Rozmaite Gackowej przypadki.
środa, 31 grudnia 2008
Miałam może cztery lata gdy którejś nocy obudziłam się z głębokiego snu i wywędrowałam w piżamce z naszego pokoju do salonu, bo usłyszałam niesamowitą melodię. W salonie w ciemności tańczyli dorośli ludzie, snuł się papierosowy dym, a na patefonie Bambino kręciła się pocztówka dźwiękowa. To wujek student zorganizował prywatkę na której pierwszy raz świadomie zarejestrowałam, że ta muzyka mi się podoba. Pocztówka zawierała Ob-la-di Ob-la-da. Od tamtej chwili strzygłam uchem gdy w radio słyszałam znajome brzmienie. Nim poszłam do pierwszej klasy rozróżniałam ich zawsze i poznawałam brzmienie zespołu po jednym akordzie. Konkurencję miałam w pogardzie. Mama zabrała mnie kiedyś do kina Kamionek na Żółtą Łódź Podwodną - obie byłyśmy zachwycone i oszołomione. To był film animowany!
Na magnetofon kasetowy nagrywałam z radia przez mikrofon (radio nie miało gniazda na kabel) wszystkie ich piosenki. Jaka była frajda, gdy udało się w trójce złapać cały longplay! Nim ukończyłam podstawówkę na trzeszczących kasetach miałam dyskografię. Tylko Revolution Number 9 nigdy się w całości nie udało nagrać. Zbierałam oczywiście fotosy, miałam kilka plakatów - jeden z nich wisiał na drzwiach 15 lat! Kiedyś trafiła się gratka nie z tej ziemi. Czesi przedrukowali ilustrowany zbiór tekstów Beatlesów autorstwa Alana Aldridge'a.

Kupiłam w księgarni Muzycznej na Nowym Świecie 5 egzemplarzy wiedząć, że to będzie łatwo ginęło z półki. Nie upilnowałam ostatniego egzemplarza, który ktoś pod słowem honoru pożyczył i zostałam bez tej książki na wiele lat.

Moje pierwsze wagary były spowodowane filmem A Hadrd Days Night, który w Polsce nazywał się The Beatles. Kończyłam akurat siódmą klasę i brałam udział w konkursie języka polskiego. Trzeba było napisać wypracowanie, miałam bardzo mało czasu, bo o 12 w kinie Polonia był pierwszy seans filmu i wiadomo było, że kolejka po bilety będzie długa. Gdyby nie znajomy koń, figa by wyszła z tego seansu. Przez cały kolejny tydzień siedziałam ciurkiem w kinie. Nieustannie zachwycona.
yDługo musiałam zbierać pieniądze na Beatles Complete (czarną wersję)- zbiór wszystkich nut z tekstami rozpisanych na fortepian, ale z akordami gitarowymi. Dopadłam i miałam. Czego nie dała rady zrobić pani od muzyki w szkole, tego dokonała ta książka.
Próbowałam nawet to śpiewać, biedni ci, co słyszeli. Rodzina wykazywała się zrozumieniem i cierpliwie znosiła te popisy. Żaden ze mnie muzyk, ale za pomocą gitary rozkułam zapis nutowy, klucze, krzyżyki i bemole,bo jak się chce to można.. Angielskie zdania same się do ucha przyklejały.
Co z tego jednak, że śpiewałam, skoro nie rozumiałam co. Wierciłam dziadkowi dziurę w brzuchu, żeby mi to tłumaczył. Biedny dziadek tłumaczył jak umiał, ale sensu w tym nie znajdowaliśmy, bo dziadek tłumaczył słowa a nie wiersz. Nie łapał niuansów. Dopiero lekcje angielskiego w liceum rozjaśniły mi warstwę tekstową. Zakochałam się w zespole jeszcze bardziej. A jak trzeba był pisać zdania w jakimś czasie, to zawsze się jakieś ładne zdania u Beatlesów znalazły. Wkrótce cała szkoła wiedziała o moim hobby i o mojej słynnej książce.
Kolega, który spędzał wakacje u mamy w Stanach przywiózł mi (wyłudziłam???)
autoryzowaną biografię zespołu. Mam ją do dziś. Z jakąż biedą próbowałam czytać tekst napisany przez dziennikarza po 2 klasach angielskiego w wymiarze 2 godzin tygodniowo. Nie ma rzeczy niemożliwych. Przeczytałam.
Teraz jest łatwiej - wszystkie nagrania mam w lepszej jakości, nagrania na CD są prawie tak samo dobre jak stare czarne płyty wydane przez EMI i PHARLOPHONE, wieża Sony oddaje nagrania 100x dokładniej niż skrzeczący MK 125, każdy film z Beatlesami mam we własnym archiwum i  nie muszę biletów do Polonii kupować od konia. W każdej chwili mogę sobie na You Tube obejrzeć Lennona z Yoko Ono. Starą, zagubioną książkę Alana Aldridge'a  sprowadziła mi księgarnia Coliber. Była jeszcze ładniejsza bo zawierała 2 tomy w jednych okładkach oraz wszystkie obrazki, które kiedyś wycielą cenzura. Mam całą półkę nagrań, drugą półkę filmów i trzecią półkę książek o nich bądź przez nich napisanych. Fajne są takie archiwalia - nikt się w nich nie starzeje.
 Dużo łatwo teraz kochać Beatlesów.

