Rozmaite Gackowej przypadki.
sobota, 23 stycznia 2010
Znikam i mnie nie będzie.
Do piątego lutego będzie tu cicho. Mam już zapakowane książki, druty i wiadro farb. W planie jest mural na ścianie klebarskiej kuchni. Powstanie techniką stencilu.
Trzeba było kuchnię odmalować i w związku z tym znów będę stawiać płoty i sadzić róże na ścianie. I pewnie jakieś drzewo też posadzę.
A jak to zrobię to potem opiszę. Pewnie turtorial tu zamieszczę, ale to już w lutym!
Będę siedzieć przy kominku, dłubać Szeherezadę, pić niezdrowe napoje z lodem na rozgrzewkę.
Fajnie będzie.

piątek, 22 stycznia 2010
Siedzę i edytuję. Każde zdjęcie po kolei kadruję, poprawiam światło i kolory, maluję czerwone oczy na czarno, wyostrzam. Wyrzucam te, gdzie ludzie mają zamknięte oczy, ktoś wlazł w kadr albo zdjęcia nieostre. To normalka, standard.
Pudruję wirtualnie błyszczące twarze, coby ludzie jak słynny poseł Ryszard K. nie wyglądali. Stempluję pryszcze, wygładzam skórę pod oczami, likwiduję skutki pobić i spotkań skóry z betonem.
Na to nie narzekam, takie zajęcie.
Ale do licha, zęby mogliby ludzie sami myć!
Na imprezach i imprezkach fotografować się chcą jak już bufet wyczyszczony. I śmieją się serdecznie do obiektywu. A ja potem z ząbków wyciągam rzodkieweczki, pomidorka, serek i koreczka z salami.
Albo ubierze się taki w czerń od stóp do głów, a gębę ma bladą jak śniegowy bałwan. I co ja mam z tym zrobić? Jak to naświetlić? No z tym się jeszcze da coś zrobić. Ciemne się rozjaśni, pędzlem historii po tym pomaże i jest. Ale co robić z koszulkami i marynarkami w prążki? Mora się z nich robi w stosownym pomniejszeniu.
Uff, dopiero połowę imprezy opędziłam.
Powinnam to już kończyć, ale wczoraj był priorytet do wykonania na cito. Pewna piękna, bardzo  młoda i bardzo mądra kobieta chwilowo nie ma włosów. Zamiast się męczyć z perukami nosi wielkie, modne obwisłe berety. Posiłkując się Raverly zrobiłam wczoraj taki beret z grubaśnej czarnej alpaki. Miałam czarną jedynie, to dorobiłam wesoły kwiatek - broszkę na zwykłej agrafce. Alpaka nie gryzie i jest bardzo ciepła - przy obecnej pogodzie akurat.







Skarpetki robione od palców metodą rzędów skróconych udały się wyśmienicie. Jedna  - ta pierwsza - jest nieco dziurawa tu i tam, ale druga już jest ok. Justyno Ado - dziękuję jeszcze raz! Widać na zdjęciu, że skarpetki już są ulubione, zdjęłam je tylko do zdjęcia. Nawet śpię teraz w skarpetkach.



Szal Szeherezada pokażę jak go już zrobię. Raczej będzie szaliczkiem niż szalem. Jednak na drutach nr 3 wychodzi po prostu za mały. Nie zakutam nim głowy w mróz, niestety. Ale za to jest dobrą szkołą ażurów. Gdyby nie inne zajęcia, byłby gotowy. Skończę go w Klebarku.
Jednak dziewiarstwo to prędsze hobby niż haft. Gotowy wyrób może powstać bardzo szybko.

ktoś mnie pytał o lupę z oświetleniem do haftu. Otóż ja takiej lupy nie mam. Mam okulary z wymiennymi soczewkami do haftowania, z allegro. Są do znalezienia po wpisaniu hasła "lupa" do wyszukiwarki. Rzecz się sprawdza, widać doskonale nawet najcieńsze niteczki.

sobota, 16 stycznia 2010
Póki nie trzeba z zasp wypychać Lanosów śnieg jest piękny.


