Rozmaite Gackowej przypadki.
wtorek, 28 lutego 2012
Pierwszy wyrób z Malabrigo Lace za mną!
Faktycznie, prawdę dziewczyny pisały, dzierga się z tego jak marzenie. Nie rwie się, choć wygląda na słabiutkie. Nitka została przypadkowo pożarta przez odkurzacz i wkręciła się w turboszczotkę. Bez problemu dała się wyplątać w całości.
Tym razem powstał szal z prościutkim wzorkiem w biedronki, z nitki w kolorze Buscando Azul (czyli we wściekłym szafirze).


Ze 100 gramów włóczki powstał na drutach nr 4 szal o rozmiarze 170 x 70 cm. Zostało aby tyle, że na ewentualne naprawy wystarczy.
Pranie w Eucalanie nie zrobiło szalowi krzywdy. A ja wiem, że Malabrigo nie farbuje.
Prostotę wzoru nieco łamią koraliki, którymi usiany jest cały środek szala.



Nieustanne szukanie koralika szydełkiem nr 0.5 bardzo spowalnia robotę. Nitka przy tych koralikowych manewrach ani razu nie pękła.
Jakoś szczególnie się to Malabrigo nie zmechaciło przy robocie, choć można poznać, gdzie jest początek, a gdzie koniec szala. Za to w nagrodę za niedogodność w mechaceniu, w dotyku jest ta włóczka jak bita śmietanka. A ciężkie szklane koraliki powodują, że szal się świetnie układa.




Szal zrobiłam w prezencie dla pewnej bardzo dzielnej Pani, co przez całe zawodowe życie ganiała bandziorów nadzwyczaj skutecznie. W podziękowaniu za te zasługi Ojczyzna funduje jej niekończący się proces sądowy, bo prokurator jest niesłychanie ambitny i nie przyjmuje uniewinnienia przez kolejne sądowe instancje do wiadomości.
Nie umiem zrobić medalu, ale umiem zrobić szal!
Myślę, że ten egzemplarz, szafirowy, błyszczący od koralików trafnie nazywa się "Niebo gwiaździste".
poniedziałek, 20 lutego 2012
Odkąd zaniechałam kupowania polskich gazetek z dzianinami i zdałam się na Ravelry, Rowana, Designers Knitting i tym podobne źródła rozciąga się przede mną świat idealnego dziewiarstwa.
Prześliczne tweedy i alpaki przerobione przez zdolne ręce prezentują się tak ciekawie, że wprost oczu nie można oderwać.
Albo tak ciekawie zrobione są zdjęcia. A to co się nie udało zebrano na plecach szpilkami i agrafkami.
Oglądam sobie co sezon taki Designers Knitting i jak mi się coś okrutnie spodoba to pędzę na Ravelry i patrzę, jak wyszedł dany model innym dziewiarkom nie związanym z wydawcą pisma. Jeśli większość wykonała rzecz dobrze i nie ma rażących różnic wszystko gra. Ale bywa też tak, że model się w niefachowym wykonaniu wcale się nie sprawdza.
Ot weźmy słynną Alice Starmore. Nim się weźmiecie za jej arany lub inne swetry ze znanych książek, sprawdźcie, co spadło z drutów innym dziergaczkom. Czasem przewrócić się można z wrażenia.
Ktoś piękną, wełnianą włóczkę podmieni akrylem w kolorze odchodów, a potem zeszyje byle jak części bez napinania i zaprezentuje na własnej, mało modelkowej figurze. I tylko zemdleć przychodzi na ten widok.
Sama w ten sposób zamordowałam Kelmscotta, zamiast eleganckiej angory w kolorze kości słoniowej dałam beżowego First Classa a potem zamierzałam to nosić na pękatym brzuchu. Śmiech po prostu. 
Teraz w wiosennym Interwave Knits znalazłam zabawny sweter coś jakby poncho z dorobionymi wąskimi rękawami i kołnierzami na dole i na górze. Ponoć można go na wszystkie strony nosić. Paskiem do góry, kołnierzem do góry i tył na przód też.
Tyle, że zrobiony z grubej, mięsistej alpakowej włoczki, jakiej tu u nas nie bywa. Na drutach 6 ma być 14 oczek na 10 centymetrów. A motków tej alpaki ma być 16. Drogo wychodzi.Nawet to jest za cienkie, a kosztuje nieźle. I to nieźle ma być razy 16!
Nie mam takiej włóczki w ilości 1600 metrów. Mam za to czarny moher na hurtowej szpuli, ponad 40 deko.
Ale czy coś co było ładne z drogiej alpaki po sfotografowaniu na chudej modelce będzie ładne po wykonaniu z czarnego, kudłatego moheru na mnie? Idę na Ravelry, ono zna odpowiedź.