Nawet zdjęcia z ostatniej sesji fotograficznej Lennona są teraz dostępne na kliknięcie. Rano 8 grudnia 1980 Annie Leibovitz strzeliła to zdjęcie. Wieczorem Mark Chapman zastrzelił Lennona. Rolling Stone dało je na okładkę.

Morris którego zaczęłam, to nie pierwszy mój haft, gdzie liczba kolorów krąży wokół setki. Woodland Faerie Teresy Wentzler nauczyła mnie bardziej zorganizowanego podejścia do nici i kolorów niż worek foliowy z wpakowanymi doń motkami i igielnik albo magnes z igłami. Jeśli kolory niewiele się różnią, to jakoś sobie trzeba radzić. Myślałam nad tym i pomysł, by z klucza przerysowywać 100 symboli na jakieś papierki bardzo mi się nie podobał. Przeczytałam co Teresa Wentzler pisze na swojej stronie o organizacji materiałów hafciarskich i jeszcze bardziej uprościłam jej pomysł. Otóż klucz z symbolami kolorów zaniosłam do xero i skopiowałam w kilku egzemplarzach. Początkowo chciałam tak jak pani Wentzler nakleić go na kawałek tkaniny i w niego wpinać igły, ale skończyło się na zamiarach. Wpinanie igieł w kartkę papieru klucza wystarczyło. Miałam na raz na jednym papierku symbole, numery nici i nawleczone igły. Niestety Morris jest większy i karteluszek może nie przeżyć czasu potrzebnego do wykonania projektu. Munia zainspirowała mnie do wykorzystania styropianu:


Jak widać skopiowany ( wydrukowany na drukarce atramentowej) klucz przykleiłam taśmą montażową z marketu do kawałka styropianu. Całość jest lekka i poręczna. Żeby nawlec igłę nie muszę szukać numerów nici w skoroszycie, bardzo polecam taki patent.
Wadą jego jest to, ze nie można złożyć całości i wsadzić do teczki gdy przerywa się pracę. Można by to zrobić, gdyby klucz był naklejony na tkaninę. Niestety, do tego trzeba klucz skserować, bo klej wodny rozpuści atrament z plujki.
Wydałam głupia kupę kasy na sorter do nici. I co? I pstro - ma miejsce tylko na 50 igieł i te symbole trzeba by przerysowywać - nie dla mnie robota.

Zamiast styropianu można także użyć pianki takiej jak na karimat. Na zdjęciu widać taką piankę, dali mi ją w sklepie z butami, służyła jako stojak do kozaków. Pianka nawet lepiej trzyma igły niż styropian.




Jak widać sikorki mają co jeść. Obok naszych jabłek i pomarańcz w kuchni stoją dwa wiaderka pełne karmy suchej i z tłuszczem, na oknach i na krzewach rozwieszone są kule tłuszczu z ziarenkami i owocami, a w spożywczym poza chlebem i masłem kupuję  jakiś czas kilogram łuskanego słonecznika i worek pęczaku. Nawet jeśli na oko w karmniku coś jeszcze jest, to po zachowaniu ptaszków widać, że pora na dosypanie pyszności. Jak im nie smakuje, to nie jedzą, takie są cwane. Rudzika nie udało mi się sfotografować, choć przychodzi regularnie o 9 rano i około pierwszej. bardzo się zawsze spieszy, coś wciągnie i zaraz zmyka.

