Rozmaite Gackowej przypadki.
sobota, 27 lutego 2010
Kacper w pierwszym miesiącu życia przybył na wadze bardzo niewiele i lekarka nakazała jeszcze częściej go karmić. Zatem rodzice karmili. Teraz, okazuje się, że jest za gruby!
Rośnie jak na drożdżach, mając dwa miesiące z hakiem wyrósł ze wszystkich początkowych śpiochów, nie ma wcale szyi i jest takim niemowlakiem, jakiego przy mojej odrobince nigdy nie widziałam. Klusek z niego prawdziwy.



Nie ma już cieniutkich, pergaminowych mysich uszu i cienkich nóg. Wygląda zupełnie inaczej.



Jak widać wypełnia kombinezon do ostatniego centymetra.
Zatem bratowa ogłosiła alarm ubrankowy.
Bliźni na apel odpowiedzieli. Oto co zastałam w łazience na sznurku:



Jeśli będzie tak jadł i tył jak dotąd, za dwa miesiące apel o większe śpiochy znów zostanie roztrąbiony przez heroldów wśród znajomych.

Małe dzieci nie dają spać. A duże dzieci nie dają żyć.
Misia od jutra będzie mieszkać u babci. Albo na dworcu. Swój dobytek zmagazynowała w naszej piwnicy. Suka Misi idzie do obcych ludzi na przechowanie. Suki bardzo mi żal.
Ręce opadają.
Jednak nim się skoczy do basenu dobrze jest sprawdzić, czy w środku jest woda.

czwartek, 25 lutego 2010
Wiosna już w styczniu dała o sobie znać. Wprawdzie śniegi były kopne i mrozy lute, ale coroczna hodowla hiacyntów w lodówce zaowocowała kwieciem znacznie wcześniej niż zwykle. Hiacynty minęły się tuż tuż z Bożym Narodzeniem. Dobra Opakowana przyniosła im do towarzystwa małe żonkile i razem kwiatki wyglądały tak:


Ledwie ten ogródek w doniczce przekwitł, amarylis, również wcześniej niż co roku wypuścił dwa kwiatowe pąki. I spiesząc się niesłychanie zafundował nam taki widok:


Ośmiu kwiatów na raz nie miał jeszcze nigdy.
Ponieważ kobea, na która co roku mam chętkę kwitnie 18 tygodni po siewie, to akurat pora ją teraz posiać. O ile ma kwitnąć w lipcu a nie w październiku jak w zeszłym roku.
 To kapryśna roślina i zawsze jej coś w poprzek się dzieje, a to sroka urwie główny pęd, a to deszcz ją utopi, a to w końcu mróz zważy jak dochowam się pierwszego fioletowego kwiatka. Ale nie ustaję w wysiłkach wyhodowania jej od nasienia do gąszczu kwitnącego. Zatem udałyśmy się do Obi.
Kobea była, nasiona ziół do ziołowego ogródka planowanego na tarasie były, były również torfowe tabletki z których robi się doniczusie do kiełkowania.
Przywiozłam to do domu, namoczyłam tabletki z torfu, posiałam pnącza.
Torfowe tabletki spuchły do rozmiarów dużych czekoladek. Wieczorem, po ciemku pan mąż zawędrował do kuchni, znalazł na parapecie tackę pełną czegoś podobnego do trufli albo bajaderek. Ucieszył się bardzo, uznał nawet że nasienne paprochy na kilku z nich to migdały i już niósł jedno takie do gęby, ale zadziwiła go konsystencja i zapach zupełnie nie cukierniczy.
Uff.


No to dziś rano pojechałam do Lidla po worek słodyczy. Przy okazji przywiozłam bazylię i pietruszkę i dwie paczki skarpetkowej włóczki z bawełną. Ładna nawet. Kolorowa.
A robótkowo?
Kruk miał być na urodziny Pana Męża. Urodziny dawno minęły, a Kruk w polu, choć rośnie. Poślizgnęłam się na lodzie, coś mi chrupnęło w krzyżu i siedzieć przy krośnie mi niewygodnie... Ale się staram.



Za to chusta na drutach, której wzór pokazała mi Staraowca zaczęła się wczoraj dłubać i zdumiona jestem, jak szybko rośnie. Jak nie u mnie! To moje pierwsze liście na drutach. Zastanawiałam się czy szkockiej wełny na tej szpuli pochodzącej wiadomo skąd, zatem nie do dokupienia w razie braku,  na nią starczy, ale chyba starczy, szpula ważyła 300 gram.



