Rozmaite Gackowej przypadki.
wtorek, 25 listopada 2008


Nadchodzi pora imieninowo - mikołajkowo świąteczna i trzeba będzie wnet uszczęśliwiać krewnych i znajomych miłymi niespodziankami.  Wyciągnęłam zatem pastele, bo gdybym miała takie powierzchnie zahaftować, to by bliźni na święty nigdy prezenty dostali. Jednak kredki prędzej pokrywają papier niż ściegi tkaninę.
Tym razem wybrałam sobie jako inspirację "Błękitny wazon" Cezann'a. Zawsze te moje pastelki są znacznie bardziej kolorowe niż oryginały. I dobrze, nie jestem w końcu Cezannem.

niedziela, 23 listopada 2008


Obudzić się w domu i zobaczyć coś takiego za własnym oknem - cud prawdziwy - iglaki całe w śniegu, sikorki na modrzewiu i w karmniku urzędują, sroka załatwia w świerku jakieś swoje interesy... Pisząc te słowa widzę panienkę sikorkę bogatkę pasącą się z tłuszczowej kuli z ziarenkami wiszącej na kracie okna. Nie można się nie uśmiechać! Pan sikorek czeka na swoją kolejkę, a sroka wisi w świerku głową w dół. Nie wiem, czego tam szuka, ale na pewno jest jej niewygodnie. Teraz na kuli pasie się modraszka.
I takie widoki może mieć każdy, kto ma przed oknem drzewo i krzak, a nie blok!
Sikorki sikorkami, a udało mi się całkiem co innego. Zapragnęłam kupić wzór w znanej firmie Heaven And Earth Designs działającej przez internet. Wzór nie był szczególnie drogi, ale jednak w dolarach, a siedziba firmy jest daleko. Długo dumałam jak to zrobić, w końcu poszłam do banku obgadać szaloną transakcję na 18 $ z doradcą bankowym.  Okazało się, że kartą Visa, którą Tomek wyrobił mi tak trochę dla picu i żebym nie narzekała, ze nie mam dostępu do rodzinnego majątku, mogę płacić na całym świecie rachunki znacznie większe niż za ten wzorek.  Tłumacząc mi to pani śmiała się perliście, a mąż trzymał fason, choć zerkał z niepokojem. Widać już widział oczami wyobraźni, jak szaleję w Amazonie.
W domu, po długiej konsultacji z Kankanką zabrałam się do transakcji. Zalogowałam się jak kazali, wybrałam wzorek, podałam dane, sprawdziłam kłódeczki, przeczytałam regulamin, to wszystko dwa razy, bo za pierwszym razem się nie udało i po formalnościach zobaczyłam na formularzu magiczny guzik Download. W regulaminie trzy razy przypomnieli, ze ten guzik wolno mi będzie nacisnąć aby jeden raz i mam na to 2 tygodnie.
Bardzo przeze mnie lubiany dodatek do Mozilli, Coliris Prewiew czyli podgląd linków pokazał tym razem swą paskudną stronę. Otworzył link Download i przez 2 sekundy widziałam wzór w PDF. A kiedy chciałam to download nacisnąć, wszystko znikło i było po ptokach. Coliris wykorzystał moją szansę pobrania pliku.  Zamiast zapisać plik na podglądzie dałam mu uciec w kosmos.
Z płaczem opowiedziałam to mężowi. Trochę na mnie wrzasnął. Ponoć spodziewał się takiego obrotu sprawy. Kankanka chyba się trochę do winy poczuła i chciała mi te 18 $ oddawać - całkiem niepotrzebnie, bo to w końcu nie ona się wyjątkową gapowatością wykazała. No przykro mi było okropnie. Ale jak zobaczyłam w poczcie potwierdzenie transakcji to pomyślałam: raz kozie śmierć, napiszę do nich. Przecież nie mogę być jedyna na świecie, której się coś takiego przytrafiło. Przecież wzorki do haftowania o tym stopniu skomplikowania kupują sobie starsze hafciarki (bo młodsze są zbyt niecierpliwe) a nie młodzi , bystrzy programiści biegli w transakcjach przez internet. I te starsze panie z całego świata z pewnością mają bardzo rozmaity poziom znajomości angielskiego i obsługi komputera. I w ich sekretnych zakupach pewnie tak jak i mnie nikt nie pomaga, mylą się i są gapowate. I napisałam im tak:
"Z przyjemnością zapłaciłam za Wasz piękny wzór, ale go nie otrzymałam. Nim nacisnęłam Download coliris prewiew otworzył Waszego linka. Ruszyłam myszą, link się zamknął i było po zawodach. Czy mam zapłacić drugi raz, czy może mają państwo jakieś inne sugestie?" Frazy zapożyczyłam ze znanych mi piosenek a za ortografię tego pisma funta kłaków bym nie dała.
Następnego dnia w poczcie znalazłam informację, ze link jest dla mnie ponownie otwarty.
I w ten sposób straciłam dziewictwo u używaniu karty Visa w internecie, a firma http://www.heavenandearthdesigns.com/ zyskala zadowoloną klientkę!
Udało mi się!

