Rozmaite Gackowej przypadki.
niedziela, 27 listopada 2011
To chyba jest taka gra blogowa. Narzekać ile się da na dzisiejsze, straszne czasy. Bo kiedyś było lepiej, ludzie byli dobrze wychowani i wiadomo było co i jak.
Rechot mnie ogarnia złośliwy jak czytam/ słucham, że kiedyś było lepiej. Bo nie było. Ani trochę lepiej nie było.
A takie narzekanie właściwe jest ludziom, którzy nie nadążają, nie rozumieją, nie wiedzą, że jedną z właściwości kultury jest dążenie do zachowania samej siebie w stanie nienaruszonym, stąd opór starych przed zmianami. Nie czują zmian, nie rozumieją ich i ze strachu przed niezrozumiałym światem narzekają i gdaczą jak nierozumne ptactwo.
Bo co dawniej było lepsze: pralka Frania czy brak hospicjów? A może powszechne krycie domowej przemocy, molestowania dzieci i nałogów? Brak okularów progresywnych, skutecznych leków przeciwdepresyjnych i przeciwbólowych, Diosminy bez recepty, brak znieczuleń u dentysty, brak tomografii komputerowej i USG, niedostępność pralek automatycznych i zmywarek? Brak telefonii komórkowej, komputerów, internetu i Facebooka? Samochody były lepsze i bezpieczniejsze? Pościel czyściejsza? Ludzie mniej śmierdzący? Staniki i majtki lepiej leżały? O mieszkanie było łatwiej? Buty nie wymagały zelowania?
Pewnie głownie chodzi o panoszenie się niskiej kultury, popularnej muzyki i niskich standardów życia politycznego. Przyszło to do nas z nowym ustrojem i jest. Ale kto każe wszystkim oglądać Taniec z Gwiazdami i M jak Miłość? Nikt. Podobnie jak nikt nie nakazuje wypić całej półki alkoholu ze spożywczego od Advocata przez Bałtycką, koziołka, łyski, Cin cin, Finlandię, aż po Napój Winny Typu Wino Marki Byk. 
Trzeba się naszukać programu nadającego się do oglądania, serialu, który o czymś informuje, książki, którą warto czytać. Ale też nigdy nie było inaczej. Dziś szukam dobrej książki w powodzi badziewia typu "Zabili Go i Uciekł", oraz, "Kochaj Mnie Kochaj", a dawniej były to badziewia pisarzy z bratnich krajów nudne do wyrzygu
Jak zawsze, trzeba się naszukać ludzi, z którymi warto utrzymywać znajomość.
A najskuteczniejszym i chyba jedynym sposobem zachowania radości życia, poczucia sensu i ucieczki przed wszechobecną konsumpcją jest jakaś twórczość własna. Namalować, napisać, udziergać, wybudować... Coś pożytecznego zrobić SAMEMU. Jak mówili starożytni Rzymianie Nulla dies sine linea. To prawda, że nasi młodzi przyjaciele sądzili, ze chodzi o kokainę, ale ich już nikt nie uczy łaciny. Nie będziemy z tego powodu narzekać na młodzież, tylko jej sentencję wyjaśniliśmy. Bo właśnie po to są starsi.
Nie do narzekania.
poniedziałek, 21 listopada 2011
Zdarzało nam się z mamą i babcią siedzieć w zimowe wieczory w pełnej zgodzie z jakimiś robótkami. Każda z nas robiła co innego. Mama łapała sobie oczka w pończochach, albo pruła jakiś wełniany wyrób  i zwijała kłębki. Do dzianin nie miała talentu i cierpliwości, ale prucie było jej domeną, potrafiła spruć najbardziej włochaty sweter z moheru nie tracąc włosia i nie rwąc nitek. Potrafiła też rozdzielić na osobne kłębki babcine straszliwe melanże.
Babcia robiła na drutach lub szydełkiem, ja w owych czasach zwykle haftowałam lub coś szyłam.
Siedziałyśmy w dużym pokoju we trzy, opowiadałyśmy sobie różne historie, a robota szła aż miło.
Zwykle babcia w końcu zaczynała snuć opowieści z czasów okupacji, kiedy w Łopienniku górnym w podobnych okolicznościach, tyle, że przy naftowych lampach zbierały się kobiety i razem robiły różne rzeczy. Babcia uczyła wiejskie gospodynie robić swetry na drutach a ktoś zwykle darł pierze.
Te nasze rodzinne, nieliczne spokojne, robótkowe wieczory przywykłyśmy nazywać darciem pierza.
Nie ma już babci, nie ma mamy, ale jest Misia. Ma teraz krótką (miejmy nadzieję) przerwę w zatrudnieniu. 
Misia przyjeżdża do mnie i siedzimy sobie razem nad robótkami. Ona haftuje znaczki na ręczniki krzyżykami wykorzystując małe zestawy z mojego archiwum, ja dłubię na drutach. Drzemy pierze, aż miło.
Między innymi Zazulka dostała nowy sweterek. Ze starego wyrosła - możliwe, że to sweterek się skulił. Misia mówi, że nowy sweterek jest filozoficzny, ja uściślam nazwę do egzystencjalistycznego.
Dać jej tylko berecik baskijski, peta i zimną kawę i rychtyk J.P.Sartre.