niedziela, 12 lutego 2012
Misia, moja mała córeczka ma dosyć prac w dziwnych firmach za śmieszne pieniądze.
I poszła znów do szkoły po całkiem nowy zawód. Po zawód z przyszłością i do wykonywania w całej Europie, bo taki zasięg ma dyplom szkoły i egzamin zawodowy.
Sama zechciała się uczyć, sama wybrała szkołę.
Obie cieszymy się jak głupie.
Trzeba dziecku pomóc dorzucając do czesnego - jej pensja wystarcza tylko na przeżycie bez kina, książek i nowej odzieży, oraz znaleźć po znajomych dobre stare podręczniki na przykład Bochenka do anatomii.
Trzeba będzie pomóc w przyswojeniu mianownictwa anatomicznego po polsku i po łacinie. Kto z marszu będzie rozróżniał rąbek oskórkowy od rąbka szczoteczkowatego? Dextera od sinusa? Clavicus od femur i ulna?
I trzeba będzie posłużyć przez dwa lata własnym ciałem w nabywaniu przez dziecko umiejętności masażystki.
Sama się przy tym niewątpliwie sporo nauczę, choć nie zawsze będzie to przyjemne. Przy pierwszym treningu masażu na mojej łydce dziecina znalazła na niej dziś całkiem dotąd ukrytego a dorodnego żylaka.

I jeszcze uszyłam ręcznie moim wytwornym lalkom  z Integrity Toys futro z prawdziwej norkowej skórki z prawdziwą jedwabną podszewką.
Pannice Jasona Wu są tak wytworne i rozpieszczone, że na lalkowym forum od dawna żartowano, jakoby futro z norek jest im koniecznie potrzebne.
Ponieważ w worku ze skórkami siedział sobie norkowy szalik mojej ś.p. babci, z dwóch skórek zeszytych przodami, z dwiema parami tylnych łapek i ogonków na końcach i od dawna bez zapięcia, surowiec na futro był. Po spruciu szwa głównego okazało się, że skórki, mimo podeszłego wieku (czterdzieści lat z okładem) są w doskonałym stanie.
Zatem sporządziłam wykrój, wykroiłam skalpelem, zeszyłam ręcznie, dodałam podszewkę i futro jest. Pełnej długości, z szalowym kołnierzem.



Jestem zdania, że wygląda bardzo naturalnie, choć nie ma ani zapięcia, ani kieszeni. W tej skali można o kieszeniach zapomnieć, a o zapięciu albo sobie przypomnę, albo nie.


Na obecne temperatury akurat!



Jedwabna podszewka z satynowego żakardu jest nawet w rękawach i sama bym taką chciała mieć w moim futrze.



Futro jest jedno dla całej mojej stajni dziewczyn w rozmiarze 11 cali, czyli niby w skali 1:6, ale tu widać, że niejaka Gizela nie chce go nikomu dać.
Nie będę kupować dla reszty norkowych skórek, nigdy nie kupię NOWEGO futra, robię jedynie recykling starych.
W skali 1:6 każdy błąd i krzywy szew jest 6 razy bardziej widoczny niż w skali 1:1, ale lalce w futrze ładnie.

PS. Sukienka Gizeli tez własnoręcznie wykonana ze starego swetra Pana Męża. W przeciwieństwie do skórek, z których zostały tylko łapki i ogony z tego swetra powstanie jeszcze kilka sukienek.