czwartek, 20 listopada 2008

Paskudny blox nie chce pokazać mojego hafciku - takie śliczne serduszko czerwone, koronkowe wyszyłam i go widać nie pokażę. Bo nie. Ale tu musi je być widać!

http://www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/78c79d1250e5a46a.html 

Nie mam pomysłu na wykorzystanie hafciku. Może zrobię ich jeszcze kilka i wtedy się zobaczy.

środa, 19 listopada 2008

Chwała Bogu, że złotówka mocno stoi - no ponoć już spada jej wartość, ale jeszcze nie na tyle, żeby nie można sobie kupić spodni u Marksa i Spencera.

Przemaszerowałam wiele kilometrów w galeriach handlowych, na bazarach i w outletach nie wspominając o lumpeksach by przekonać się kto umie, a kto nie umie kroić damskich spodni z dżinsami włącznie.

Kiedy miałam rozmiar 36, 38, 40  i nawet 42 nabycie spodni było łatwe i bezbolesne. Nawet było mi wszystko jedno czy dżinsy są damskie czy męskie. Im się robiłam większa i okrąglejsza ja, tym większy stawał się problem. Przez chwile nawet chodziłam w tym, co dopinało się w pasie. Ale to była głupia strategia.

Drugi błąd z mojej strony to chodzenia na zakupy z mężem. Bardzo go kocham, ale znudzony chłop jest fatalnym doradcą przy kupowaniu spodni. Zwłaszcza znudzony chłop wspierany przez głupią sprzedawczynię. Stałam się przez nich właścicielka drogich Wranglerów, które przecinały mi brzuch na dwie nierówne połowy i w których nie mogłam ani usiąść, ani jeść.

W końcu trafiłam do Marksa i Spencera bo się chwalił, że ma dżinsy w jakiejś niewielkiej cenie. No i się zakochałam. Dżinsy są porządnie skrojone, każdy rozmiar i kolor występuje w trzech długościach i ta środkowa długość regular to długość na mnie. Rozmiary bynajmniej nie kończą się na 42. Fakt, ze trzeba sobie rozmiar przeliczyć na cale, ale jak sie już przeliczy to czeka nas niespodzianka, bo okazuje się, że jesteśmy mniejsze niż w rodzimych sklepach. Pas nie przecina brzucha na pół, tyłek się nie marszczy i nie wisi. Nogawki mają we właściwym miejscu zaznaczone kolano, co powoduje, że nogi wydają się dłuższe. No i jest w sprzedaży dżins bardzo ciemny, którego gdzie indziej próżno szukać. Na dodatek spodnie z innych tkanin spełniają te same kryteria. Mają dodatek lycry ale również wiskozy, co powoduje że są miłe w dotyku. No i są przyzwoicie krojone. Nawet rozważam czy jakichś sobie nie kupić tylko po to, żeby je spruć i mieć wykrój dla jakiejś szlachetniejszej tkaniny.

Ceny dżinsów wahają się od 75 do 135 złotych, spodnie z innych tkanin też kosztują w takich granicach. Po co mam się w takim razie męczyć we Wranglerach albo świecić oczami w błyszczącym poliestrze z gumką w talii za taką samą cenę?