Piesek nie lubi ubierania i przymierzania sweterków.




Ale i tak musi w nich chodzić. jej futerko nie nadaje się na warunki naszej strefy klimatycznej. Albo sweterek, albo jazda za pazuchę.



Wykonałam sobie z jakichś paskudnych, resztkowych czarnych kłębków getry i bardzo sobie je chwalę, nawet nie wiedziałam, że łydki kobiecie w przeciągach tak marzną. No i getry cudownie godzą urodę sztybletów z rajstopami i spódnicą. Teraz dłubię na zmianę warkoczowy sweter (mozolne i powolne) z merynosową chustą.
Kupiłam kiedyś w jakimś zamroczeniu kłębek ręcznie farbowanego merynoska. Motek był cudny. Po zwinięciu na kłębek jego cała łaciatość objawiła się aż za dokładnie. Jedynie chusta z niego może powstać i to ściegiem pończoszniczym robiona. Sam w sobie merynosek jest wystarczająco niespokojny graficznie. Na szczęście w dotyku jest rozkoszny. Gdyby jeszcze gryzł, powstał by z niego sweterek dla psa. Motek merynoska z drutami widać na drugim planie pierwszego zdjęcia.
Niech żyje darcie pierza!!!
sobota, 19 listopada 2011
Listopad jest jak trzeba, ponury, chłodny, ciemny i depresyjny. Niestety również suchy jak pieprz. Nawet nie ma jak nawieźć trawnika zimowym nawozem. Rozpuszczony w wodzie nie wsiąka w glebę, mój gliniany ogródek wygląda jak pustynia pylista.
Kretka się powoli goi, już tylko 3/4 wenflona włazi w ranę na barku przy płukaniu tej rany. Bez płukania rozcieńczoną wodą utlenioną bark spuchł, stwardniał i już już miał się zacząć paprać, ale płukanie zapobiegło gangrenie.
Woda utleniona jest potrzebna właśnie do natlenienia ran, coby beztlenowce nie miały szans. Kretulka poddaje się zabiegom bardzo spokojnie i z rezygnacją znosi wtykanie plastikowego cycka niemal do kości łopatki a potem nawet nie mruknie, gdy cholerstwo zaczyna się w niej pienić. Jak zwykle jedna choroba to za mało, zatem od wczoraj pies używa tylko trzech nóg. Albo boli ją kręgosłup (spondyloza) albo zerwała ścięgno w kolanie. Niestety, nawet badanie tego kolana musi odbywać się w narkozie, bo mięśnie i obronę mięśniową ma Kretka jak pan Pudzianowski. Diagnostycznie dostała NLP, jak zadziała, to kręgosłup, jak nie zadziała, będziem kroić kolano.
Smutny i szary listopad przysłał do mnie prześliczne lalki.
Jedna z nich jest przemalowana. Bez nowego makijażu była sobie taka ot, nieco staroświecka tonnerka, z wyrazem twarzy zwanym przez niektórych znawców ryjem. Pewna artystka malarka parająca się malowankami na lalkowych twarzach z nieciekawego ryja zrobiła bardzo efektowną mordkę. Trochę zmarzniętą, trochę zapłakaną, ale inną niż wszystkie.



