Rozmaite Gackowej przypadki.
sobota, 28 listopada 2009


Pan od zawsze służył psu do spania. Ale od niedawna Kretka usypia nas oboje. Nie mogłam sie powstrzymać od zrobienia zdjecia widząc taki widok w łóżku.
Pies jest naturalnie częściej niż zwykle kąpaną, łapy są myte wieczorem aby łózko pozostało łóżkiem a nie stało się barłogiem. Nic lepiej nie usypia niż dotyk futerka, ciepłego ciała i sapanie do ucha spokojnie śpiącego zwierzaka. Niestety, futerko jest od strony pana, mnie przysługują łapy, które w łóżku robią się bardzo długie i twarde. Na szczęście mam też koniec sapiący.
Pies jest istotą rozumną. Jak nas już uśpi, to sobie idzie. A nad ranem pakuje się nam w nogi. I budzi się razem z nami, a nie o szóstej rano.
Dziurę w psiej głowie widać na fotce. Dziura jest skutkiem dyskusji o tym, kto będzie władał plastikowym, piszczącym , fioletowym duchem w pomarańczowym kapeluszu. Druga taką dziurę Kretka ma na szyi.
Obolałe łapy Kretka zawdzięcza zawziętemu kopaniu nor. Nadgarstki ma miejscami pozbawione chrząstek. Ale co tam terierowi jakieś chrząstki - teraz jest pora polowań, Kretka o tym wie i kopie jak obłąkana. Każde kretowisko trzeba rozgrzebać, aż się w nim łeb zmieści. No i łapy bolą. Dosypuję do żarcia proszku dla artretycznych staruszek, za kilka dni łapy wrócą do normy, ale póki co pies na smyczy spaceruje.
A rysunki?
Proszę, butelki w węglu:


Zdenerwowana konajacą baterią źle to skadrowałam.
Krzesła:

16:46, weisefrau , pies
Link Komentarze (4) »
piątek, 27 listopada 2009
Oto szczotka, która nabyłam w megasamie na Surowieckiego, i która wzbudziła tak wielkie zainteresowanie. Niestety, były tylko niebieskie:



Dziś w IKEA udało mi się kupić fantastyczne miniaturowe, szklane lichtarzyki do malutkich świeczek do podgrzewaczy. 12 szt. za 5,99. Mam zamiar ich używać do rozrabiania akwareli. Nie jest łatwo dopaść takie naczynka o niewielkiej pojemności, cenie jak z bajki i na dodatek dające sie domyć. Plastiki wszelkiej maści niestety od farb zachodzą łatami nie do wywabienia.

A prywatnie jestem porażona głupotą kogoś z rodziny. Nie mogę tu opisać co i jak, bo ludzie są czytający, ale dowód głupoty, małoduszności i procesu myślowego zachodzącego kompletnie na wspak był taki, że mi mało spodnie nie spadły i włosy nie wylazły.
Wolę siedzieć samotnie w swoich krzakach z jeżem, sikorkami i kulawą Kretką z dziurawym łbem, niż słuchać takich farmazonów. Apeluję do idiotów, żeby trzymali się z daleka ode mnie, bo mi tolerancja zmalała.
Tylko czy idiota wie, ze jest idiotą?

środa, 25 listopada 2009
Oj dzieje się ostatnio aż za dużo.
Zamiast pracowicie dłubać Kruka zamartwiam się i gryzę. Kruk rośnie znacznie wolniej, niż bym chciała.



W międzyczasie urosły również skarpety dla mojego brata.
Zamierzałam zrobić kilka par sobie, bo nie znoszę kupnych skarpet z za ciasnym ściągaczem i z gumkami, ale brat jest bardziej potrzebujący. Pracuje w przeokropnym zimnie (do - 36 o C). I tak jego skarpety powstały pierwsze. Powstały ze 100% wełny, którą dostałam od Ewci w zeszłym roku. Na obie wyszedł calutki wielki kłębek.



Skarpety są robione według wskazań babci, ale piętę mają bardzo wzmocnioną specjalnym piętowym ściegiem, o którym napomykała mi Alicja.
A w kolejce czekają na wykonanie świąteczne hafty, prezenciki, kwadraciki z postaciami Beatrix Potter na kołderkę dla bratanka, kilka haftów zeskładowanych  w skrzyni, haft Laury Perin do odrobienia z fotografii, kolejny sweter itd itp itd.
Nie mówiąc o skarpetkach, na które nagle się chętni znaleźli.