Dobra Ewcia podarowała mi śliczną płócienną gwiazdę podszykowaną do obrobienia szydełkiem. Nawet zadbała, żebym miała wzór koronki do obrobienia gwiazdki. To  raptem tylko 4 rzędy, ale jaki efekt.
Dziękuję Ewciu!

poniedziałek, 17 listopada 2008

Kobiety z rodziny mojego ojca miały dwie cechy występujące razem lub osobno: były biegłe w robótkach ręcznych i ładnie im było w kapeluszach. Mnie się obie te cechy dostały od taty.

Moja mama kapelusz przymierzyła raz, wzdrygnęła się na swój widok w lustrze, kupiła go  aby zamknąć usta znajomym, następnie schowała go głęboko i zapomniała o sprawie.

Mój pierwszy kapelusz nabyłam sobie w Berlinie, był zrobiony ze sztucznego futra, znosił nawet najgorsze traktowanie i wyglądał odlotowo. Nosiłam go, aż prawie wyłysiał. A to dlatego, że kobietom, którym jest ładnie w kapeluszach nie jest ładnie w dzianinowych czapeczkach.

No, w dzieciństwie jeszcze te czapeczki ujdą, ale potem już nie.

Każdej jesieni przez wiele lat eksperymentowałam z opaskami, czapkami, beretami kupowanymi i własnoręcznie robionymi. Nic z tego. Dzianina odpada. Zsuwa mi się na czubek głowy, przekręca i wyglądam jak ktoś nie do końca rozwinięty. W końcu spasowałam  i odpuściłam eksperymenty. Zostały mi w końcu do noszenia jeszcze chustki, papachy, kaptury i kapelusze.

Tyle że do popularnych modeli kapeluszy mam stosunek niechętny.

Popularnych, znaczy tyle, co widywanych na co dzień.

Pierwszy kapelusz filcowy ulepiłam sobie sama. Chciałam mieć czarny toczek z woalką, a w sprzedaży były tylko pomarańczowe kapliny. Babcia za okupacji trudniąca się rozmaitymi rzemiosłami z niemieckich walonek wyrabiała właśnie kapelusze i berety. Za jej radą podarowany mi przez sąsiadkę  biały kapelusz model "pieczarka" został właśnie zamieniony na ów czarny toczek. Woalkę też dostałam od kogoś w prezencie i przez kilka lat zadawałam szyku toczkiem. Potem w sklepie fabrycznym Skoczowa kupiłam białego stetsona. Jeśli ktoś nie pamięta, to takie stetsony nosiła w Calgary polska kadra olimpijska. Ten kapelusz nauczył mnie, że biel to nie jest kolor na codzienne, filcowe nakrycie głowy.

Im jestem starsza, tym ronda noszę większe. Najlepiej mi do twarzy w damskim oficerskim kapeluszu od galowego munduru rosyjskiej floty wojennej. Wstążkę i znaczek z sierpem i młotem wymieniłam na jedwabną chusteczkę, strusie pióro i broszkę w kształcie nietoperza. Cudny jest ten kapelusz. Ale tak zwykle są zrobione mundury, żeby w nich było do twarzy. Drugi cud kapelusz pochodzi z Kazimierza nad Wisłą i chyba jest rękodziełem miejscowej artystki. Trochę krzywy, z fantazją.

A trzeci pochodzi niestety z domów centrum i choć sam w sobie jest OK, to bez charakteryzacji mogę w nim grać skrzypka na dachu. Kombinuję, czy mu nie doszyć jakiejś woalki.

 


środa, 12 listopada 2008
Do zabawy zaprosiła mnie Ewcia. Chciała, to niech ma:
 
1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej ?

O każdej porze. jak tylko dorwę książkę i minutę czasu. A jak nie mam minuty, to ukradnę bezwstydnie. Przy jedzeniu i w wannie obowiązkowo!

2. Gdzie czytasz ?

Przy stole, w wannie, na kanapie, w fotelu, w tramwaju, w autobusie, na plaży, na dywanie i w księgarni też.A czasem nawet w kolejce do lekarza albo w sklepie

3. Jeżeli czytasz na leżąco to najchętniej na plecach czy na brzuchu ?

Na brzuchu, co w okularach "urbanówkach" nie jest takie łatwe, ale na boku jest wygodniej. Wolę  jednak przy czytaniu siedzieć.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej ?