Energetyczna chusta będzie.
Coś się ze mną dziwnego dzieje. Od wielu miesięcy nie poświęciłam nawet minuty uwagi zgromadzonym w ciągu wielu lat rocznikom pism robótkowych. Dawniej, kiedy miałam kilka egzemplarzy tych gazetek grzebałam w nich nieustannie. Przy kawie i z papierosem w zębach, z popielniczka pod ręką kładłam koło siebie mizerny stosik i udawałam się do krainy marzycielskich planów. Teraz ta sterta budzi raczej popłoch. Plany rodzą się mimo niej i nijakie pobudzanie wyobraźni nie jest mi chyba potrzebne. A może mi się tak tylko wydaje?


piątek, 19 lutego 2010
Mamy w rodzinie pierwszą ofiarę zimy.
Babcia miała kości z żelazobetonu, nigdy nic sobie nie złamała, choć pamiętam, ze kiedyś zdrowo rąbnęła na tyłek na oblodzonej ulicy. Mama też jest odporna na kontuzje. Ja mam tendencje do przewracania się, ciągle staję krzywo i walczę z kontuzjowanymi stawami, ale żeby zaraz gips i wylewy to nie. U mnie po kilku latach kontuzję pokazuje USG.
Misia w centrum miasta zaparkowała, wysiadła z auta i fiknęła.
Fiknęła tak skutecznie, że po rentgenie dostała na staw skokowy 7 kilo gipsu na trzy tygodnie.
Taki opatrunek należy się na NFZ.
Pan gipsujący Misię powiedział jej, że gdyby nie wysoki, sznurowany, obcisły kozak, to noga byłaby złamana.
7 kilo gipsu to bardzo dużo. Juz na drugi dzień Misię bolala nie tylko poszarpana torebka stawowa, ale również kolano i biodro drugiej nogi, gips zaczął się kruszyć i wpadać do środka powodując swędzenie, coś posiniało, coś spuchło i nie dawało się na taką nogę założyć niczego poza dresami.
Dobra babcia  zafundowała dziecku lekki opatrunek z  zielonego polimeru.
Za prawie trzy stówki okazało się, ze od gipsu robi się na kostce odleżyna, że gipsowy bucik co prawda obciera i gniecie, ale tu i tam jest za luźny i nie robi tego, co powinien, czyli nie trzyma stawu we właściwej pozycji.
Zielony polimer jest leciutki, bliższy ciału, nie obciera i się nie kruszy. Daje nałożyć spodnie i trampka na chorą nogę. Precyzyjnie nałożony być może uchroni młodą przed rehabilitacją.
Smutne jest tylko to, ze za darmo, to się można drogiej i kłopotliwej rehabilitacji nabawić.
Kogo nie stać, niech się morduje z kulą u nogi.
Jakim cudem dawniej ludzie zrastali się w zwykłym gipsie?


Oto Misia godzinę przed wypadkiem. Jak widać zsypuje śnieg z chałupki działkowej.


A poza tym zostałam obsypana blogowymi nagrodami. MagbodSusan i Gagipa, każda z osobna, przyznały mi po całym pakiecie medali :-)



Chwilkę pomyślę, nim poślę to dalej w świat, wybaczcie tę zwłokę.

czwartek, 18 lutego 2010
Udało się, dobrnęłam do końca.



Skończyłam pierwszy w życiu ażurowy wyrób dziewiarski.
Nauczyłam się robić narzuty, zbierać dwa na prawo, trzy razem i dwa razem z przewleczeniem, robić prowizoryczne nabieranie oczek oraz dorobić koronkę do otwartych oczek.
Zrobiłam z tysiąc błędów, każda połowa szala ma inna gęstość ściegów. W szalu o szerokości 99 oczek chyba ze sto pokątnie dodałam, bo się gdzieś podziewały w trakcie roboty.
Ale sama będę to nosić, nikomu felernego wyrobu nie oferuję do sprzedaży!
Bardzo mi się ta koronka podoba.
Dobra Opakowana podsunęła mi pomysł na zblokowanie trudnej sztuki: po upięciu na kocu książkami ciężkimi trzeba szal przywalić, jak torcik Pischinger. Wyschnie i będzie ok. Na koc w kratę wpadłam sama, brzeg będzie równiejszy.