19:46, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 06 lutego 2012
Z tła otaczających nas rzeczy mózg woli zauważać przedmioty znane niż nieznane.
Co jest nam znane i bliskie, to łatwiej zauważamy wśród innych rzeczy.
Kto był w ciąży to zna to zjawisko, w ciąży wraz z nami było bardzo dużo innych pań. Matki niemowląt zauważają niemowlęta itd.
Odkąd mamy Muszkę świat jest pełen Muszek, Psotek i Hipusiów. Widzimy je bardzo dokładnie, a nie kątem oka.
Wszystkie mają cienkie łapki, ogony jak flagi, za duże uszy i długie cielska. Niektóre są łaciate, inne rude, ale większość to czarne podpalane w nieefektownym szarym odcieniu tego podpalenia. O rasowym, czerwonym kolorze jaśniejszych części - zapomnij.
Od Szczytna do Warszawy w drodze przez Przasnysz i Maków Mazowiecki w każdym gospodarstwie Pan Mąż widzi jakąś Muszkę. Taka Muszka względnie Hipuś siedzi w otwartej bramie, albo pod drzwiami, mrozem się nie przejmuje, wodzi po zagrodzie gospodarskim spojrzeniem i widać, że rządzi na posesji.
To Muszki właśnie biegają skrajem szosy, żeby nagle przebiec na drugą stronę i trzeba na nie bardzo uważać.
Alicja obserwuje swoje osiedlowe Muszki z ósmego piętra. Są łaciate, białe i typu hiena, noszą kubraczki, w mróz podnoszą łapki i biegną tylko na trzech, bo posolony chodnik piecze w poduszeczki.
Dziś z powodu Muszki jakaś pani chciała na mnie policję wołać. 
W trakcie porannego spaceru weszłam do lumpeksu, a psiaki zostały przy płotku.
Jakaś jejmość najpierw mnie ze sklepu wywołała, potem naurągała, że męczę zwierzęta (bo one tak zmarzły, w łapki im zimno, już nie wiedzą jak mają tu WYTRZYMAĆ). 
A one się nudziły. Wolą szaleć na mrozie niż siedzieć przy płocie.
Skonstatowała, że trzeba mi te psy odebrać, bo jestem głupia i podła.
Była tak wściekła, że nie chciało mi się dyskutować.
Czy jej miałam powiedzieć, że jak mi ktoś nawet psa odbierze, to on trafi na Paluch do otwartej klatki bez solidnej budy na 24 godziny i bardziej zmarznie? Możliwe, że na śmierć? Powiedziałam jej tylko, że jak chce dzwonić, niech dzwoni, ale do Straży Miejskiej, bo Policja się psimi sprawami nie zajmuje w mieście.
12:16, weisefrau , pies
Link Komentarze (17) »
piątek, 03 lutego 2012
Bateria przy wannie ma trzy lata i wczoraj umarła na szaleństwo i niewydolność. Najpierw lała wodę bez kontroli temperatury, raz zimną, raz gorącą jak popadło, a potem nie dało się wody zakręcić. Wcale. Pozostało cały łazienkowy pion rur odciąć od urządzeń sanitarnych, bo lało by się strumieniem do rana. 
Jednak środek do czyszczenia baterii z wierzchu nie uporał się z jej śmiertelnym, chińskim syndromem.
Bateria, nabyta w markecie podczas remontu, miała firmowe pudełko KAF, zwanego niegdyś FAK (chyba każdy rozumie czemu nazwę zmieniono) i 5 lat gwarancji. Tyle, że paragon zbladł do bieli.
Do remontu kupiliśmy tyle rzeczy, że kserowanie wszystkich paragonów zapełniło by kserówkami wielką szufladę. Więc nie kserowaliśmy wcale...
Pudełko zatem bateria miała firmowe, ale w katalogu firmy ten wzór nie występuje. Bo pochodzi z Chin a nie z Krakowa. Firma na potrzeby supermarketu, który chce mieć na stanie ceramiczną baterię za 100 zł kupuje w Chinach byle co, pakuje w pudełka i mami gwarancją. A kwit zblednie. I kto po 5 latach pamięta gdzie kupił takie coś.
Miejscowy ursynowski sprzedawca kranów rechotał na widok trupa z mosiądzu chromowanego  jak nakręcony i sprzedał nam jakąś miejmy nadzieję trwalszą baterię, za znacznie więcej niż 100 zł.
Zatem mamy już sprawną i wannę i obie umywalki i bidetkę, a nawet sedes, co w takie mrozy nie jest bez znaczenia. Chodzić za potrzebą na podwórko za świerczek byłoby trudno.
Przygodę z kranami przyjęliśmy bez większego wzruszenia, bo wzruszeń co niemiara dostarczyła nam Alicja, a konkretnie jej ostatni wynik tomografii. Oko lekarza opisującego owo CT dostrzegło w Alicji jakiś powiększony do 8 mm węzeł chłonny. Naturalnie w naszych łbach rozdzwoniły się alarmowe dzwonki: wznowa jak nic.
Wieźliśmy dziś do Wieliszewa Alicję dzielną, szaro - fioletową na obliczu, załzawioną i dziwnie milczącą. Jako ćwiczenie mentalne zarządziłam wypatrywanie różnych Muszek, ale w taki mróz wszystkie Muszki siedziały na kanapach albo w budach. Od Ursynowa do Wieliszewa widziałam tylko 2 psy i niestety rasowe. Jechaliśmy wszyscy jak na ścięcie.
A lekarz obejrzał Alicję, wszystkie opisy i płyty, powiedział "zdrowa kobita, węzły zaczynają nas interesować powyżej 1,5 cm". I naznaczył wizytę za pół roku.
I wiecie co? Wobec grozy wznowy okazało się, że życie z urostomią, wymienianie worków i płytek to pikuś. To kaszka z masłem, z cukrem i cynamonem.
Mieli rację lekarze, że choremu dojście do siebie i akceptacja sytuacji zajmuje 6 miesięcy. Tyle, że po drodze są 2 kontrole, 2 badania CT , a każde z nich może pokazać, że koszmar choroby wcale się nie skończył. Wobec tego koszmaru dobrze dobrany sprzęt stomijny (przez 6 miesięcy krowa sobie go dobierze i się nauczy to obsługiwać) to naprawdę nie jest nic strasznego. Przez te 6 miesięcy pacjent uczy się proporcji.
Ludzie, ulżyło nam baaaardzo.