Tak wygląda z zewnątrz mój ogródek.
A Dolina Służewiecka  teraz jest taka:



W śniegu da się ryć nory nawet bolącymi łapami i Kretka skrzętnie to wykorzystuje.



Nie jest łatwo brodzić w śniegu sięgającym do linii wodnej!
Czasem trzeba poruszać się susami prosto do góry. I wtedy widać w jakie mięśnie matka natura wyposażyła psa.



(...) Kretka nurza się w śniegu
I jak łódka brodzi.

A w karmniku i w ogródku pojawili się nowi goście.

Oto śliczny drozd.


I śliczny kos.
kto będzie je karmił, gdy pojedziemy do Klebarka?
Nie zginą z głodu. Wszystkie osiedlowe krzaki poobwieszane są połciami słoniny dla sikorek i karmnikami z karmą dla ptaków. Na każdym balkonie ktoś dokarmia skrzydlaty zwierzyniec. Dzieci sypią okruchy na odśnieżonym kawałku podwórka. I pewnie dlatego tak tu ptakom dobrze.

18:00, weisefrau , ptaszyny
Link Komentarze (7) »
piątek, 15 stycznia 2010
Bratowa poprosiła mnie o towarzyszenie jej i Kacperkowi podczas pierwszej wizyty u lekarza. Młody niebawem skończy miesiąc i pierwszy przegląd mu się należy.
Wczoraj byłyśmy u lekarza.
A przedwczoraj umarł w pralce i w suszarce mój puchowy płaszcz. Płaszcz miał już swoje lata, z pewnością był starszy od Kretki i to sporo. A ponieważ był jasno beżowy w każdym sezonie prałam go po kilka razy. Jakoś to znosił, choć robił się coraz cieńszy i mniej puchaty. Przedwczorajsze pranie sfilcowało mu zawartość do kilku twardych grudek. Tomek zastał mnie próbującą rozdłubać te grudki wewnątrz płaszcza do pierwotnej postaci i nakazał wyrzucenie odzienia do śmietnika.
Wczoraj rano zewnętrzny termometr pokazywał -16 stopni, ubrałam się zatem w długie futro i zameldowałam się u bratowej na czas. Do przychodni miał nas zawieżć tata bratowej, mocno starszy już pan. Nagrzał auto, my zapakowałyśmy małego w śpiwory i kocyki i pojechaliśmy.
Niestety parking przed przychodnią, jak wszystkie wewnętrzne osiedlowe uliczki nie był odśnieżony. A w samochodzie nie zmieniono opon na zimowe - brat po operacji wyrostka nie może dźwigać kół, starszy pan z wieńcówką też nie może. Zatem zakopaliśmy się przy pierwszej próbie zaparkowania.
Odstawiłam Kacpra z bratową do przychodni i wróciłam do samochodu. Starszy pan dał radę wyjechać z jednego miejsca i zakopał się w innym. Zatem futro do wozu  i pcham. Kawał cioci ze mnie to i wypchnęłam Lanosa zza krawężnika. A starszy pan się musiał nitrogliceryną zasilić. Dobrze się wystraszyłam widząc jego kolor skóry. Mrozy i nerwy to nie są atrakcje dla zawałowców.
U lekarza bratowa zajmowała się dzieckiem, a ja papierami. Porywałam lekarce spod ręki kolejne skierowania do specjalistów, recepty, drążyłam temat gdzie wspomniani specjaliści przyjmują i jak się do nich dostać. W powodzi papierów jakie miała na biurku nasze papierki mogły spokojnie zniknąć na zawsze.
Kacper jest trochę za chudy, lubi jeść i nie lubi być głodny. A chyba był głodny. Zezłościł się strasznie i nie dał zbadać. Za karę pani doktor dala nam jeszcze skierowanie do neurologa.
Wszystkie wskazówki lekarki przekazałam bratu osobiście. Bratowa była tak przejęta, ze niewiele z nich zapamiętała.
Zapakowałyśmy dzieciaka w bety, odprowadziłam państwa do samochodu, pożegnałam się z każdym i już miałam pójść w swoją stronę, ale widzę, że samochód znów zakopany. Mowy nie ma o tym, żeby wyjechał z postoju. Zatem futro do auta, rękawice na dłonie i pcham. Ale tym razem nie poszło już tak łatwo. Z bratową i Kacprem w środku było za ciężko. Ogonek samochodów za nami coraz dłuższy, ja pcham w tył i w przód, ludzie zaczynają dawać dobre rady... I byśmy tak stali jak durnie do dziś, gdyby z wypasionego Chryslera nie wysiadł dżentelmen w kaszmirowym płaszczu, w jedwabnym szaliku i w lakierkach. Zaparł się obok mnie i razem wypchnęliśmy Lanosa z koleiny. Bratowa oddała mi futro i w mgnieniu oka znów stałam się damą w szopach. Pokiwałam urękawiczoną dłonią panu w Chryslerze.
A dziś zawiozłam bratowej starą cielęcinową wagę, na której 25 lat temu sama ważyłam raz w tygodniu Misię dla kontroli, czy dobrze przybiera na wadze.
No i rączka mi się trochę od tego pchania naciągnęła.



