Rozmaite Gackowej przypadki.
sobota, 28 lutego 2009
Oglądam ten ścieg od wieeelu lat na załączonym obrazku. Próbowałam go zrobić i cienkimi nićmi i grubymi i nic. Aż w końcu wykonałam go wełną i... ta dam


Czasami gdzieś w jakimś zbiorze ściegów ten złożony ścieg przewlekany (ang. interlacing) jest narysowany. Kiedyś - raz jedyny, widziałam go w samplerze DMC. I nigdzie indziej. Ponieważ jest słabo przymocowany do podłoża, większość nici jest na wierzchu, nie nadaje się do zdobienia ani ubrań, ani bielizny stołowej i pościelowej. Do samplerów ściegowych się nadaje.

piątek, 27 lutego 2009
Dywanik się skończył, leży przed moją kanapką w buduarze i jest niesłychanie miły w deptaniu.



Nim jednak poległ na podłodze wykończyłam mu brzegi bez kupowania żadnych sznurków w pasmanterii, bez obszywania brzegów taśmami itp.



jak widać haftowany brzeg wygląda ładnie i stabilnie. Poprzedni tak wykończony dywanik skończył właśnie 22 lata i brzegowi nic się nie dzieje. Niestety, nie jest to wykończenie oszczędne pod względem włóczki. Ta puszystość skądś się musi wziąć. Brzeg jest niezwykle łatwy w wykonaniu.
krok pierwszy:



krok drugi:



I tak na zmianę. Im większy jest odstęp pomiędzy ściegiem 1 i ściegiem 2 tym grubsza obszywka.  Zwykle robię 5 kratek w przód i 4 w tył. Pozwala to ładnie pokryć rogi dywanika. Na rogach zagięłam kanwę i złapałam narożniki ściegami:




Takie wykończenie można zastosować przy poduszkach, jeśli nie chcemy przyszywać gotowego sznurka z pasmanterii. Zrobione cieńszą nicią ładnie wykończy torby, futerały do okularów itp.
Ścieg może być także zastosowany  do tworzenia wypukłych gałązek i liści.
czwartek, 26 lutego 2009
Hm, zaskakująco trafny wynik...
ech, nie daje się wkleić, ta tęcza, trudno.
środa, 25 lutego 2009
Od dziecka interesowałam się anatomią i fizjologią. Chciałam wiedzieć co człowiek (i ptak, i zwierzę) ma w środku i jak to działa. Nad starymi, niemieckimi książkami, które dziadek przywiózł z wojny, gdzie opisane szwabachą widniały tablice z ludzkimi kościami i mięśniami mogłam siedzieć godzinami. W szkole wiedza o człowieku wskakiwała mi do głowy sama. Na studiach, jak wszystkie studentki w owym czasie miałam tzw. wojsko. Wojsko dla pań to był całoroczny kurs anatomii, fizjologii, wiedzy o chorobach i pierwszej pomocy bardzo szeroko rozumianej. Uczono nas i resuscytacji, i mierzenia ciśnienia aparatem ręcznym ze słuchawkami i robienia zastrzyków, i wszystkiego co na wszelki wojenny wypadek powinnyśmy umieć. Wojskowi lekarze wykładali to bardzo dobrze. Kto chciał to się nauczył i zapamiętał. Ja chciałam. I do dziś wiem, jak w warunkach polowych sprawdzić, czy w moczu nie ma białka.
To proste, wystarczy próbkę podgrzać nad świeczką albo zapalniczką, jak się białko wytrąci, to je widać.
Przydała mi się ta wiedza wielokrotnie i niejednemu dziecku oszczędziłam bólu wołając do złamanych obojczyków i nóg najpierw pogotowie a dopiero potem mamę z pracy.
Kiedy urodziła się Misia ( 1600 g wagi !) kupiłam sobie w antykwariacie Pediatrię Falconiego i Wallgreena. Dzieło było może nieco archaiczne, ale rozmowa z pediatrami stała się po nim łatwiejsza. Z biegiem lat podręczników medycznych i anatomicznych w domu przybywało. Dziecko śmiało się ze mnie, że pewnie w razie potrzeby wyrostek robaczkowy sama sobie wytnę, ale w potrzebie z bólami przychodziła do mnie.
Z lekarzami jakoś łatwiej  się rozmawia, kiedy obie strony mówią o tym samym. Z weterynarzami też.
Kiedy zatem do Warszawy zjechała wystawa "Bodies" ze spreparowanymi dla celów anatomicznych ciałami oczywiście się na nią wybrałam. Co innego widzieć preparaty na zdjęciach i w atlasie anatomicznym, co innego na żywo.
Od kilku już dni dziennikarze w radio,. w tv i w prasie grzmieli o niestosownej wystawie.
Co to ma być! W centrum handlowym, tuż obok supermarketu ludzkie trupy, jeszcze dzieci zobacz i się wystraszą, to nieposzanowanie ludzkiego ciała, pęd do makabry, to zgroza!
Bojąc się, że miejscowi kołtuni spowodują zamknięcie ekspozycji pojechałam na nią wczoraj. W Blue City na poziomie wejścia i sklepów nie było o niej żadnej informacji. Panienka w recepcji skierowała mnie na najwyższą kondygnację. Nie ma sposobu, żeby ktoś robiący zakupy w markecie w piwnicy przypadkiem trafił do centrum konferencyjnego na trzecim piętrze, na którym nie ma zresztą ani jednego sklepu.
Cena biletu jest dość wysoka, tak wysoka, że nie pójdą na wystawę dzieciaki, które w mallu spędzają wagary, żołnierze na przepustce ani inni przypadkowi przechodnie. 50 złotych za bilet da ten, kto to chce zobaczyć. Innych nie wpuszczą.
W poszczególnych salach prezentowane były układy ludzkiego ciała w takim porządku, jak przedstawiają je podręczniki anatomii. I tak samo pewnie są te układy prezentowane studentom w Akademiach Medycznych. Różnicą jest pewnie bezwonność. Na skutek odwodnienia tkanek acetonem i nasączenia ich silikonem preparaty nie wydzielają żadnego nieprzyjemnego zapachu. Zachowały natomiast naturalną barwę i wielkość. Jakie malutkie jest ludzkie serce! Zmieści się w dłoniach. Płuca też są zaskakująco małe. I mózg też...
A najpiękniejszy jest układ krwionośny. Spreparowane naczynia włoskowate w dłoniach czy w twarzy tworzą przepiękną, delikatną, ażurową koronkę, niewiarygodnie delikatną i skomplikowaną. Napatrzyłam się zachwycona na kości, na ścięgna, na mięśnie. Odnalazłam struktury, które mnie bolą, zobaczyłam ścięgno, które w mojej prawej stopie oddzieliło się od pochewki i sprawia mi tyle bólu, zobaczyłam na własne oczy słynny kłopotliwy kanał nadgarstka i nie zrobił na mnie wrażenia 32 tygodniowy płód, moje dziecko po urodzeniu tez tak wyglądało.
Żadnemu pełnemu preparatowi całej postaci nie wisiało jelito grube miedzy nogami. A taką wiadomość usłyszałam w radio. Owszem, wisiały wzdłuż nóg wypreparowane z nich nerwy, ale jak je inaczej pokazać?
Jestem wdzięczna ludziom, którzy użyczyli swych ciał do stworzenia tych preparatów.
A kto poza mną zwiedzał wystawę? Kilka licealistek zastanawiało się jaki jest mechanizm działania zastawek serca. Gruby pan z koleżanka trochę sobie kpił, ale jakoś przestał. Pewnie dotarło do niego, że w środku ma to samo. Para emerytów i młodzi rodzice byli tak samo zainteresowani eksponatami. Ludzie byli skupieni, skoncentrowani na opisach, uważali, aby sobie nawzajem nie przeszkadzać, nie przepychali się. Czytali staranne opisy wyjaśniające zawartość gablot i OKAZYWALI eksponatom swój szacunek i zainteresowanie. Zupełnie inaczej, niż mumiom w krypcie na Świętym Krzyżu, gdzie gawiedź się przepycha głodna makabrycznego widoku.