Brat, który za miesiąc ma zostać ojcem zlądował w szpitalu z niejasnym i bolesnym schorzeniem brzucha. I tak leżał o suchym pysku prawie tydzień, schudł 3 kilo, aż wczoraj się sprawa wyjaśniła i wycięli mu zapaprany wyrostek robaczkowy. Musi teraz szybko zdrowieć, bo za miesiąc już sobie nie pochoruje. Dobry szpital, dobry, nie przejmowali się gadaniem o żonie i o pracy, tylko zapakowali na oddział i badali do skutku. Teraz się okazuje, ze ów wyrostek fikał już ze dwa lata, albo i dłużej, ale zawsze jakoś mijało.

Nieopodal mieszkająca kuzynka wezwała mnie któregoś dnia przez swoje dziesięcioletnie dziecię, bym jakoś wezwała lekarza do domu. Pani owa leżała w łóżku bez gorączki na płask, a jak tylko ruszyła głową to wymiotowała. Oczu też nie mogła otworzyć, bo skutek był j.w. Samodzielne nawet telefoniczne wzywanie lekarza, pertraktacje z pogotowiem, pokonywanie niechętnych recepcjonistek, dociekanie kto z kim i od której godziny i na jaki rodzaj usług medycznych ma kontrakt było absolutnie ponad jej siły. Pacjent bez zawału i z niepourywanymi kończynami na przyjazd pogotowia nie ma szans. Może sobie spokojnie skonać w łóżku z odwodnienia albo od wyrzygania żołądka na lewą stronę. Wezwanie lekarza zajęło mi trzy godziny przy telefonie. Następnego dnia, ponieważ stan się nie poprawił, Alicja cztery godziny wzywała pogotowie do transportu do szpitala. Mimo skierowania i zlecenia na transport w ręku! Jeśli zachorujecie tak, że nie dacie rady dowlec się do przychodni, mądrzej jest samodzielnie skrócić swoje męki przez szczelne zawiązanie sobie worka foliowego na głowie. Samobójstwo poprzez pękniecie ze złości i bezradności ze słuchawką telefoniczną w ręku jest mniej eleganckie.
Dzięki cierpliwości Alicji kuzynka i jej błędnik czują się znacznie lepiej, co nie znaczy, że doskonale.

Jeżynka postanowiła się nam nie pokazywać. Rąbie whiskasa na potęgę, cała saszetka na raz, ale wczoraj już nie brykała po tarasie z hukiem, tylko udawała, że to nie ona wyjada kocie żarcie. Jako talerze dla jeża świetnie nadają się takie malutkie miseczki na przystawki. Jeż podobnie jak szczur sika gdzie stoi. Jeśli dać mu większy talerzyk, to zasika żarcie i potem słusznie nie chce go jeść. Do maluśkich miseczek nie da się wejść i żarcie jest do rana w porządku.

Czy ja aby nie oszalałam robiąc te swetry samodzielnie? Dziś z lumpeksu przyniosłam dwa ręcznie robione arany: wełniane, białe, w piękne wzory. Każdy dobrze powyżej kilograma wagi. Po 5 zł.
Toż nawet na wełnę prujkę się nadadzą.

Na kursie rysunku pojawiła się niesłychanie artystyczna pani. Dokopuje mi ile może i zwraca się do mnie w trzeciej osobie per ona. Ostatnio usłyszałam, że "Spotkała ją kara Boska, a sama chciała rysować krzesła". Krzesła w perspektywie nie są łatwym tematem, zwłaszcza jak się chce, żeby stały i żeby miały proporcje jak trzeba i nie tańczyły oberka na krzywych nogach. Musiałam się w język gryźć. Ale ja nie jestem specjalnie artystyczna, raczej mi o rzemiosło chodzi. No to mam za swoje.

A co mi się udało? Udało mi się kupić szczotkę do kibelka z wihajstrem, który myje brzeg muszli od spodu. Super szczota!

wtorek, 17 listopada 2009
Skoro już wiem, że jeżyk jest panienką, to będę o jeżynce pisać.
Z wieczora po cichutku znikła z talerzyka zawartość saszetki dla kota. Jeżynka znikła pod półką. Załadowałam ją do sianka i dałam jej spokój. O drugiej w nocy obudziło mnie burczenie Kretki. Pies siedział jak oczarowany przed oknem balkonowym i wpatrywał się w pędzącego po tarasie w tę i nazad jeża. Siadłam obok psa i też patrzyłam. Z talerzyka do rana znikło wszystko co do kęska. Bałam się, że zwierzak pęknie. Zupełnie niepotrzebnie. Jeż o tej porze roku musi być bez dna.
Rano po odbębnieniu psich obowiązków zapakowałam jeża do nielubianej, ale miłej w dotyku czapki, czapkę wsadziłam w worek nieprzemakalny - kto tam wie ile i kiedy jeże sikają - i zabrałam kilka paczek chusteczek higienicznych jako pieluchy, dla siebie fajki. I w drogę.