Przyleciała również do mnie pewna golutka Imogena. Piękna niesłychanie, subtelna i dostojna. Jej oryginalne ubranko było dla niej zbyt ordynarne. Muszę wziąć sprawy we własne ręce, co nie jest łatwe. Imogena jest wielkości Barbie, a kocha wielkie krawiectwo. 



Coś mi się wydaje, że trzeba będzie ręczne szycie sobie przypomnieć. Maszyna w sukienkach tej skali nadaje się do obrzucania szwów , szycia zaszewek i długich szwów bocznych. I na tym koniec. Resztę, jak we francuskich firmach haute coture trzeba robić ręcznie.

Wpadła mi w łapy również pewna Poppy Parker.



Aż się prosi o hippisowskie ciuchy.
Po zrobieniu bardzo wymagającego swetra w warkocze włożę dobre okulary i ....
zobaczymy.
Grunt, że żadna z tych lalek nie ma ohydnego, barbiowego uśmiechu z różowego plastiku.
13:56, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (6) »
wtorek, 15 listopada 2011
Spacerując regularnie w krzaczastych okolicach widuję pochowane z grubsza przed oczyma społeczeństwa ukryte mieszkania. 
A to zawinięte w tekturę koce z grubsza utkane w dziurę w płocie, kołdra susząca się ot tak na gałęzi pochyłego drzewa, powiązane ze sobą foliowe toboły, kulawe wózki z dobytkiem schowane pod listowiem.
Mieszkania bezdomnych.
Tu na Ursynowie są mniej widoczni niż w śródmieściu, pochowani w zieleni coraz bardziej bezlistnej ujawniają się światu. Brudni jak nieboskie stworzenie, śmierdzący, nie mający jak i gdzie dokonać minimalnych zabiegów pielęgnacyjnych, zazwyczaj zagłodzeni i na gazie. Często z psami stanowiącymi ich jedyną rodzinę i ochronę.
Przeszukują śmietniki, zbierają sprzedajne puszki, butelki z kaucją, zbierają wyrzuconą odzież i tym sposobem zaopatrują się w życiodajny płyn w plastikowych butelkach schowany w każdym sklepie przed oczyma lepszej klienteli. Państwo nie ma sposobu na przywrócenie ich społeczeństwu, jednak znajduje sposób na zdrenowanie ich pustych kieszeni. Płyn w plastikowych butelkach, składający się ze spirytusu, wody i resztek po wyrobie przetworów owocowych i barwnika jest objęty akcyzą.
Są jak bezdomne psy, tyle tylko, że w reportażach telewizyjnych, które najpewniej nastąpią z powodu nadciągającej zimy i mrozu będą nazywani "panem Zdzisławem" i "panią Renatą" a nie Burkiem czy Azorkiem. Znów będzie ubolewanie, że nie chcą iść do noclegowni, bo tam nie można pić.
A oni nie chcą iść do noclegowni, bo w noclegowni grożą im obok delirki gwałty, pobicia i kradzież.
Nie możemy się pogodzić z ich obecnością, ale godzimy się na te gwałty, pobicia i kradzieże, bo chroni to nasze wrażliwe oczy przed widokiem zamarzniętych ciał na publicznym trawniku albo ławce.
We Francji, gdzie zjawiska bezdomnych nie ukrywano i nawet dostało ono nazwę, badano czy i jak można kloszardów przywrócić na łono społeczeństwa. 
Ile by w to pieniędzy nie wrzucić niewiele da się z tym zrobić. Zjazd w dół jest doskonale znany: alkoholizm, długi, bezrobocie, bezdomność, skutkują trwałą demoralizacją. W drugą stronę nie idzie to tak łatwo, a prawdę mówiąc nie idzie wcale. Żadne noclegownie, jadłodajnie, łaźnie nie są trwałym rozwiązaniem bezdomności.
I mamy na ulicach takie relikty ze średniowiecza lub siedemnastego wieku.
czwartek, 10 listopada 2011
Kretkę pogryzła duża, owczarkopodobna suka.
Była na smyczy. Kiedy Kretka podbiegła do swoich przyjaciół Peppina i Rózi, żeby się przywitać, suka na smyczy wyrwała się swojej pani z rąk, przewróciła właścicielkę i wgryzła się w Kretkę.