wtorek, 12 stycznia 2010
Nie wszyscy maja mikrofalówkę. Bez niej też można wyprodukować cieniowany kordonek.
Potrzebne będą: farbki do tkanin Kakadu w wybranych kolorach, naczynka do rozrabiania farb, sól kuchenna, ocet, duży garnek z pokrywką i  wkładką do gotowania na parze, kordonek biały, spory pędzel oraz plastikowa folia kuchenna.




Do naczynek wsypać po szczypcie soli i niewielkiej ilości barwnika. zalać każdy barwnik wrzątkiem i poczekać aż się rozpuści.
Kordonek przewinąć z kłębka na szeroki motek. Producent farby zaleca upranie materiału do farbowania a co najmniej namoczenie go. Przy tej technice nici powinny być jednak niemal suche. Wstępne namoczenie ułatwia rozłażenie się barwnika w niciach. Ja o moczeniu zapomniałam.

Z folii spożywczej robimy coś w rodzaju korytka na nitkę.



Wsadziłam od razu tę konstrukcję do wkładki garnka, żeby potem wszystkiego farbkami nie zaświnić. Pod wkładkę dobrze podstawić duży talerz.
Za pomocą pędzla malujemy dowolnie nić rozpuszczonymi farbami, pilnując aby farba nasączyła całą objętość motka.



Gdy pasmo jest pomalowane, stawiamy wkładkę na garnku z wrzątkiem i zakrywamy całość pokrywką - niech się parę minut pogotuje.



Pasmo nici wkładamy na kilka godzin do zimnej wody dla wypłukania nadmiaru koloru. Do ostatniego płukania dodajemy ocet. I otrzymujemy to:



A po wysuszeniu to:




Do tego motka dałam fiolet, ciemną i jasną zieleń, ciut amarantu i żółty.
Powodzenia w eksperymentowaniu.
czwartek, 07 stycznia 2010
W śniegu Kretka szaleje. Skacze, turla się, zagrzebuje piłeczkę, skacze jak zając i prezentuje światu swoje uroki.

