Rozmaite Gackowej przypadki.
niedziela, 27 lutego 2011
Anka Kankanka stale zaopatruje Dom Małego Dziecka w podusie przytulanki. Sama je szyje, wykorzystuje do tego szycia własne łupy i dary od bliźnich. Każde malutkie dziecko w tym DMD ma własną, indywidualną podusię jej projektu. Kankanka jest z  Domem Dziecka zaprzyjaźniona i zna jego potrzeby. Potrzebą, przypuszczam że stałą, są ubranka dla lalek. Ubranka dla dzieci są, lalki są, misie są, ale są gołe. Ubranka się zużywają.
Dawniej akcji ubrankowej Kankanka patronowała osobiście, dziś przekazała ją Millu.
No i skoro pudło szmatek stoi pod biurkiem... to:




Wykonałam sukienusię i majtasy, oraz bez specjalnego powodu drugie porteczki w paseczki. Sukienusia była uprzednio płócienną poszewką na poduszkę z haftowanym na maszynie kwiatkiem.
Szukając wykrojów dla moich Ello znalazłam książki o tradycyjnych lalczynych ubrankach z wykrojami i wskazówkami co do szycia autorstwa pani Rosemarie Ionker.  Wykroje dla lalek są dość niespodziewane w kształcie : szerokie rękawy, króciutkie karczki, szerokaśne majtki i spodnie. No wygodniej mieć to już narysowane, niż biedzić się z samodzielnym wykonaniem. Krojczy ze mnie żaden. A tak, z wykrojem poszło jak na mnie biegiem: krojenie i 3 godziny z maszyną, za to bez prucia. No i do czegoś przydadzą się te pasmanteryjne taśmy z minionych epok.
Idę kroić następną. A Jakob powiedział, że owszem, poprzymierza takie kiecki, ale on osobiście białej sukienki nosić nie chce, w białym mu nie do twarzy.
Sukienka jest na lalkę 40 cm lub dla trochę większej.
piątek, 25 lutego 2011
Tajemniczy iks przysłał mi dziś kopertę skórek na lalczyną galanterię. Tajemniczy iks pragnie pozostać anonimowa dla czytelników bloga, więc jej nie ujawniam, ale nisko się kłaniam, dziękuję i jestem baaaardzo wdzięczna.
Macam, dumam, szukam narzędzi do cięcia i szycia tak eleganckiego materiału. Popsuć te skórki to byłby grzech. Dzięki Zaklinaczce Lalek dostałam linka do blogu mistrzyni lalkowego szewstwa:
http://fashiondollshoes.blogspot.com/ 
Teraz jestem wyposażona w wiedzę teoretyczną i w prawdziwą skórkę na różne butki! Trzeba będzie opór materii pokonać, okulary z lupą założyć i używać naparstka.

A w sprawie tego, co się dzieje w Afryce Pólnocnej to mam do powiedzenia dwie rzeczy. Po pierwsze, kupujcie rowery, jeśli nie chcecie wszędzie chodzić na piechotę. Coś mi się widzi, że ceny paliw za chwilę poszybują w kosmos. A po drugie raczej dżihadem mi pachną te rewolty a nie rewolucją demokratyczną. To jest od dawna oczekiwany bunt biednych z południa przeciw bogatym na północy. Łatwo nie będzie, niestety.
Możliwe, że wszyscy nauczymy się czytać Koran. Po arabsku, rzecz jasna.
wtorek, 22 lutego 2011
Ponura Agnieszka przybyła do mnie całkiem goła. Mniejsza o goliznę, to nic trudnego, ale obuwie... to całkiem inna sprawa. Nigdy nie umiałam robić butów, choć były czasy, że próbowałam.
Agnieszka już dobiera sobie szmatki na ponure szaty i dostała pierwsze, koślawe buty.



Buty powstały z kupnego filcu i podeszwy z fimo.
Filc jest bardzo cienki i byle jaki i w związku z tym został podklejony flizeliną.  Wymyśliłam wykrój, zeszyłam i ostębnowałam szwy, założyłam cholewkę lalce na nogę, umocowałam gumką, coby się nie przesuwała, włożyłam na stopę wkładkę i klejem Pattex skleiłam górę z dołem. A potem przytwierdziłam podeszwę i wkleiłam ostebnowany język. Buty są na miarę, ale jak każdy prototyp wymagają nieco poprawek. Filc jest zbyt gruby na takie drobne butki. Skórka z rękawiczek będzie lepsza, choć trudniejsza w obróbce. 