Oto sikora modra na słonince. Taki maluch potrafi przegonić dużo większe bogatki. Rozkłada wtedy skrzydła, syczy i bogatki uciekają z szacunkiem.

Życzę mojemu stadku szczęśliwego nowego roku.

18:17, weisefrau , ptaszyny
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 grudnia 2008
Czy jako małe dziewczynki chciałyście być księżniczkami? Mieć złotą karetę z końmi i wierną służbę, co sprzed stóp każdy pyłek usunie nie mówiąc o kolczastych cierniach? Jak pamiętam moje koleżanki z przedszkola, to każda chciała. I nawet jeśli gdzieś po drodze dotarło do nas, że służbie trzeba dobrze płacić, to i tak marzenie o byciu księżniczką, a może Księżną Panią pewnie nie wygasło.
Widziałam dziś bardzo starszą panią, która swoje marzenia realizowała. W eleganckich delikatesach kupiła kilka tacek pierogów, które wyglądały jakby lepiły je przedszkolaki. Starsza pani z najwyraźniej starym portfelem była uśmiechnięta od ucha do ucha. Powiedziała mi, że wypróbowała wszystkie pierogi z tych delikatesów i te są najlepsze i wyglądają tak, jakby ona sama je lepiła, a jej się nie chce.
Kupiłam drożdżową babkę pannetone, bo sama takiej nie zrobię. Kupiłam makowiec i keksa, niemiecką Stollen i marcepany, bo lepiej niech te ciasta zrobi ktoś, kto umie. Po co mam się miotać i psuć dobre produkty? Sama robię to co umiem i lubię robić: barszcz, ryby, kaczki, ciasteczka, kluchy do tych kaczek, ale wędliny niech zrobi ten, kto umie. I ja kupię tyle ile potrzeba.
Dam ludziom zarobić, niech ich interes się pokręci. Na stole będzie co potrzeba, a ja się nie będę nosem przy wieczerzy podpierać. Czasem można przez chwilę pobyć księżną panią i mieć stado służby!

niedziela, 21 grudnia 2008
Moje ikeowskie kanapy dostały sztruksowe, czerwone sukienki. A w lumpeksie za może 20 groszy kupiłam pięknie zrobiona aplikację. Tak starannie wykonaną, ze mi oczy w słup stanęły. Ja tak nie umiem. Z aplikacji powstała poduszka i z miejsca zaprzyjaźniła się z mini podusią Diamonds in Square od Teresy Wentzler.
W nocy wiatr zrzucił z krzaka jeden z karmników. Ponieważ czatuję na rudzika, który regularnie przychodzi do karmnika, na stole w kuchni ciągle leży aparat fotograficzny. Oto jaki ptaszek przyszedł rano do słoninki:

Ależ z niej sroka! A jakie ta sroka ma zęby! Na co dzień ich nie pokazuje, ale tu się zapomniała no i trzeba było sięgnąć do słoninki, do resztek słoninki albo do samego sznurka po słonince:





No i teraz nie tak łatwo pozbyć się tej butli. Ratujcie o właściciele!

14:21, weisefrau , pies
Link Komentarze (4) »
Jedynie przed świętami Bożego Narodzenia w marketach i kwiaciarniach oraz na ustawionych przy ulicach stoiskach można kupić wiedźmie utensylia. Zwłaszcza pentagramy w innych porach roku wyklinane za związki z czarną magią i pogańskimi wierzeniami są wszechobecne. I nikt się temu nie dziwi! Zwróciłam na to uwagę bibliotekarce - w bibliotece złote pentagramy wisiały w równych rzędach pod sufitem - najpierw oczy jej się rozszerzyły ze zdziwienia, potem się uśmiała. Dobrze, ze te znaki ochronne wiesza się jednym ramieniem w górę, gdyby je powiesić odwrotnie przywoływałyby złe duchy i służyły czarnej magii. Zawsze mam dobrą zabawę widząc ten czarowniczy symbol starannie wieszany na czubku choinki w porządnym katolickim domu. Bo pentagram w dzisiejszym języku nazywa się Gwiazdą Betlejemską.

W jakimś podręczniku dla początkujących czarownic znalazłam dobrą radę jak wytłumaczyć gościom obecność pentagramu w mieszkaniu o dowolnej porze roku. Wystarczy powiedzieć, ze jest się fanką Bożego Narodzenia i więcej pytań nie ma.