Poszłyśmy do zaśnieżonego na pół metra parku. Kilku nastolatków z jakimś najwyraźniej problemem emocjonalnym maltretowało stary rower. Urwali mu koła i rechocząc, aż mrówki po krzyżu chodziły okładali ramę urwanymi kołami. Każdy z nich był sporo ode mnie wyższy. Nie podeszła bym do nich sama z siebie. Obserwowałam mękę roweru z daleka.
Ale nie Kretusia. Ona jest ciekawska i lubi pomagać. Poszła zobaczyć co i jak. Próbowałam ja odwołać nęcąc piłeczką. Zadziałało. Tyle że piłeczkę odniosła rechoczącym młodzieńcom.
Chwilę się przy nich pokręciła, pozachęcała, i wkrótce padło sakramentalne:"możemy się z tym psem pobawić?" Mogli. Zaczęli jej tę piłkę rzucać. Najpierw podstępnie i złośliwie. Ale cwaniara się przechytrzyć nie dała i nawet z końca parku grzecznie przynosiła gumiaka na sznurku. Wygrzebywała go spod śniegu i zyskała szacunek nie dając sobie za nic piłki z mordy wyjąć. Jagdteriery tak mają, jak nie chcą to nie puszczą. Nie mogą puścić bo takie są. Kretka zachęcając mnie do zabawy kładzie piłkę na ziemi, odskakuje i siada obok, a i tak często nie wytrzymuje i ponownie ją chwyta i znów nie może wypuścić. Jest przy tym bardzo uważna i nie łapie zębiskami ludzi za ręce. Tak samo bawiła się z chłopcami.
 

A po mojej uwadze, że ten rower to chyba był bardzo niegrzeczny dzieciaki się zupełnie rozkrochmaliły. Dwie bite godziny piłka fruwała po całym parku. Jeden z nich nie umiał rzucać daleko. Ale pies się nie wyśmiewa, dla psa każdy rzut jest dobry. Koledzy zaczęli go spokojnie uczyć. W pewnym momencie piłka się zawieruszyła w zaspie. Szukaliśmy, szukaliśmy i nic. Młodzieńcy chcieli mi oddawać pieniądze. Ale ten mało zdolny do rzucania był zdolny do szukania. I bawili się dalej. Przestali rechotać, dopytywali się o psa. Luzik zapanował i radość powszechna. Do domu wszyscy wracali zmęczeni i szczęśliwi.

 Czy to nie była aby dogoterapia nastolatków w bardzo trudnym wieku?

18:06, weisefrau , pies
Link Komentarze (15) »
wtorek, 05 stycznia 2010
Zachorowałam na ażurowy szal. Wprost korciło mnie wykonanie takiego szala. Ale ażuru jeszcze nigdy nie dziergałam.
Na domiar złego wybrałam sobie wzór, w którym każdy rząd jest inny, każdy trzeba liczyć osobno - to nie są powtarzalne liście, czy niedźwiedzie łapy. Ponieważ czynię postępy to się podzielę doświadczeniami.
Trzeba przygotować schemat: wydrukować, jak trzeba to pokleić go z części. Jeśli jest malutki to go powiększyć na xero.
Długa linijka pomoże łatwo się zorientować, w którym miejscu schematu się jest z robotą.
Jeśli pomiędzy ażurowymi elementami jest różna liczba oczek tła, to koniecznie ich liczbę trzeba nanieść na schemat - nic tak nie denerwuje jak liczenie po kolei 33 oczek trzymając palcem narzut.
Należy odznaczać na schemacie przerobione rzędy, póki się wzór w głowie nie ułoży.
Jeśli wzór naprawdę wymaga szacunku, trzeba sobie zapewnić spokój na czas roboty: wyłączyć telefony, radio i telewizor, wyprowadzić pierwej psa, uśpić dziecko, a złośliwego męża notorycznie przeszkadzającemu w liczeniu za pomocą szeptania rozmaitych liczb otruć albo zamknąć w ciemnicy na kłódkę.
Włożyć okulary jeśli ktoś nosi i zapewnić sobie dobre światło.
Schemat trzymać przed sobą tak, żeby był widoczny.
Nie dziergać pierwszego w życiu ażuru z moheru, który się nie da spruć, z włoczki cienkiej jak włos ani z branej podwójnie (to mój błąd - robiąc lewą stronę nie sposób stwierdzić, czy przerabia się na lewo jedno oczko, czy dwa, które się poplątały).
Mądrze jest przeliczać każdy rząd parzysty aby w porę uchwycić braki lub nadmiary oczek. Po jakimś czasie to liczenie jest już zbędne.
Błędy w ażurkach z mojego doświadczenia biorą się z:
nawyku przerabiania wszystkiego na prawo,
braku wprawy w zdejmowaniu oczek tak, aby prawidłowo się układały. Chwilę trwa, nim zacznie się wprawnie zdejmować dwa razem na prawo lub za pomocą przeciągnięcia.
Po lewej stronie roboty zbieranie za pomocą przeciągnięcia lubi włazić na narzut jeśli były we wzorze obok siebie.
Prucie ażuru to też swoista zabawa. Narzuty i dwa na prawo to nie kłopot, ale do sprucia przeciągnięcia przydaje się drut do skarpet albo wykałaczka. Wystarczy go wsadzić w oba oczka przed wyciągnięciem z nich nitki prutego rzędu, obrócić drut wokół osi i zdjąć oba już nie skrzyżowane oczka z drugiego końca skarpetkowego drutu na lewy drut.
Stosując opisany reżim dotarłam do 100 rzędu Szeherezady bez żadnej pomyłki.
A i jeszcze jedno: Addi były na początku za śliskie. Dopiero około rzędu 80 odważyłam się zmienić druty bambusowe na bardziej śliskie Addi.
Jeśli ktoś ma jeszcze inne porady to niech dopisuje.