Trochę się teraz poleczymy. Antybiotyk, leki przeciwbólowe, płukanie ran, pryskanie preparatem gojącym i pranie wszystkiego, co Kretka umazała dotykając się plecami.
Starzeje mi się psina, już nie jest ani bojowa, ani tak szybka jak dawniej. Muszka ją pociesza.

Po prostu przepadam za starymi, kruchymi właścicielami wielkich, mocnych, złych psów.
11:39, weisefrau , pies
Link Komentarze (17) »
niedziela, 06 listopada 2011
Producent (Tonner Doll Company) nazwał ją nie wiem czemu Sister Dreary. A dla mnie to panna Adams i koniec.
Siedziała najpierw goła, potem w czerwonym boa a jeszcze później dostała buty. Wstyd i rozpacz. Wzięłam się za nią krawiecko. Z bardzo rozbudowanego wstępnego pomysłu( żakiet na podszewce, suknia z koronkową górą i falbaniastym dołem) ostało się minimum łatwe do wykonania, bez podszewki, za to pasujące jak mniemam do panny Adams.





Bohaterka groteskowo - makabrycznych żartów i filmów powinna odpowiednio się prezentować. Boa, satyny błyszczące, koraliki mieniące się i ptasia czaszka są tu absolutnie na miejscu. Może ten ptasi czerep do kapelusza z piór jej przyczepię. Takie memento mori będzie.




Szycie dla małej lalki z twardej obiciówki to mało miłe zajęcie. Rozumiem dziewczyny ubierające lalki jedynie w dżersej.



czwartek, 03 listopada 2011
pokazać piosenkę z You Tube. I cały blog szaleje. Do wpisu poprzedniego nie można nic dopisać, edytować go i znikł boczny pasek. Niestety, nic nie mogę na to poradzić. Tyle, że się You Tubowy ekranik pokazał. Mam za swoje.
Do reszty treści można się dostać klikając każdą kategorię poza autobiografią i wszystkie. Diabli wiedzą dlaczego.
O gustach się nie dyskutuje.
Ale co zrobić z własnym gustem, który właściwie nie istnieje?
Bo tak właśnie jest z moim gustem muzycznym.
Owszem mam ulubionych wykonawców. Ich nagrania stoją w rządku na półce, nawet do komputera są załadowane. Ale tyle że są.
Pora się przyznać, że ja właściwie niczego nie słucham.
Próbowałam, naprawdę. Całą wczesną młodość spędziłam konsekwentnie z The Beatles tak namiętnie, że sobie w głowie każdy kawałek mogę odtworzyć. To samo z The Dubliners, dawniej znanych jako The Quare Fellas, z niektórymi piosenkami z dzikiego zachodu, masą pojedynczych utworów klasycznych i różnymi powszechnie znanymi popularnymi melodiami. Szło mi całkiem dobrze, bo sprzęt w domu był. Było słuchać i czego i na czym. Do czasu, gdy w osiemnastej wiośnie życia zwabiona przez dochodzącego obietnicą świetnej zabawy poszłam do słynnej dyskoteki Hades.
Wszyscy bawili się tam doskonałe, pili marne, drogie drinki i tańczyli do nieprzytomnie głośnej muzyki. A ja stałam ogłuszona jak kołek i marzyłam o wyjściu na cichą ulicę. Byłam w dawnych czasach na dwóch słynnych koncertach w kongresowej: posłuchałam na żywo Claptona i Cohena. I znów to samo: ryk kolumn zabrał całą przyjemność.
Nie mogłam pojąć, jak moi koledzy mogli żyć w nieustającym huku rocka, który stawał się coraz bardziej hard. Przecież w tym własnych myśli nie słychać. To chyba było znieczulenie na otaczający świat i wyłącznik od rzeczywistości.
Nie dla mnie ta zabawa. Mieszkając w śródmieściu nie mogłam nawet Walkmana używać. Urządzenie trzeba było ustawić na maxa żeby było coś przez hałas ruchu ulicznego słychać. Brałam to cudo tylko do mięsnego. Baby kłóciły się o chabaninę, a ja przebywałam w świecie Czarodziejskiego Fletu albo Z Maurice Ravelem tańczyłam w myślach Bolero. Po kwadransie miałam dość.
Słuchawek dousznych nie znoszę. Mam jakieś staruchy na pałąku, które sobie zakładam obok uszu i zupełnie mi wystarcza.
Radio u mnie w dzień nie gra, telewizor też nie. 
Do kina przestałam chodzić,gdy zmalały kinowe sale a urosły głośniki. 1,5 godziny dudniącego dźwięku wystarczyło mi na ostatnie 5 lat.
Teraz mieszkam w cichutkim miejscu. Ledwie zza gąszczu krzewów słychać ruch uliczny. Słychać tuptanie psów, rejwach ptaków w ogródku, czasem słychać sąsiadów. I to mi wystarcza. Po wizycie w śródmieściu jestem padnięta przez wiele godzin. I chyba przez hałas właśnie. 
Ale czasem się do mnie jakaś melodia przyczepi i wymaga słuchania. Kiedyś przykleił się do mnie pewien kawałek nadawany w radio. Nie zapowiedzieli co to, więc nawet nie miałam jak szukać. Poszłam do księgarni muzycznej, zaśpiewałam sprzedawczyni melodię, ona powiedziała, że to chyba jakiś jazzowy standard. Nie był to żaden standard. Po trzydziestu latach, za 99 centów małżonek kupił mi tę piosenkę w Apple Store. Teraz jest moja nawet jak sieci nie ma.
Posłuchajcie jaka fajna:

http://youtu.be/sKN6lYU5bZ4

wtorek, 01 listopada 2011
Brak fantazji na wymyślenie tytułu dolega mi pierwszy raz. Zatem biorąc przykład z Iksińskiej nie tytułuję.
Taka pora, że się po cmentarzach chodzi. Mam mój rodzinny grobowiec tuż tuż, kwadransik spacerkiem od domu, to się ostatnio tam codziennie wybieram. Najpierw w celach sprzątnięcia, potem 
jeszcze kilka razy z innymi członkami rodziny. I co postawię kilka zniczy to one znikają. Na grobie zastaję nowe kwiaty, nowe lampki, a moje znicze, w które można włożyć wkłady uzupełniające nikną.
Dziś zastałam palące się lampki i znicz elektryczny, jakaś chińska nowość na baterie. Po pierwszym deszczu będzie do wyrzucenia.



Nepomuk przy Dolinie Służewieckiej pilnuje stosownego nastroju.

A wieczorami, po zmianie czasu długimi i ciemnymi, drutuje się święta Brygida. Wzór jest zachwycający i po przebrnięciu przez opis wykonania jestem pełna podziwu dla Alice Starmore za jego precyzyjne wykonanie. Mając zakładkę pilnującą wzoru nie można się pomylić. Myślałam, że to trudniejsza robota.




A tu dla ciekawych składniki melanżu i efekt w dzianinie z bliska.



Nacieszyć się tym efektem nie mogę. Dwie cieniutkie nitki dały dzianinę zwięzłą i bogatą. Alpaka jest cudowna w dotyku i wcale nie mam ochoty na jakąś inną alternatywną robótkę, żadna inna wełna w moich zbiorach nie jest tak rozkoszna w robocie. Melanże mojej babci  nie były takie ładne. Babcia łączyła włóczki jak popadnie żeby je zużyć w praktycznym wyrobie, którego potem nikt nie chciał nosić. Niektóre kombinacje były hm... ryzykowne. Znielubiłam takie kombinowanie i unikam jakichkolwiek sztukówek inną włóczką niż zasadnicza. A tu taka niespodzianka.

Obserwowałam wczoraj jak stadko wron i kawek rozdrapywało  worek ze śmieciami, który jakiś leniwy człowiek wrzucił zamiast do śmietnika w altance to do kosza obok klatki schodowej. Krukowate są sprytne, po kilku minutach wszystko co było w tym worku leżało na chodniku luzem. Leniwiec mógłby równie dobrze wyrzucić te śmiecie z okna nie fatygując się pakowaniem ich i wynoszeniem. Ptaszyska delektowały się obierkami, skórkami od chleba i jakimiś obrzydliwymi resztkami. Wcale nie miały zamiaru uciekać przede mną.
Jednak te altanki po coś są. Z wielkiego kontenera trudniej taki wór pełen pyszności wywlec.