Za sznurowadła planuję użyć czerwonego kordonka perle. Oczek do sznurowadeł nie zrobię, bo nie umiem w takim rozmiarze.
Szkarłatne butki Dorotki już błyszczą brokatem:



Teraz powinnam poszukać w końcu białego batystu lub płócienka na resztę dorotkowego stroju, bo Pan Mąż odmówił podarowania lalkom jednej z setek białych koszul. Zresztą skórzanej kurtki na buciki, torebki i płaszczyki tez nie chce dać. Ale dziś jest za zimno na jakieś wyprawy. Może w lumpeksie coś znajdę.
Psy też specjalnie za wyprawami nie tęsknią. Wylegują się na rozmaitych meblach i wyglądają na bardzo zadowolone. Oto Muszka:



Wczoraj bawiła u nas Zazulka, jest młoda i rozbrykana.


A trzypies jest na krótko bardzo fajny.





12:43, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 21 lutego 2011
Misia dowiedziała się, że bawię się lalkami i też chce.
Przyjechała do mnie ze stanowczym żądaniem, że chce się nauczyć szyć dla lalek. Sprawa nie będzie prosta, bo Misia szyć nie umie. Nie wydostała się poza żałosne zeszywanie szmatek na okrętkę, bez wykończeń, podłożeń, odszyć, pasmanterii i podszewek. Umie przyszyć zatrzaski. Ile razy proponowałam jej w przeszłości naukę szycia, patrzyła na mnie, jakbym jakieś bezeceństwa wyplatała. Ponieważ 1000 razy widziała, jak ja szyję, wie, że jak coś ma być fajne, to potrzebny wykrój. Zatem surfowała pół soboty i wykroje dla Barbie już ma. Jakoś tak jest, że modele sukni z lat 50-tych i 60-tych zeszłego wieku są bardzo ponętne. Przyglądałam się tym modelom razem z nią i zaczęłam dumać nad modą z tamtego okresu. Sukni, spódnic i płaszczy - fura. Kapelusze, torebusie, swetry, piżamy i... prawie żadnych spodni. Faktycznie tak było. Kobiety spodni nie nosiły, chyba, że na nartach.
Jeszcze w latach pięćdziesiątych spódnice obowiązkowo kryły kolana. Pod spódnicami można było schować przed oczami bliźnich pas do pończoch i same pończochy, które trzymały się na klipsach z gumką. Między majtkami a pończochą ciało było niestety gołe. Pod obcisłymi spódnicami elegantki nie chciały nosić grubych, wełnianych majtasów i tyłki marzły. W latach sześćdziesiątych spódnice skróciły się gwałtownie ponad kolano. Płaszcze też. Nogi miały być na wierzchu. Zaczęły się dramaty. Bo jednak pomykanie w mróz z niemal gołą pupą to nic miłego, a na modę lekarstwa nie ma. Ponadto to co dziś na wystawie sklepu z bielizną uchodzi za pas do pończoch, ma walory wyłącznie rozpustne, bo nie użytkowe. Pończochy nie były elastyczne. Trzeba je było na nodze porządnie naciągnąć. A jeśli pas ich dobrze nie trzymał, to wystarczyło zgiąć nogę w kolanie i wszystko opadało, tworzyły się, osobliwie u pań o szczupłych kostkach, ohydne obwarzanki. Dobry pas do pończoch to był po prostu gorset. Inne nie spełniały swej roli.
Kobiety długonogie miały trochę łatwiej, bo na długim udzie jakoś dawało się schować pod mini spódniczką te gumki, gruby brzeg pończochy i jakoś to grało. Moja mama , o wzroście 150 cm, miała trudniej. Bo pokazanie ludziom gumki od pasa to był straszny obciach. Kiedy pojawiły się rajstopy wzbudziły entuzjazm. Koniec pasa do pończoch!
Niestety, nie dla każdego. Marne rajstopy również potrafią wisieć w obwarzankach na wąskiej pęcinie. Pończochy mogły mieć rozmiar taki "z grubsza", bo i tak się je naciągało (czasem przy tym naciąganiu pękały i było po zawodach), rajstopy muszą mieć nogawkę właściwej długości i rozmiar w pasie odpowiedni.
Mojej malutkiej babci ktoś podarował rajstopy nie bacząc na rozmiar. Babcia je zaczęła nakładać i już po chwili było widać, że są za duże. Babci błysnęło oko i bez namysłu wlazła cala w jedną nogawkę. Nogawka była tak wielka, że babcia zmieściła się w niej cała, z ubraniem i głową. W domu nie było nikogo obcego, więc mama zawiązała jej majtkową część nad głową. Obie ryczały ze śmiechu a babcia sobie tak postała jakiś czas.
No i dlatego noszę przeważnie spodnie. Bo niestety należę do tych oferm, którym wiszą obwarzanki, opadają pończochy, rajstopy zsuwają się z okrągłego brzucha,  robią się z nagła dziury w rajstopach, a jeśli nie dziury, to takie długie, pozaciągane nitki. Dżinsy nie puszczają oczek.
Z rozkoszą poubieram moje lalki w stroje z epoki prezydenta Kennedy'ego, ale sama tego nosić nie będę. Spodnie w damskiej garderobie to z pewnością zmiana na lepsze.