W każdej kulturze wierzono, ze momenty przesilenia, zwłaszcza zimowego to najbardziej magiczny czas w roku. Długa noc sprzyja obecności duchów zwykle unikających dziennego światła. Duchy przodków i wrogów krążą wokół nas, jedne trzeba zaprosić, innych się strzec. Jak to zrobić, skoro nic nie widać?

Dobrym duchom wskazujemy drogę do domu paląc lampki i światełka. I znów supermarkety są pełne potrzebnych utensyliów. Nie jestem pewna czy duchy przodków trafią do domu na widok plastikowej rurki wygiętej w kształt choinki albo sanek powieszonej na płocie lub w oknie, ale z pewnością płomyk postawionej w adwentowym wieńcu świeczki ma tę moc. Nieźle sprowadza dobre opiekuńcze duchy świeczka w kominku zapachowym - jednocześnie odprawia się rytuał oczyszczania powietrza. Bo dla wszystkich jest jasne, ze magia wymaga czystości. Czyścimy zatem co możemy, sprzątamy, odkurzamy, pierzemy co tylko się da do pralek włożyć i mamy rację, tak zachowywały się zawsze czarownice. W brudzie dobra magia nie działa.
Wykonując co roku te same, nieco inne w każdej rodzinie przygotowania do Świąt odprawiamy rytuał przywoływania przodków. Piekąc ciasto tak jak babcia ściągamy babcię do nas. Być może babcia stoi obok i pilnuje ciasta razem z nami? Ryba przyrządzona według przepisu cioci babci zapewne ściągnie do nas i ją. Wspominając jak fałszywie i rzewnie dziadek śpiewał kolędy  zapraszamy do wigilijnego stołu i dziadka, tak samo dzieje się z innymi krewnymi i przyjaciółmi - a światło świec pokazuje im drogę do naszego domu. Wśród nich może się jednak zaplątać postać niepożądana, której nie chcemy gościć - przed takimi niechcianymi gośćmi strzegą nas dzwonki i błyszczące ozdoby. Na każdym moim oknie wisi dzwonek - prawdziwy dzwonek. Jeśli zaczyna brząkać mimo braku wiatru i przeciągu to znak, ze ktoś lub coś ma złe zamiary. Stąd zapewne taka ilość prawdziwych i udawanych dzwonków w naszych domach akurat w Boże Narodzenie. Feng Shui wspomina o ochronnych właściwościach kryształów i błyszczących przedmiotów  (o ile są nienagannie czyste), a widział ktoś kiedyś niebłyszczącą choinkę?

Święta Bożego Narodzenia oglądane oczami wiedźmy są fascynujące. Jak sprawnie odżegnujący się od magii ludzie wykonują wszystkie magiczne czynności!

czwartek, 18 grudnia 2008
Wygląda na to, ze jednak podczas kwietniowej przeprowadzki coś nam zaginęło.
Nie mogę znaleźć serwety świątecznej. Haftowałam ja podczas wakacji, gdy Misia miała 2 lata, mąż nr 1 odbywał ostatnie 2 tygodnie służby wojskowej w Kołobrzegu, a my z Misią pilnowałyśmy w Falenicy domku znajomych, którzy wyjechali na wakacje.
Całe dnie spędzałyśmy w ogródku lub na przejeździe kolejowym oglądając pociągi, a wieczorami, gdy dziecko już spało haftowałam sobie przed telewizorem aż mnie sen zmorzył. I w 2 tygodnie serweta według wzoru z Burdy robiona najróżniejszymi ściegami i nićmi - złota nitka została odzyskana z jakiegoś strasznego, sprutego zachodniego  powstała od początku do końca.
Od ośmiu mniej więcej lat Misia za każdym razem widząc ja w wigilię na stole oświadczała, ze bez tego haftu wigilia się nie liczy. Pewnie był to element spajający jej wigilie z pierwszej i drugiej rodziny. Teraz zrobiłam drugą serwetę, Misia wyniosła się z domu, chciałam jej oddać ten ulubiony haft. I nie ma. Nigdzie. Pamiętam, ze pakowałam bieliźniarkę, ale nie pamiętam w ile pudeł. Nie wiem, gdzie mogłam ją wetknąć.
Inne hafty o mniejszej wartości sentymentalnej też gdzieś zaginęły. Albo poszły przypadkiem na śmietnik, albo kiedyś wylezą na światło dzienne.
Ponieważ w haftach tkwi moc czarodziejska, być może serweta nie chce iść do Misi...