środa, 01 lutego 2012
Każda z nas ma własne porządkowe patenty. Musi mieć. Lata prób i starań dają nam doświadczenie i sposoby na sprawne prowadzenie domu.
Minęły czasy proszku Javox i płynu Delfin do toalet, znikły makabryczne, kredowo - mydlane kostki do mycia okien, znikł płyn Kryształ przyjmowany przez meneli również doustnie. Obfitość różnych Pronto, Ajaxów i Tytanów i Froschów stanowi powód do długiego rozmyślania przed półkami z chemią gospodarczą w Rossmanie.
Im więcej tego wszystkiego jest, tym konsekwentniej myłam okna najmniej pienistym i mazistym sposobem: ciepła woda, ocet i amoniak. O ile okna dają się umyć bez pienienia i niebiańskich woni, o tyle tłusty syf z kuchennych szafek niekoniecznie. Nie znoszę szorowania kolejnych metrów bieżących kuchennych mebli na chybotliwej drabinie i schodzenia co rusz po kolejne wiadro wody, żeby spłukać pianę po różnych super odtłuszczaczach.
I akurat kiedy byłam w trakcie szorowania i płukania zadzwoniła Ewcia. Usłyszawszy, czemu jestem taka wściekła rzuciła niedbale: Tylko Brudpur kochana, tylko Brudpur.
Nigdy nie słyszałam o żadnym Brudpurze, nigdy nie widziałam Brudpura.
Ewcia poszukała opakowania i dodała: Voigt to robi, u mnie w chemicznym jest to i u ciebie będzie.
Najpierw tego Voigta przegooglałam. Okazało się, ze to firma produkująca profesjonalne środki czyszczące dla hoteli, restauracji i innych takich. Mają pełną ofertę rozmaitości, wszystkie ich produkty mają dopuszczenia do kontaktu z żywnością, są koncentratami, ceny mają w stosunku do Ajaksów Cifów i innych takich bardzo konkurencyjne (jeżeli się uwzględni, że z 1 litra Brudpura ze sklepu za 17.50 pln uzyskujemy minimum 10 litrów bardzo skutecznej cieczy użytkowej).
Kupiłam, rozcieńczyłam wlałam do spryskiwacza i mam spokój, wystarczy psiknąć, przetrzeć i finito. Nie śmierdzi, nie pieni się i działa.
Naturalnie wypróbowałam i inne Voigtowe patenty. Serdecznie polecam Nano San (19.99) do czyszczenia łazienek, wanien, kabin prysznicowych, zlewozmywaków i armatur. Niczego podobnie skutecznego w rękach nie miałam. Tego rozcieńczyłam do trzech spryskiwaczy: do łazienki, do kibelka i do kuchni. Jest to faktycznie wykonane technologią nanocząstek krzemu i zabezpiecza powierzchnie na jakiś czas przed odkładaniem brudu i plam z wody. Zakamieniałą armaturę wannową ów Nano San uzdatnił po trzech użyciach. Widmo wymiany rozwiało się. Stalowy zlew potrzebuje psiknięcia raz na dobę a nie po każdym użyciu. Jak zwykle żadnego pienienia się i błyskawiczne działanie. I brak smrodu. Nano San jest lekko perfumowany zapachem grapefruita, ale w rozcieńczeniu zapach jest do przyjęcia.
Jest tych środków do licha i ciut ciut. Każdy sobie może dobrać jakie mu potrzebne. 
Lasipur do okien jest pierwszym preparatem jaki znalazłam faktycznie nie pozostawiającym smug. Jest jednak droższy (12,99 za litr), bo nie jest koncentratem. Ale razem ze ściereczką z mikrowłókna pozwala uporać się ze wszystkim, co osiada na szybach, lustrach, oszklonych obrazkach i kaflach.
W centrum Warszawy te produkty można kupić na Nowogrodzkiej 6 w sklepie Włamywacz.
We Włamywaczu można zresztą dostać wszystko co w gospodarstwie domowym potrzebne. To jedyne znane mi miejsce o tak wszechstronnym zaopatrzeniu.