sobota, 19 lutego 2011
Muszka najwyraźniej napawa się tym, że jest w domu. Obchodzi wszystkie swoje zwyczajowe miejsca do wylegiwania się i się wyleguje. Pierwszy dzień przespała. Jednak w domu, na fotelu, na wielkim podnóżku, w psim koszyku, na własnym posłanku, na mojej kanapie, w naszym łóżku śpi się lepiej niż w śmietniku.
No i w misce są lepsze rzeczy niż znalezione w straszny mróz byle gdzie. Chyba jednak biegała samopas, bo dzwonili do mnie ludzie, którzy ją to tu, to tam na Ursynowie widywali. Nie mam pojęcia, jak sforsowała płot, żadnej dziury poza wąziutką szczeliną nie widziałam.
Domaga się chodzenia wyłącznie na smyczy, od czego powiem nieśmiało trochę odwykłam. Nieboszczka Pestusia tez wymagała smyczy, bo jej zdaniem nieobliczalni ludzie podziewali się gdzieś i była w rozterce. Teraz obie psice muszą być poza miejscami wolnego, bezsamochodowego wybiegu, na smyczy. Bywam zatem często spętana, bo Kretka jest niespokojnym smyczowym plątaczem moich nóg. Trudno. Niech tak będzie.
Muszka jest już zachipowana i zarejestrowana w ogólnoeuropejskiej bazie danych. Chip Kretki też został sprawdzony, a przy okazji zaliczyła Kretka szczepienie. Suki są teraz wobec siebie i wobec nas bardzo czułe. I nastąpił kolejny cud - Muszka zaczyna się bawić piłeczką na sznurku: skubie mnie za rękę, goni za piłką, jeno jeszcze jej przynieść nie umie.
A poza sukami zajmuję się, lalkami.
Jakob z ostatniej resztki noro dostał sweterek z kapturkiem i nie wiem, czy dorabiać do tego jakieś zapięcie. Ależ to szybka robota.
Natomiast Balerina Jolina, która zaraz będzie Dorotką dostała czerwone, filcowe pantofelki. Pantofelkom brakuje jeszcze błyszczących koralików i brokatu. Reszta kostiumu powstanie jak się zaopatrzę w biały batyst, bo na razie mam tylko niebieskie kratki na spódniczkę.
Bez białego batystu ani rusz w lalkowych ciuchach.



Owa balerina Jolina, znakomicie artykułowana niewielka laleczka od Zapf Creations miała fatalne moim zdaniem oczy. No spojrzenie napompowanego amfą narkomana i wytrzeszcz w dziwnym kolorze. Wzięłam zatem akrylowe farbki i nie przejmując się specjalnie przemalowałam oczy na nieco mniej szalone. Kreska zmniejszyła szparę oczną, tęczówka dostała łatek i plamek, źrenica jest mniejsza i lalka nie wygląda już jak szaleniec na haju.



Mam już wykroje porobione dla niemal każdej lalki, wielkie pudło pięknych gałganków i wstążeczek, pomysły na kiecki a w poniedziałek zaopatrzę się w batyst, albo jakąś białą batystową szatę w lumpeksie i będzie można szaleć.
A z modeliny wykonałam podeszwy do kozaków na koturnie dla Ellowyn. To nie jest pora roku na sandałki. Tyle, że zdobycie cienkiej skóry na buty dla lalek wcale nie jest proste.

