pachną jak zwykle niesłychanie. Nosimy je z pokoju do pokoju, żeby się napatrzeć nim przekwitną.


Poza hiacyntami posadziłam krokusy, irysy i jak zwykle amarylisa. Amarylis w zeszłym roku zastrajkował i zrobił sobie wolne, jeśli się teraz nie zrehabilituje to pójdzie boso i na mróz. Pewnie jednak zakwitnie, bo coś już świta spomiędzy łupin na boku cebuli.
Natomiast krokusy wyprawiają brewerie. Ten szczypior w doniczkach to właśnie liście krokusów. Jesienią posadziłam je do skrzynek i wyniosłam do schowka na rowery. Chyba im było za ciepło, bo zaczęły rosnąć. Wsadziłam je zatem do lodówki, bo i temperatura tu odpowiednia i ciemno. Może jeszcze zakwitną. Jak nie, to pójdą wiosną do ogródka.  A iryski mają spore kły, jest nadzieje, ze będą z nich śliczne kwiaty. Nawet jeśli zakwitną wcześnie, to na moim ciepłym, nasłonecznionym i osłoniętym od wiatru tarasie powinny przetrwać dość długo.

Nowy gość mojej stołówki początkowo pokazywał mi się wyłącznie pod światło i wyglądał tak:

Widać było, że nie jest sikorką, że jest grubiutki i ma krótki dziób łuszczaka. Czasami błyskało coś różowawego na gardle. Czapeczki nie było dokładnie widać, dlatego myślałam, ze to pani gilowa.
Gość chyba nie chciał, żebym tak o nim myślała i dziś pięknie pozował do fotografii.






Atlas ptaków mówi, że to pan zięba. Musiało mu się podobać ziarno porozrzucane przez sikory. Pasł się pod karmnikiem dobre kilka minut. A sikorki mają mi za złe, że nie dostają słonecznika łuskanego, tylko w łupinkach. Nie mam wyboru bo w okolicznych sklepach łuskany słonecznik się skończył. Śmiecą więc rozczarowane bogatki i modraszki wokół karmnika
okrutnie. Wiosną wyrośnie nam na trawniku łan prosa i słoneczniki.
18:32, weisefrau , ptaszyny
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2