wtorek, 24 lutego 2009
Pokazałam kiedyś zawartość mojej lodówki, w której zamiast mięs i zup stały donice z hiacyntami i krokusami. Miałam wątpliwości, czy coś z tych krokusów będzie, bo jakoś im się za wcześnie wyrosło. Hiacynty to pewniaki, zawsze się udają, ale z innymi kwiatkami nie można liczyć na sukces w 100 procentach.
Kwiatki jednak chciały zakwitnąć. Trochę im pomogłam wystawiając je w cieplejsze dni na taras. No i teraz lodówkowa hodowla wygląda tak:



Amarylis, który się zbiesił zeszłej zimy, ale nie został za karę wyrzucony boso i na mróz, chyba się zawstydził, bo robi co może:



Wypuścił dwa pędy kwiatowe (co oznacza, że ma cebulkę potomną!) a na każdym pedzie są aż cztery kwiaty. jak widać fuksja wzięta do domu na przezimowanie też szaleje i kwitnie, choć to nie jej pora.  mam z nią kłopot, bo z tych ukwieconych gałązek nie można zrobić sadzonek. No i mucha biała na niej hula.
A dywanik się niebawem skończy, Lecę z białym tłem, potem brzeg specjalnym sciegiem i dywanik spocznie przed łóżkiem w sypialni.


Lepiej mieć miły dywanik, niż worek metrowych kawałków nawet najładniejszej wełny!

poniedziałek, 23 lutego 2009
Wczoraj ptasie towarzystwo dało czadu. Był mróz i  maleńkie ptaszyny pożarły 30 dekagramów słonecznika łuskanego! I drugie tyle rozmaitych innych ziarenek.
Cały dzień siedziały wszystkie w ogrodzie i żarły, jakby miał nadejść koniec świata.
Wyrzuciłam na kompost potłuczone skorupy jajek. Pani sroka wygrzebała je spod śniegu i jadła z ukontentowaniem. Po sroce na skorupki rzuciła się pani kosowa. Potem sikorzyce, pani dzwońcowa i chyba nawet mazurkowa też.
Zachowywały się jak kury Pani Kobiety, które dostawały skorupy jaj, żeby "nie lały jajami", czyli żeby skorupy złożonych przez te kury jaj miały odpowiednia twardość. No cóż, zbliża się sezon lęgowy i trzeba się wapnia nachapać.
Pani kosowa rozkoszowała się także jagodami jałowca, którymi pan kos gardzi.


Rudzik był tak zajęty karmnikiem, i tym co z niego wypadło, ze pozował jak modelka.







A przed frontowym tarasem, na świerku cały dzień spędził taki obywatel drozd:





Jak się zacznie na nie patrzeć, to nie można przestać. Cały dzień gapiłam się wczoraj przez okno. Dziś jest odwilż i ptaszyny wpadają tylko grzecznościowo.

13:17, weisefrau , ptaszyny
Link Komentarze (8) »
sobota, 21 lutego 2009
Wełna jako surowiec ma swoje uroki. Co zrobię kawałek dywanika, to go głaszczę, taki jest miły. Teraz haftuję rabatki, potem przyjdzie płot i coś koło płota, bo nie mam tyle jednego koloru, żeby to wszystko równą barwą zapełnić. Ale sobie poradzę!


Poducha została wczoraj uszyta do końca. I jakoś ani sznurki, ani chwościki nie są jej potrzebne. Pan Mąż ją natychmiast porwał i umieścił na fotelu. Idealnie pasuje pod głowę, bez niej jakoś pod głową było pustawo. Teraz w fotelu się bardzo wygodnie śpi. Jako tył poszewki posłużył  kawałek niebieskiego rypsu.



Byłam dziś w hurtowni Pas Gala i mam o tej hurtowni coś bardzo złego do zakomunikowania.