Kryminały, horrory Kinga, powieści, biografie, poradniki, książki o sztuce, medyczne, albumy, bajki, poezje, książki kucharskie i robótkowe, słowniki, książki naukowe z dziedziny psychologii, nauk społecznych i medyczne.

5. jaką książkę ostatnio kupiłeś ?

Trinny & Susannah "Who Do You Want To Be Today", "Oko w Oko z Adobe Photoshop CS3" a od mamy dostałam wczoraj E.H. Gombricha "O Sztuce"

6. Co czytałeś ostatni i co czytasz aktualnie ?

Mary Webb "Ściegi Hafciarskie", Raymonda Chandlera "Topielicę" znaną dawniej jako "Tajemnica Jeziora", atlasy ptaków i poradnik karmienia ptaków zimą, Harry'ego Steina "Magiczny Lek" - bzdurna powieść wydana przez Świat Książki, Karin Fossum "Nie Oglądaj Się", Karin Fossum "Kto Się Boi Dzikiej Bestii", "O Sztuce" Gombricha , Marka Łebkowskiego "Kuchnię Polską" i oczywiście zerkam jak zwykle do kochanych pozycji.

7. Używasz zakładek czy zaginasz rogi ?

Używam zakładek, papierków, niteczek,linijek, motków muliny, starych biletów, recept, wstążeczek i czego popadnie. Niedawno jeszcze używałam pudełek z papierosami, zapalniczek i sreberek. Wyjatkowo zdarza mi się położyć książkę "na mordę' grzbietem do góry, ale klejone egzemplarze tego nie wytrzymują. Rogów nie zaginam. A jak niczym książki nie założę, to ona i tak uprzejmie się otworzy tam gdzie trzeba. One mnie lubią tak samo jak ja je.

8. co sądzisz o książkach do słuchania ?

Nie próbowałam, ale pewnie przyjdzie na to pora

9. co sądzisz o e-bokach ?

Książka ma mieć papierowe kartki i zapach.

Teraz powinnam kogoś do zabawy zaprosić. Zapraszam więc Małgosię  i Rudą-val:-)

sobota, 08 listopada 2008


Zabrałam się za niego pod koniec maja, trochę dla zmniejszenia stresu remontu i przeprowadzki. Dawał się łatwo robić, szybko przyrastał, tolerował towarzystwo telewizora. Zachomikowane nici portugalskie firmy Linol, kordonek nr 8 z merceryzowanej egipskiej bawełny zachowały od maja do listopada śnieżną biel i fakturę. Stosunek jakości do ceny eliminuje z mojego horyzontu wszystkie basaki - 750 gramów kosztowało może 40 złotych w hurtowni Pasgala. Podczas roboty nici się nie skręcały ani troszkę. Jedyną ich wadą jest to, ze sprzedawane są w motkach i trzeba je zwijać. Na obrus wyszło niemal cale opakowanie.
piątek, 07 listopada 2008


Nasz ogródek jest bardzo gęsto obsadzony drzewami i krzewami. Poprzedni właściciel mieszkania był pod tym względem maksymalistą, posadził tu ponad 200 drzew i całkowicie ukrył nasze mieszkanie przed wścibskimi oczami. Skutek jest taki, ze zamiast miejskiej panoramy z okien widzimy modrzewie, cisy, dęby, brzozowy zagajnik i jarzębiny. Mieszkanie jest przez to dość ciemne, ale wole oglądać modrzewie i cisy z ciemnego mieszkania, niż panoramę Ursynowa z widnego - co kto lubi.
Ptakom też podoba się nasz ogródek. W gałęziach gniazdowały przez całe lato, potem pasły się na trawniku opadłymi owocami jarzębiny, których umyślnie nie zagrabiłam, a teraz przyszła pora na uruchomienie ptasiej stołówki. A jest kogo karmić. Stadko sikor bogatek chyba rezyduje u mnie na stałe, sikory modraszki i sosnówki też tu widuję. W lecie kowaliki łaziły głową w dół po modrzewiach, stałymi gośćmi były kosy i drozdy - jeszcze widuję pojedyncze okazy, a pan zięba z czerwonym podgardlem spaceruje po omszałym trawniku. Pan zięba lepiej jest znany hafciarkom jako robin, bo jest częstym motywem angielskich haftów świątecznych. Srok jest zatrzęsienie i nie mam zamiaru ich karmić, ale powiedzcie sroce, zeby się wyniosła - Ha ha ha