Kasia ze stowarzyszenia Nasze Jeże już na nas czekała.
Obejrzała malucha i już było wiadomo, że to zdrowa, silna, ale trochę za mała na samodzielne zimowanie jeżowa dziewczynka. Bez kleszczy!



Iggi została wykąpana, w wodzie się pięknie rozkulkowała i okazała nam buzię i brzuszek.Wysuszona suszarką do włosów wyglądała na całkiem zadowoloną. Nawet wystawiła nos z czapki.





A ja  już więcej wiem o żywieniu jeża i przechowaniu go przez zimę. Spodziewam się niebawem wizyty inspekcyjnej Kasi a być może dostanę na przechowanie na tarasie drugiego iglaka-chłopaka. Zamiast jedzenia dla nas przyniosłam do domu pudełko suszonych krewetek i Whiskas. Czapka wylądowała w pralce a jeżynka w domku z siankiem. A w nocy znów będziemy podziwiać tarasowego biegacza i pożeracza kociego żarcia.

18:57, weisefrau , jeż
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 16 listopada 2009
Ciemno się robi bardzo wcześnie. Idę sobie po Ursynowie z Kretką na sznurku, a tu na trawniku kulka leży iglasta. I jakiś pies baaaardzo się nią interesuje. To ja kulkę psu sprzed mordy (w rękawiczkach) myk i na rękawie palta ją sobie ułożyłam. Poszliśmy w trójkę, kulka, Kretka i ja do sklepu zoologicznego zaprzyjaźnionego. Dostaliśmy tam pudło, sianka 2 worki i kocie żarcie.
W domu kolczasta kulka dostała oprysk z Fiprexu (na pchły i kleszcze) na szerszy, doogonowy koniec, a potem została zakwaterowana na frontowym tarasie w pudle z sianem. Na talerzyku dałam kulce saszetkę od felixa a w miseczce wodę.
Jutro jedziemy na jeżowy przegląd do pani ze stowarzyszenia Nasze Jeże. Dowiemy się jak iglaka pielęgnować, czy może zimować w ogródku, czy raczej w domu.
Zdjęcia jutro, zwierzak miał już dość atrakcji jak na jeden wieczór.
O tej porze zdrowy jeż powinien już spać słodko.

A sikorki, na razie tylko bogatki zjadają prawie 20 deko słonecznika dziennie. Rudzik już był sprawdzić, czy kuchnia wydaje, mazurki też sobie o nas przypomniały. Czasem do karmnika próbuje wleźć sroka, ale marnie jej to idzie. Karmnik dla takich wielkich krów się nie nadaje. Sroka ze złości kradnie kulki z karmą.

20:16, weisefrau , jeż
Link Komentarze (5) »
sobota, 14 listopada 2009
Na wczorajszym porannym spacerze wrzuciłam psią piłeczkę na drzewo. Wysoko. Nie dała się nijak zdjąć.
Więc poszłyśmy obie do psiego - zabawkowego.
Na piłeczkowym regale znalazłam poszukiwaną piłeczkę na sznurku, bo tylko taką potrafię zadowalająco daleko rzucić, nowy model piszczącej piłeczki od Trixie wytrzymujący 3 tygodnie a nie trzy minuty gryzienia i coś, na czego widok osłupiałam:
walec z kauczukowej gumy z mocną, sznurkową rączką. Długi na 25 centymetrów, gruby na trzy centymetry, elastyczny i bardzo ciężki. Dla urody pomalowany w psie łapki.
Jedyny przedmiot, z którym mi się to urządzenie skojarzyło, to milicyjna lola.
Spytałam pani, czy to aby legalne, bo zabić tym można szybko i boleśnie. Można połamać komuś kości, zdruzgotać kręgosłup, skatować człowieka lub zwierzę na cacy. Nawet przypadkowe uderzenie tym czymś jest wściekle bolesne.
Kosztowało 15.50. Kupiłam, bo Kretce się świetnie w pysku mieści. Jak psu się znudzi, to lola zląduje w moim rękawie. Przyda się na długie zimowe spacery po ciemku.
A swoją drogą czy ktoś ten import kontroluje?