I jeszcze jedna uwaga drutowa. Czekając na Muszkę i umierając z niepokoju wyciągnęłam zaszparowaną w szafie alpakę Adriafilu, bo 2 prawe, 2 lewe to cudownie uspokajający ścieg. No nie miałam jeszcze w ręku milszej wełny. Cud po prostu, jak się z tego dzierga. Niby wymaga drutów nr 3.5, ale roboty przybywa jak na drutach nr 5. A dzianina wychodzi przepiękna. Będzie na wiosnę wypatrzony w przywiezionym z Berlina pisemku żakiet.

13:50, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (9) »
czwartek, 17 lutego 2011
Dziś o 7 rano Kretka wyciągnęła nas z łóżka i zaprowadziła na taras. A na tarasie kręciła się Muszka.
Nasza radość nie ma granic!
Cała, zdrowa, nawet nie zmarznięta i nie głodna. Ktoś ją widać na siusiu rano wyprowadził i mu czmychnęła.
 
Modlitwa do św. Antoniego zadziałała.
Dla wszystkich potrzebujących i szukających podaję tę zadziwiająco skuteczną mantrę:

Święty Antoni padewski
obywatelu niebieski
niech się dzieje wola Twoja.
Niech się znajdzie zguba moja.

Teraz smycz na spacerach obowiązkowa, no i musimy Ursynów z tych ogłoszeń oczyścić. Potem trzeba zbudować lepszy płot. 
Wszystkim wspierającym i pocieszającym bardzo, bardzo dziękuję.
poniedziałek, 14 lutego 2011
Wczoraj na lalkowym spotkaniu padł mi flagowy Canon. Zawiesił się cham. Wyjęłam z niego w domu akumulator i odzyskał wigor. A dziś nawiała mi Muszka. 
Nie ma psa. Umieram z niepokoju. 
Taka ładna pogoda i wszystkim się chce żyć. Kierowcy też się chciało. Minął ostatniego leżącego policjanta na osiedlowej uliczce i w rurę, 100 na godzinę na 30 metrach, I nie zauważył Muszki. Odrzucił ją zderzakiem w bok. A ona nawiała. 2 godziny wołałam i szukałam, Zadzwoniłam do Straży Miejskiej. Nie ma Muszki.
Idę szukać dalej.
piątek, 11 lutego 2011
Miło dostawać prezenty. Nieoczekiwane jeszcze milej. Właśnie dostałam taki:




Pięknie i bezpiecznie zapakowane, zupełnie nieoczekiwanie przysłała mi je obie Dorota, moja cicha czytelniczka. Zapytała tylko Kankankę o dane nadawcze. Lalki siedzą w hiacyntach i czekają na stroje. Pewnie chwilę poczekają. Zmagam się bowiem z Lightroomem, którego, głupia, bardzo chciałam mieć. No i mam. Z pierwszym podręcznikiem nie doszłam do porozumienia, a właściwie do zrozumienia. Nic z niego nie pojmowałam. Zaopatrzyłam się w następny. Teraz rozumiem więcej, więc pełna pychy zaimportowałam do Lightrooma zdjęcia. Ja głupia, co mnie napadło. Zrobiłam sobie taką sieczkę w obrazkach próbując importować zdjęcia przez ten program z aparatu, że głowa mała. To prawda, że w Lightroomie można każde znaleźć bez problemu. Ale bez niego niestety nie. A wszystkiego w nim jeszcze robić nie umiem, więc póki co muszę je mieć w normalnej lokalizacji do bieżącej obróbki. Przede mną dolina łez nim dojdę z tym wszystkim do porozumienia.
Grunt, że w tym podręczniku rozumiem co któreś słowo, a nie tylko numery stron.

Kretka wczoraj zgubiła swój piękny, warkoczowy sweterek. Obeszłam okoliczne trawniki i go znalazłam. Musi psina nosić pasek.

Znów nie mogę czytać głupot. Joyce Carol Oates mogę, znaczy, nie jest jeszcze ze mną źle.

wtorek, 08 lutego 2011
Moje lale nie siedziały długo na cle. Wczoraj próbowałam się tam dodzwonić, ale państwo nie odbierali telefonów. No gdyby nie obywatele, to urzędnicy mieli by miło. Natręci pracować nie dają, to się ich ignoruje po prostu. 
Dziś dodzwoniłam się tam świtem bladym, nawet mieli o to żal, ale odebrali telefon i powiedzieli, że przesyłka zrobiona i poleciała do mnie. W skrzynce pocztowej leżało sobie awizo - Pan Mąż spał i nie wpuścił paczkarza wczoraj wieczorem, gdy ja szalałam z dwupsem na wybiegu przebierając przy tym nogami z niecierpliwości.
Za to powiózł mnie dziś na pocztę autem. I odebrałam moją pierwszą w życiu paczkę z USA na poczcie pamiętającej czasy Gierka i tęsknot za takimi paczkami.
W domu przesyłką bardzo zainteresował się dwupies:



Nie wytrzymałam długo i przekopałam to pudło. Są, obie, piękne, wraz z katalogiem z ostatnimi strojami. A w katalogu zdjęcia wyraźniejsze niż na stronie firmowej, nawet szczegóły krawieckie widać. Mają pudła, peruki, buty i aż mi się ręce trzęsą.