niedziela, 03 stycznia 2010

Sylwester był zupełnie bezstresowy i bardzo przyjemny. Kretka około południa dostała pierwszą Hydroksyzynę, po obiedzie drugą, popartą cielęcym ogonem dla humoru, po kolacji trzecią a czwartej o 22 nie było sensu podawać, skoro pies chrapał.
Ja uznałam, ze jestem już tak dużą dziewczynką, ze mogę sobie kupić do picia co chcę, a chciałam szampana. Całego i dla siebie wyłącznie. W naszym spożywczaku spędziłam dobrą chwilę na drewnianym stołku studiując kolekcję win musujących. Dorato i Cin Cin skreśliłam z miejsca, Igristoje wzięłam natychmiast a potem dumałam czy jeszcze Ciociosan czy co innego. Padło na Ciociosan. Tomek z natury swej nie znosi szampanów. Kiedyś w Moskwie wypróbował dwa tamtejsze drinki, Moskowsoje Ogni i Sybirskoje Ogni, oba na szampanie. Pierwszy z nich to szampan z koniakiem, drugi to szampan ze spirytusem. Po każdym trzeźwieje się tydzień na makabrycznym kacu. Zatem cała otwarta butelka będzie dla mnie!
Około dzieciatej, po kolacji włączyłam sobie film Julia i Julie z Meryl Streep i zachwycona popijałam sobie z wolna do filmu Ciociosan z bąbelkami. O północy podzieliłam się resztka z Tomkiem - bo jeden łyk dla toastu toleruje, popatrzyliśmy na race i poszliśmy spać bardzo zadowoleni. Niepokoiła nas suka, ogon powoli powinien się z niej zacząć wydobywać, ale mowy nie było o wyjściu do ogródka w tym huku.



Niepotrzebnie się martwiliśmy. O trzeciej w nocy obudziła Tomka, o szóstej rano mnie. I nie pękła ani nie zapaskudziła persów.
Na noworoczne śniadanie mieliśmy słoik czerwonego kawioru podarowany Tomkowi przez kogoś w prezencie.
Pycha z czarnym chlebem i masłem.



Lubimy w nowy rok dobry obiad. Napchałam kaczkę jabłkami i śliwkami i profilaktycznie wsadziłam ja do pieca na długo przed obiadem. I zaczęli się schodzić goście. Taka tradycja. Bez umawianej godziny, bez zobowiązań. Do liczby ludzi dostosowałam ilość kładzionych klusek. Bawiliśmy się do pierwszej w nocy, były nawet polityczne dyskusje państwowotwórcze z naciskiem na moralność. A pies była już spokojna i zasnęła na największym gościu.



Nawet jak widać zmieniłam z tej okazji image, choć pewnemu gościowi było w tej peruce znacznie ładniej.

Nie mam nic przeciwko dowolnemu przesuwaniu terminów balów i biesiad. Są wtedy mniej stresujące.
A szal Szeherezada bez dzwoniącego w tle telefonu robi się całkiem miło.