poniedziałek, 15 lutego 2010
Oświecenie kulinarne przeżywam. Gwałtowne i zaskakujące.
Pisałam już tu kiedyś, ze nie umiem gotować. Umiem i lubię jeść, robię obiady od piętnastego roku życia codziennie, ale żaden ze mnie ekspert. Miewam zaćmienia dotyczące i repertuaru i wykonania. Czasem mi się nie chce.  Niektórych rzeczy nie ugotuję, bo śmierdzą. Dotyczy to na przykład wywaru z kości na zupę czy rosołu. Moim zdaniem rosół wołowy śmierdzi i koniec. Nawet jeśli sam w sobie jest dobry, to śmierdzi potem w domu.
Książki kucharskie głównie czytam i kolekcję do czytania mam niezłą, ale używam tylko kilku. Z pozostałych coś mi się tam przykleiło do mózgownicy i wystarczy. Aniela (Nelli) Rubinstein uwolniła nie od tych rosołów śmierdzących wskazując na kostki Knorra.
I niedawno jak spora część rodaków obejrzałam Julie i Julia z  Meryl Streep, film o Amerykance, która innym Amerykankom przybliżyła kuchnię francuską. Film jest uroczy, Meryl Streep grająca Julię Child jest cudna po prostu, a zmagania młodej kobiet uczącej się gotować ze znanej książki kucharskiej bardzo są podobne do moich własnych.
Naturalnie jako mól książkowy zastrzygłam uchem nad dziełem, o którego powstaniu  ten film opowiada, czyli nad "Mastering The Art Of French Cooking". Poszłam do EMPIKu - nie mieli. Poszłam do American Bookstore - nie mieli. W końcu trafiłam dzięki koleżance na Krainę Książek, gdzie dane dzieło dało się zamówić. Miało do mnie jechać pięć tygodni, dotarło po dwóch.
I mam dwa tomy w miękkiej okładce detalicznych instrukcji, napisanych z humorem i znajomością rzeczy, niemal bez ilustracji za to zrozumiałych!(po angielsku, rzecz jasna). Przepisy są zdumiewająco proste i nie zawierają wydumanych składników ani nadmiaru przypraw - poza osobno omówionymi truflami i homarem.
Jestem po 2 daniach, które wydały mi się dostatecznie proste w wykonaniu. Zrobiłam jakąś zupę o niesłychanej nazwie i banalnym składzie, za to pyszną, oraz kurze piersi. Nad tymi kurzymi cycami przeżyłam olśnienie - nie muszą być łykowate i suche! Nie trzeba ich smażyć w małych kawałkach, coby ich nikt nie poznał i zjadł bez miauczenia.
Cud!
Nie będę pisać kulinarnego bloga, dalej będę gotować z konieczności. Gdyby nagle Tomek zapragnął bawić się w kucharza byłabym przeszczęśliwa. Ale tak się nie stanie, i po kraniec naszych dni muszę nas żywić. Niech to będzie smaczne i z polotem.