20:11, weisefrau , pies
Link Komentarze (4) »
środa, 11 listopada 2009
Robiąc na drutach przez ostatnie kilka miesięcy nieco zdziczałam.
Ludzi widywałam w sklepie i na ulicy, ale nie w domu. Zaczęłam, jak nigdy dotąd umilać sobie czas oglądając seriale na AXN w ciągu dnia (z drutami w rękach). Gdyby nie telefon i zajęcia plastyczne być może odwykłabym od rozmawiania. Tomek jest albo nieobecny ciałem, albo zajęty i nieobecny duchem. Na pogaduchy mamy dziennie jakieś 10 minut.A ostatnio jakby się to odmieniło. Okazuje się że jest dookoła mnóstwo ludzi do widywania się. I do pogadywania. Zwłaszcza, ze Tomek kilka dni temu został stryjko-dziadkiem, albo dziadko-stryjkiem jak kto woli.
Dziś były u nas z wizyta obie mamy, Misia i Usia. Przyszły oglądać jakiś wyjątkowo trafiony zakup odzieżowy.
Tomek pisał, mamy i Misia dostarczały rozrywki mnie, a Usia Kretce.
Doszło do tego, ze pies ma własnych gości!
Suki bawią się żywiołowo, ściągają dywaniki z podłogi, galopują po salonie, podgryzają sobie uszy i plączą się pod nogami. Wyrzucone do ogródka wracają natychmiast do domu. Drzwi balkonowe są usmarowane do wysokości 1.60 m, bo Usia jest dużym pieskiem. Usia jest podobna do Scooby-Dooby-Doo.





Zęby wyglądają groźnie, ale to są zupełnie nieszkodliwe zabawy.
Kotłowanina trwa aż się zwierzaki zmęczą.
Podczas psich zapasów oczywiści wylewa się z misek woda, przewracają się krzesła i fruwają kłaki. Aż się kumy zmęczą. Potem jest spokój.
Postać kruka jest gotowa, od jutra zabieram się za liście akantu.



Haft jest bardzo plastyczny, szybko się go robi - kłopotliwe jest natomiast korzystanie ze schematu w książce.  Schemat jest malutki, lupa do niego się przydaje. No i książka nieporęczna. Co kilka ściegów trzeba się do biurka odwracać. Powinnam zrobić z wzoru powiększone, kolorowe xero, ale nie chciało mi się inwestować.
Haft wymaga sporo nici. Nie ma mowy o haftowaniu oszczędnymi półkrzyżykami. To ma być tkanina na ścianę nie przytwierdzona do żadnej deski. Nie powinna się zatem wykrzywiać. Aby tak się stało po lewej stronie musi być tyle nici, ile się tylko da - im grubiej, tym lepiej. Tak w wiktoriańskiej Anglii robiono ręcznie haftowane dywany do domu. Oto lewa strona:



Śpieszę ponadto z ukontentowaniem powiadomić czytelników, ze blog został ponownie wyróżniony  przez Zygfryda oraz przez magbod.
 Bardzo się cieszę, informuję, zamieszczam do nich linki jak widać. ale dalej nie wiem, komu odesłać. Wszystkich kumotrów już nagrodziłam chyba....

niedziela, 08 listopada 2009
Zanim zaczęłam znosić do domu kłęby wełny dostałam w prezencie książkę z adaptacjami wzorów Williama Morrisa do haftowania. Wełną naturalnie. Wzory są tak piękne, że zainspirowały mnie do poszukiwania surowca, zwłaszcza że Pan Mąż wyraził stanowczo chęć posiadania tapiserii z krukiem.
Przesiadka z cienkiej muliny na wełnę jest również spowodowana tym, że haft wełną jest przyjaźniejszy dla wzroku.
Popadłam na jakiś czas w wełniany obłęd. Wypchałam wełną do haftowania komodę, skrzynię i szuflady w łóżku. No i teraz mam jeśli o kolory chodzi wybór wprost niesłychany. Nawet najprawdziwszego Appletona posiadam w niewielkich ilościach.
Szafy takie bardziej pionowe wypchałam surowcem do robienia na drutach, którym haftować też się da. Zgromadziłam bogactwo z alpaką i wełną islandzką włącznie.
Haftowanie wełną ściegiem gobelinowym i koszykowym (żeby się kanwa nie krzywiła) przebiega znacznie szybciej niż krzyżykami na kanwie 18.
Oto pokój przerobiony chwilowo na hafciarnię wełnianą:



Siadłam sobie do tego Kruka dziś po obiedzie, puściłam audiobooka i kruk już się ukazuje z niebytu:



Biała kanwa Penelope jest łatwiejsza w obsłudze niż beżowa bo lepiej na niej mazak widać. Wełniane ściegi kładzie się prosto i szybko, jednak nawet niewielka zawartość tworzywa sztucznego w nici  bardzo utrudnia pracę. Zatem każdą włóczkę bez metki gwarantującej 100% zawartość wełny poddaję próbie ognia. Nie będę się z tym krukiem biła.
A oto jak mniej więcej ma wyglądać skończona tapiseria:



Trochę to haftowanie potrwa, bo nigdy nie byłam specjalnie pośpieszna w wykonywaniu robótek. No i coś mnie rwa kulszowa dopada. Siedzieć mi trudno. Ale po wykonaniu tego początku wiem, że trudno mi będzie tego nie haftować. Szybkie przybywanie haftu jest wielką gratyfikacją.

piątek, 06 listopada 2009
Z resztki kolorowiuśkiego merynoska zrobiłam sobie golf do swetra. Metodą raglanu robionego od góry. Za jednym zamachem wyzerowałam zapas nitki, przekonałam się, że tak się da wykonać coś większego i mam kombinowany sweter: Na zawieruchę golf, na okazje towarzyskie ponętny dekolt w serek! I obyło się bez mozolnego dzielenia kłębka na trzy malutkie kłębuszki: na przód, na tył i na golf.



Przekonałam się również, ze przy tak wykonywanym wyrobie różnica grubości drutów na golf-ściągacz i resztę nie może być zbyt wyraźna, bo się buła robi pod szyją. Na szczęście wełna merynosowa świetnie się prasuje, uff.
Koniec knitcola!

Straszna świńska grypa szaleje na świecie!
Dziennikarze mają o czym pisać. WHO zarządziła pandemię. Politycy mają nowe pomysły na wzajemne sobie dokopywanie vide premier Tymoszenko i prezydent Juszczenko, koncerny farmaceutyczne będą zarabiać krocie i będzie o czym plotkować w kolejce do lekarza. I na bazarku w kolejce.
Ach, jaki piękny temat do paplania co ślina na język przyniesie.
Ciekawe, że rodacy boją się tej grypy tak bardziej teoretycznie i nieodpowiedzialnie. I jak się pojawiła grypa z przydawką "świńska" to dopiero ich ruszyło.
A zwykłej grypy, corocznej, która potrafi w tydzień zdrowemu człowiekowi zamienić serce w kapeć do przeszczepu, porazić sploty nerwowe i wysłać na tamten świat zastępy staruszek o obniżonej odporności z powodu powikłań jakoś się Polacy nie boją.
Szczepi się ledwie 5 % obywateli.
Zasmarkane i kaszlące dzieci bezmyślnie wysyła się do przedszkola i do szkoły, bo by trzeba im w domu opiekę zorganizować. Smarkajacy i kaszlący ludzie, którzy powinni siedzieć w domu bezwstydnie idą do teatru i sieją wirusy na widowni. Albo w metrze, albo w markecie. Gorączkujący dorośli bardziej boją się niezadowolenia szefa niż potencjalnie śmiertelnej choroby i prują śmiało do pracy zarażając po drodze kogo się da i wszystkich kolegów z pracy. Chore matki nie położą się do łóżka w zamkniętej sypialni, tylko będą łazić po domu robiąc wszystko to, co zwykle, aż sprzedadzą zarazę całej rodzinie i wszystkim sąsiadkom spotkanym na schodach.
Z przeziębieniem nie ma przecież sensu iść do lekarza, Trzeba sobie kupić Gripex Max i stos witamin i tak się zamaskowawszy zarażać ile wlezie wszystkich dookoła.

Nie pomoże nawet cała fabryka Tamiflu ani cała światowa produkcja niesprawdzonej jeszcze szczepionki przeciw AH1N1 jeśli nie będzie skutecznej izolacji chorych - nawet całkiem malutkich, skrupulatnego przestrzegania mycia rąk po każdym obtarciu nosa, stosowania jednorazowych chustek do nosa i rozsądnego leczenia.