Oprócz innych pasmanteryjnych guciów państwo sprzedają tam również koraliki Swarovskiego w wielkim wyborze. Do niedawna było tak, ze do ceny na metce - ceny dla kupujących na fakturę - dodawano podatek VAT i była cena dla tych, co kupują na paragon. W ten sposób osoba prywatna może sobie nabyć coś w cenie znacznie niższej niż pasmanteryjna. A dziś widzę, że łezka Swarovskiego w cenie hurtowej kosztuje 13.10 PLN, a dla paragonowca ponad 50 złotych. To jakiś najwyższy, zaporowy VAT na świecie.
Kartel biżuteryjny pilnuje, żebyśmy nie zrobiły sobie same tańszych kolczyków i nie naszyły na nasze hafty tych koralików taniej niż w Unii??? Jeśli opłaca im się handel hurtowy za 13.10 to co innego uzasadnia taką cenę dla klienta indywidualnego?
Panienka mi coś plotła, że nie mam firmy, ze to artykuł biżuteryjny itd. To paskarstwo. I jak będziecie kupować cholernie drogą bransoletkę albo kolczyki z czymś, co sprzedawca określa jako "taki nowy gatunek topazu", a co jest kryształem błyszczącym, ślicznym i mieniącym się jak turmalin w fiolecie i zieleni niezależnie od oświetlenia, to pamiętajcie - wytwórcę ten tfu tfu "topaz" kosztował 10 albo maksimum 15 złotych. Robią nas w balona.

piątek, 20 lutego 2009
Może ktoś z Was wie, jaki po ptak? Przyszedł rano do karmnika się popaść. Skakał po wszystkich gałęziach,


po
siedział na jarzębinie, na modrzewiu, coś skubał to tu to tam. A ja nie wiem co to jest!
Nie mogę go zidentyfikować w żadnym z moich atlasów.





Jeśli ktoś z Was wie, to niech mi powie co to za gość zawitał w moim ogródku, bo nie będę mogła spać!