Płacz i zgrzytanie zębów rozlegają się zewsząd, bo jest zima i pada śnieg. Niesłychane, jak ten śnieg może tak padać i padać.
Dziennikarze mają o czym gadać, meteorolodzy nabyli statusu gwiazdy, podobnie jak telewizyjne pogodynki.
Ratusz stołeczny trąbi, ze mu się pieniądze na odśnieżanie skończyły. Ważny pan niemal płacze dziennikarzowi do mikrofonu, ze taki padający śnieg, to jakby faktury z nieba leciały.
Doprawdy.
A wystarczy zajrzeć do atlasu geograficznego dla klasy piątej i odczytać jakie są w Polsce warunki klimatyczne, popatrzeć na dekoracje przedszkoli pełne śnieżynek i bałwanków, przypomnieć sobie reklamy świąteczne, gdzie bez śniegu ani rusz.
Śnieg nie jest konstruktem na użytek przedszkolaków ani pożądaną dekoracją świąteczna. Śnieg jest realny, tworzy się wysoko nad głowami ludności w temperaturze -16 stopni Celsjusza a potem spada na ziemię i jeśli się nie rozpuści to leży. I jak drogi mają być przejezdne, to trzeba go sprzątać. Jeśli się go nie sprzątnie, to ludność nigdzie nie dotrze, ludność wtedy będzie siedzieć w domu. Żadne gadanie o braku pieniędzy tej prawdy nie zmieni.
Ludziom się w głowie poprzewracało. W dawnych czasach wiosna, lato i jesień służyły do tego, żeby przeżyć zimę. Jasne, że to skrót myślowy, ale kto do sprawy podchodził inaczej, ten nie przeżył i wygrał nagrodę Darwina.
Trzeba było przez te trzy bezśnieżne i bezmroźne pory roku wyhodować i zgromadzić jedzenie na zimę, zrobić sobie okrycia, zgromadzić opał i świece lub olej do lamp, nareperować piece i kominy, ogacić chałupę, zadbać o zwierzęta, żeby też miały co jeść. Nie było ważniejszej rzeczy.
O wszystkim zapomnieliśmy. Zapasów jedzenia nie gromadzimy, o stan domów martwi się spółdzielnia albo nie trzeba ich ogacać, światło mamy na pstryk. Pory roku obchodzą nas w gruncie rzeczy mało, bo cały czas mamy światło i ciepło na zawołanie I dopiero śnieg trwający dłużej niż trzeba aby udekorować święta pokazuje jasno, że zima to zima. Że trzeba się do niej przygotować.
No i jak to się dzieje, że niektóre społeczeństwa dają sobie w śniegu radę a inne nie?
Dają sobie radę te, gdzie śnieg występuje często i regularnie. One nie zapominają o faktycznych urokach zamieci i zawiei.
Od lat śledzę w literaturze amerykańskiej wątek odśnieżania. Zwykle występuje w zimowym pejzażu jakiś pan Brown czy Smith, który obrabia wszystkie większe ulice miasteczka. Nie ma tam żadnych instytucji w tym celu powołanych ani wielkiego parku maszynowego. Pan Smith ma tak czy owak traktor albo inny duży samochód, do którego daje się przyczepić spychacz. Pan Smith dba o ten samochód cały rok. W lecie robi nim coś innego. A jak spadnie śnieg, to władze miejskie - albo wiejskie - podpisują z nim umowę na odśnieżanie. I tyle. Facet zarabia swoją maszyną cały rok, nikt w bezdurno nie utrzymuje instytucji z maszynami przez 12 miesięcy. Ale do tego trzeba być społeczeństwem obywatelskim. I nie zazdrościć sąsiadowi, że zarobi w zimie grosz.
Łatwiej nam wydawać na odśnieżanie sumy zawrotne, o których nie mamy pojęcia (bo gmina płaci a nie my, ale z naszych przecież podatków). Niepojęte jest dla mnie, że tony śniegu sprzed budynków zmiatają szuflami dozorcy - często chude i słabe kobiety. Że spółdzielni mieszkaniowej nie stać na mały traktorek ze spychaczem - maszynę dostępną w Obi za kilka tysięcy złotych. Bo kto to będzie konserwował, bo gdzie to trzymać, bo się zepsuje, bo trzeba wydać pozwolenie i pieniążek się chętnie by przy wydawaniu pozwolenia przytuliło.

Ale Limpopo - tyle że w Limpopo nie pada śnieg.

PS. Wiem, że Limpopo, to rzeka, ale dobrze brzmi.


czwartek, 11 lutego 2010
Hafty liczone według projektu Laury P. daje się odrobić ze sfotografowanego wyrobu bez większego kłopotu. Oto jeden z jej wzorów jeszcze mokry, nie napięty, przed chwilą wyszyty do końca.


To bardzo miła robota. Kanwa 18 ct zapewnia wygodne haftowanie, kolorowy kordonek Anchora dostępny w pasmanterii Świat Haftu w Olsztynie pasuje do oryginalnego wzoru.
kanwa nie pochodzi z pasmanterii, tylko od pani Ani z Allegro,  Powinnam ją przed robotą usztywnić na blachę, ale mi się nie chciało. Wobec takich kanw kupowanie kanwy mono od Zweigartu uważam na razie za zbędne.
Zamiast jednolicie jasnego kordonka oryginału zastosowałam drugi kolor cieniowany. Niespodzianką była dla mnie szczupłość kordonkowych motków.Wzorek pochłonął 2 motki niebieskie i prawie dwa motki jasne. Błękitnego kordonka zabrakło, zatem wyszyłam więcej motywów jasnych i poratowałam się kordonkiem nr 8 własnego farbowania - to ten zewnętrzny brzeg gdzie błyska ciemna zieleń. Okazało się, że kolory barwników Kakadu są identyczne jak na motku Anchora.
Wracam do Szeherezady, już mi trochę zbrzydła.