Uznałam, że ten jeden samotny karmnik to zbyt wielkie ryzyko dla moich gości. Sporo tu kotów, z tarasu do karmnika to jeden skok. Sroki też jak widać nie mają żadnych trudności z pozywianiem się w tym domku. Alicja podpowiedziała mi pomysl na karmnik niedostępny dla kotów, srok, gawronów i wron:


W dużej butli po wodzie mineralnej trzeba wyciąć nożem niewielki otwór, słoninkę ( niesoloną!) zawiesić na sznurku i wcisnąć do butli pzez szyjkę, zakręcić korek i gotowe, żaden drapieżnik nie zeżre sikorom słoninki ani nie dopadnie ptaszków. A na moich tujach mozna tych butli powiesić sporo. Na dnie butli posypałam jeszcze słonecznika i zimowej karmy dla ptaków ze sklepu zoologicznego. Całe wiaderko rozmaitych nasion i orzechów z tłuszczem kosztuje 5 złotych.
A co mi tam, mogę sikorkom takie obiady fundować. Program telewizyjny jest taki nudny, ze trzeba mieć do oglądania coś innego.


Ten sikorek zabiera się do butli od niewłaściwej strony! Do jutra się nauczy jak z tego jeść.


czwartek, 06 listopada 2008
Dziecko długo zbierało się do zabrania swoich mebli i innych ruchomości. Obiecywało, niedotrzymywało terminu i było niesłowne, aż Alicja zwróciła uwagę, że jest przed pierwszym i nie stać panny na bagażową taksówkę.
Faktycznie po pierwszym, kiedy kasa spłynęła na konto, dziecinka z TŻ pojawili się, spakowali, zabrali co trzeba i znikli pozostawiając za sobą atmosferę lukrowanej pretensji i buntu oraz pusty pokój.
Nasze łóżko i dwa obok niego stoliki wypełniły ten pokój na długość i szerokość. Starczyło nam lampek, chodniczków i foteli. Przy okazji Tomasz będąc już wkręconym w robotę schował meble z tarasu, schował posadzone w skrzynkach krokusy, hiacynty i irysy, przemeblował swój gabinet odsłaniając kaloryfer, umył okna w gabinecie i sypialni i okazał się kompetentnym sprzątaczem i magazynierem. Przyniósł do wolnej szafy naszą zimową garderobę, coś poprzewieszał, coś poupychał, coś wyniósł i wszystko się mieści.

A ja mu towarzyszyłam naprawiając i uruchamiając rzeczy popsute i wyłączone.Wymyśliłam i zrobiłam mocowanie abażura do wiszącej lampy wykonanej od początku bardzo byle jak, za to ładnej, ustawiłam grzanie kaloryferom, wygoniłam ślimaki z doniczek, zapakowałam papirusa z oczka wodnego do salonu, zabrałam z tarasów pelargonie i fuksje. Zrobiłam pranie i suszenie i odkurzanie totalne. I niestety z tego powodu filet dalej nie jest obrobiony - a zostało mi pół ostatniego rzędu. Ani jeden krzyżyk nie pojawił się na morrisie, tylko aby dwa kryminały się przeczytały. Jeden badziewny, drugi jak na razie OK.

I w końcu państwo Aleksandrowicz będą spać w sypialni, w chłodnej, zaciemnionej sypialni. Jest to rozpusta, o której nawet marzyć nie śmiałam. Ze znanych mi za młodu ludzi w sypialni sypiał jedynie rektor szczecińskiej Akademii Medycznej i pewna bezdzietna pani doktor anestezjolog i stryjek Kostek, włościanin z dużym domem. Inni ludzie sypiali w salonie na tzw. wersalkach, co bardziej staroświeccy mieli tapczany, nieudacznicy spali na fotelach-ro0zkładuszkach, ale sypialni  z wielkim łóżkiem nie miał nikt. W tym, co architekci  projektowali jako sypialnie mieszkały dziatki nieletnie lub starzy rodzice.
Ale mamy fajnie!