czwartek, 19 lutego 2009
Będąca u mnie z wizyta przyjaciółka o bardzo bystrych oczach opowiedziała mi o swojej wizycie w Saloniku Kolporter. Stanęła mianowicie przed stojakiem na gazety wielkim jak ściana na którym było napisane "Prasa Kobieca" i mimo że tytuły gazet były rozmaite, na każdej z nich widniała jednakowa twarz. Okładkowe modelki różniły się tylko kolorem włosów i podpisem. Powtórzyłam doświadczenie przyjaciółki w okolicznym kiosku z gazetami. I faktycznie. Twarze modelek i aktorek sprowadzono za pomocą Photoshopa do wspólnego mianownika. Wszystkie mają cerę bez skazy, podciągnięty kolor oczu, wycięte bez litości narzędziem stempel zmarszczki mimiczne, zagęszczone włosy, skrócony nos, rozjaśnione nozdrza, wyszczuplone szyje i policzki, podniesione brwi, wybielone na max zęby i białka oczu i wyglądają jak Barbie. Żywych ludzi przypominają mniej więcej tak jak ryciny z XVIII wieku, na których dandysi w rajstopach i modne damy w kapeluszach budkach, z rozdętymi rękawami i krynolinami prezentują stópki o wielkości 1/3 normalnej ludzkiej stopy. Należy sądzić, że niedługo żadne zdjęcia modelek nie będą potrzebne, narysuje się wymyślony konstrukt za pomocą Photoshopa i będzie taniej o gażę modelki i fotografa.
Rzeczona przyjaciółka babskie pisma nie bez racji nazywa głupemonami. Ma rację. Nie pamiętam kiedy ostatnio coś takiego kupiłam, ale pewnie zeszłego lata na wakacjach. Raz do roku funduję sobie taką frajdę za 9.99 zł bez tzw prezentu, bo nie potrzebne mi tandetne plastikowe koraliki ani kolejna torba na zakupy. W środku zawsze znajduję żelazny repertuar ułożony mniej więcej w takiej kolejności: co jest modne?; jak schudnąć?; życie sławnego i bogatego; hodowla dzieci zwierząt i roślin; gorący seks i orgazm ze złotymi kopytkami  z mężem (przygodnym znajomym) po 20 latach małżeństwa (po trzech drinkach w barze) - niepotrzebne skreślić; okropne choroby dla niewykształconych; malowanie oczu i wytworne fryzury, których na bank sama nie wykonasz; kącik kulinarny "utyj w oczach" stojący w jawnej sprzeczności z początkowym artykułem o chudnięciu; modne mieszkanie; porady prawne dla analfabetów; porady finansowe dla niezamożnych; gdzie nie pojedziesz na wakacje.
W zależności od tzw targetu w pisemku jest inna proporcja tekstu do zdjęć i inna klasa papieru. I inna cena na okładce. W każdym jest fura, fura z kupką idiotycznych reklam zapewniających mnie, ze taki krem, taki tusz, takie wypaski, taki szampon zapewnia mi urodę i szczęście wiekuiste.
Umiem czytać już od dawna i chyba nie ma informacji, która się w takich gazetach nie  powtarzała już 10 000 razy. No chyba ze chodzi o jakieś nowe dziecko Angeliny Jolie i Brada Pitta, bo to rzecz jednorazowa.
Kto to czyta i po co?
Jedna z koleżanek wyjawiła mi w sekrecie, ze lekarz, do którego poszła z duchowymi rozterkami kobiety wielodzietnej, w średnim wieku, zapracowanej, niebogatej i ledwie żywej z niewyspania kazał jej czytać takie gazety jako ersatz rozmów z przyjaciółkami, na które nie miała czasu. Na Prozac koleżanka nie miała pieniędzy, to droga terapia.
Wałkowanie w kółko tego samego to jedna sprawa, druga to fakt, że pisma coraz częściej są zwyczajnymi płatnymi katalogami galerii handlowych. I niestety nie dotyczy to jedynie damskich ciuchów czy mebli. Gazety fotograficzne to tez katalogi, nic w nich nie ma poza testami sprzętu i nowościami.
Po kiego mi taka prasa?
Przestałam kupować gazety i czasopisma poza Polityką. Czytam ją odkąd się nauczyłam czytać i oby trwała jak najdłużej. Przynajmniej jest do czytania.

Pan Mąż od kilku lat z tego samego powodu nie czytuje ani Playboya, ani innych takich.  Twierdzi, ze od idiotycznych komentarzy politycznych w prasie zaczyna głupieć.

Bliższy mi własny rozum niż czyjaś głupota.




wtorek, 17 lutego 2009
W wełnie do haftowania, którą psim swędem nabyłam na Allegro było sporo wełny bardzo grubej w przeuroczych kolorach. Do pracy na kanwie 10 czy 14 ct ta wełna jest za gruba. Ale do kanwy dywanowej (czy poduszkowej jak kto woli) to doskonały surowiec. Również na Allegro za całe 12 złotych kupiłam kawałek dywanowej kanwy 4 ct - 4 krzyżyki na 2,5 cm.
Na całej szerokości z marginesem mieści się jedynie 72 krzyżyki. Na jakiś wyrafinowany wzór to mało. Ale na angielską plecionkę z czasów królowej Elżbiety I wystarczy.
Znalazłam plecionkę akurat pasującą do rozmiaru kanwy, wyszyłam ją bardzo szybko i teraz sadzę na moim dywanie kwiatki. Wzór jest moją swobodną interpretacją angielskich wzorów typu Knot Garden i ogródka mojej mamy. Węzły przedstawiają rabatki i ścieżki a w wolnych przestrzeniach miedzy nimi są symbolicznie przedstawione rośliny, przestrzenie wodne, trawniki. Taki wzór umożliwia wykorzystanie resztek w bardzo rożnych kolorach. Dywanik nie będzie ani nudny, ani prostacki.

Robota idzie błyskawicznie, tylko wełny wychodzą ilości hurtowe. metrem włoczki można zrobić raptem około 20 krzyżyków.

 
1 , 2