Zaraz je uwolniłam z pęt i skoro obiecałam Kankance je pokazać to pokazuję. Przy okazji pokazuję, że wiosna już tuż tuż. Amarylis nigdy jeszcze nie wypuścił takiej łodygi - wygląda jak megafon - szczekaczka z czasów mojego dzieciństwa. Takie megafony były na Placu Konstytucji.




Lalki nie są małe, mają po 40 centymetrów wzrostu, ale amarylis górą.




Za to cyklamen jest właściwej dla nich wysokości. Hiacynty też.




Już widzę, że zrobienie butów płaskich nie będzie bardzo trudne. Z butami na obcasie trzeba pogłówkować, koturny chyba też nie będą trudne. Peruki nie spadają z łysej głowy, bo mocno trzymają się na rzepie. Perukowa jest blondyna, mogę z niej zrobić ciemnowłosą w każdej chwili. Rudas ma normalne włosy. Oczy malowane wyglądają mniej przekonująco niż akrylowe, ale obie panny mają to coś, co mnie kręci i aż w dołku łechce.

Ależ sobie zrobiłam prezent. A teraz mogę oddać się projektowaniu, marzeniom o kapeluszach z piórkami , futrach i koronkach dla lalek. No i naturalnie o biżuterii. nareszcie wiadomo, kto będzie nosił koraliki, których mam całą miskę i których nie używam.

A komentującym czytelniczkom bardzo dziękuję za wsparcie duchowe w sprawie tych lalek. Bez tego wsparcia nie odważyłabym się na taki zakup, służący wyłącznie własnej frajdzie i niczemu więcej.

13:06, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (28) »
sobota, 05 lutego 2011
O mało nie dostałam odleżyn na kościach kulszowych, ale jest, w końcu jest gotowy i cały mój pierwszy poważny needlepoint:



No marna jestem w robocie na czas, ciągle się kręcę, łażę, robię kilka rzeczy na raz i cała robota się robi przewlekła. Kruk zajął mi niby trzy sesje po 2 tygodnie, ale rozciągnęło się to na niemal 2 lata. Teraz UFO jest wykończone i waży 250 gramów.
Tak, to nie pomyłka, całe 25 deko wełny w tym 50 gramów jedynie granatowego tła. Zostało jej może 20 centymetrów. Zgodnie jakimś cudem z projektem ma rozmiary 46 x 46 centymetrów i ma być niby na poduszkę, ale nad tym to jeszcze pomyślę. Naturalnie wełna w całości pochodzi z drugiego obiegu, z lumpeksów i z allegro, co spowodowało bardzo niski koszt przedsięwzięcia.
Kruka według dawnego projektu Williama Morrisa sobie wybrał Pan Mąż i kiedy byłam już na finiszu z haftowaniem zjawiał się u mnie w buduarze i głaskał równą powierzchnię tkaniny:



Widać, że pomimo naciągnięcia kanwy na krośnie haft wymaga jeszcze napinania. To już nie dziś. napinanie będzie mozolne i będzie wymagało sporo wysiłku, bo to nie są oszczędne półkrzyżyki, ale kontynentalny ścieg gobelinowy, a tam gdzie się dało koszykowy.



Tak wygląda lewa strona i stąd właśnie waga pracy. Takiego gobelinu można spokojnie używać jako obić na krzesło albo nawet jako dywan. Nie przetrze się prędko, a z wiekiem wręcz trochę sfilcuje, co doda mu trwałości.

Miałam dziś uroczą wizytę. Wpadli do mnie brat z bratową i Kacperkiem. Muszka chyba się dziecka ciut bała, ale na moich kolanach siedzieli zgodnie oboje. Muszka to ten ciemny trójkącik z przodu.



Oj, trochę przeostrzone, ale filtr unsharp mask chyba kliknęłam o jeden raz za dużo. To są skutki używania skrótów klawiaturowych i drogi na skróty.
 
1 , 2