Po dłuższej nieobecności weszłam na blog Teresy Wentzler i ze smutkiem zobaczyłam, że kryzys i wzorkowe piractwo udusiły jej firmę TWDesignworks. Pani Wentzler uczy teraz haftu, prowadzi kursy, ale więcej projektować nie zamierza. Przykro mi z tego powodu, bo bardzo lubię jej prace. Zrobiłam dwa projekty jej autorstwa, oba kupione legalnie. Trzeci oryginalny zestaw lekko zaczęty czeka na wenę. Ręki do tej plajty nie przyłożyłam...


wtorek, 09 lutego 2010

Zima w Klebarku jest znacznie ładniejsza niż w mieście.
Śnieg jest biały, nawet dwa tygodnie po ostatniej zawiei.
Wszystko wygląda czysto i porządnie, ulice nie są sypane solą, zatem nie robi się straszna breja.
Traktor z zamocowanym spychaczem kilka razy dziennie odśnieża wszystkie legalne i nielegalne drogi i robi to znacznie lepiej, niż warszawscy dozorcy. Pieszemu i psu wygodniej chodzić na spacery w Klebarku niż w stolicy.
W psie łapy sól się nie wgryza boleśnie i można iść i iść.
Byle nie do lasu, jeśli gadzina nie jest na smyczy. Pies w lesie biegający luzem nie jest gościem pożądanym.
Natomiast odśnieżona polna droga z dobrym widokiem na okolicę,  szeroka tak, że można rzucać po niej piłeczkę to wspaniała rzecz.


Kiedy mróz trzyma już długo daje się bezpiecznie chodzić po zamarzniętym jeziorze.
Jak widać wędkarze nie przepuszczą rybie i łowią bez względu na pogodę. Kretka, która jest przecież myśliwa, pędzi do nich by pomóc im w łowach. W Warszawie zwykle wycygani od wędkarza zawartość kanapki albo kawałek kiełbasy. W Klebarku nie pozwalam jej się bratać z wędkarzami, bo boję się, że dostała by po łbie ciężkim sprzętem za hałasowanie i płoszenie ryb. Dla postpegeerowskiej ludności żyjącej z zasiłku rybki spod lodu to poważny punkt domowego budżetu a nie zabawa. Tym są cenniejsze im więcej kormoranów mieszka na wyspie. Niedługo pewnie w jeziorze nie zostanie ani jedna ryba.
Miło jest położyć się na brzuchu na lodzie i robić zdjęcia z niskiej perspektywy. Pozwoliłam sobie nawet na wykonanie orła na śniegu nie przejmując się tubylcami podglądającymi mnie z okien przez lornetki. Po tylu latach odwiedzin w tym miejscu zna się już miejscowe obyczaje.

Kościół w Klebarku wygląda jak nieznacznie zmniejszona katedra w Olsztynie. Zdjęcie jest ciut wyblakłe, ale jak się fotografuje śnieg, to trzeba paradoksalnie prześwietlać. Inaczej ciemne elementy będą niewidoczne, a śnieg brudnoszary!
Nie zrobiłam w Klebarku Szeherezady. Nie przeczytałam przywiezionych książek. Za dnia wędrowałam, a wieczorem było za ciemno.
owszem, namalowałam malowidło na ścianie w kuchni, właściwie jego replikę, ale nie bardzo to wyszło na zdjęciach. Mo ze latem się lepiej uda.

niedziela, 07 lutego 2010
Jestem uzależniona od nikotyny. Aktualnie znów chwilowo nie palę, ale to nałóg. Umknęłam uzależnieniu od alkoholu. Nie uzależniłam się od żadnego narkotyku. Bez partyjki gry w kulki jest mi byle jak. jestem z pewnością ciężko uzależniona od książek i od środowej Polityki. Jak ich nie ma, to bieda. Dzięki moim sukom uzależniłam się od długich, codziennych spacerów.
Ale dopiero chwilowa zmiana trybu życia uświadamia mi od czego jeszcze jestem uzależniona.
Otóż na pewno od dobrego materaca w łóżku. To jest uzależnienie fizyczne. Bo jeśli mój głód wygodnego materaca nie jest zaspokojony, to kręgosłup daje mi dobrze do wiwatu. Noga cierpnie, krzyż boli, szyja przestaje się ruszać jak zwykle i ręce nie dają się podnieść do góry. Pod tym względem wiek bliski pięćdziesiątki jest znacznie boleśniejszy niż okolice czterdziestki.
Jestem również fizycznie uzależniona od wygodnych krzeseł, stołów przyzwoitej wysokości i punktowego światła do czytania i do robótek. Bez nich nie działam jak zwykle i odczuwam nieszczęśliwość.
Od czystych i ciepłych łazienek jestem uzależniona psychicznie. Ale cierpienie z ich braku jest wielkie.
Pora odpocząć po urlopie!