poniedziałek, 15 grudnia 2008
Nigdy nie mam cierpliwości do oglądania prognozy pogody w telewizji. Zamiast treściwie podać potrzebną ludziom informację prezenter robi show, opowiada rozwlekle o frontach, chmurach, pokazuje grzyby albo ryby, robi głupie żarty albo trajkocze jak kałach i nic nie można zrozumieć. Jak w końcu dochodzi do zaprezentowania planszy z pogodą na jutro jestem zdekoncentrowana, znudzona i nie rejestruję potrzebnych informacji.
Radzę sobie zatem inaczej. Dawniej w domu prognozę przepowiadały szczury. Jeśli szczury w swojej klatce z dostępnych materiałów wznosiły puszyste, ogromne gniazdo i ukrywały się w nim tak, że nawet wąsika ani ucha nie było widać, wiadomo było że w ciągu następnych 12 godzin nie ma po co z domu wychodzić: będzie lało, będzie wiało i będzie można nos odmrozić. Natomiast gdy szczury rozciągały się jak długie na piętrze swej willi wprost a kratce i żadnych gniazd nie wiły pogoda będzie ładna.
Nie mamy już szczurów, ale mamy sikorki w ogródku. Jeśli sikorki bez większego pośpiechu od rana zajmują się jarzębinami i tujami wyjadając coś spod kory znaczy, że noc będzie bez mrozu. Jeśli zaś od rana jest wielki ruch na słoninkach, w karmniku, a tłuszczowe kule nikną w oczach na pewno w nocy będzie mróz. A jeszcze zimniej będzie, gdy w karmniku pojawi się śliczny rudzik z czerwonym gardziołkiem i parka wróbli.

19:04, weisefrau , ptaszyny
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 grudnia 2008


Obie rozpoczęte robótki to ten sam obraz:  Garden of Delight  Williama Morrisa.

Pierwszy z lewej to wzór z Heaven and Earth Designs po tygodniu pracy.
Ten po prawej zaś to wzór z GK po miesiącu (!) cierpliwej dłubaniny.
Oba schematy są opracowane komputerowo, oba wymagają czestej zmiany nici, ale nie robi się ich tak samo miło i rezultat jest zupełnie różny.
GK to 72 barwy pojedyncze i 47 mieszanek, każda w osobnej igle. Widać, ze przy wykonywaniu schematu z oryginalnej ilustracji ochłodzono znacznie barwę - co dało interesujący efekt, oraz włączono w programie konwertującym opcje zmiękczania obrazu. Taka opcja jest świetna, gdy na krzyżyki konwertujemy portret lub martwą naturę. Natomiast dla graficznego wzoru Morrisa (przypomnę, prerafaelity, jednego z sztandarowych projektantów secesji z całą jej miłością do wyraźnego konturu) taki zabieg jest zabójczy. U Morrisa ma być kontrastowo i wyraźnie, a nie mglisto i chiaro scuro. To nie portret, to tkanina ozdobna.
Wersja po lewej stronie - tę właśnie będę robić dalej - ma około 90 kolorów - bez żadnych barw mieszanych i myślę, że bez szkody dla obrazu można by tę ilość jeszcze zdrowo zredukować.
 Oczami wyobraźni widzę samego Morrisa, który całe życie kombinował, jak na tapecie skutecznie i równo odbić więcej niż kilka kolorów i osobiście stemplował drewnianymi klockami płachty papieru, jak śmieje się widząc te 90 kolorów na swoim obrazku. Jak poprawia schemat, żeby dla osiągnięcia podobnego efektu użyć jedynie 15 kolorów, co dla tkaniny jest i tak ilością zawrotną.
 Ponieważ nie chce mi się barw z ponad czterdziestu arkuszy wzoru przenosić ręcznie do PCS nie opracuję zredukowanego schematu, ale robić haft będę mając zasadę redukcji na względzie. Schemat daje wyraźny, kontrastowy obraz: efekt kratki na niebieskim kwiecie jest zachowany, brzegi płatków także.

Być może GK robi najlepsze schematy na świecie i słusznie żąda za nie 100 dolarów. Jednak mnie się schemat za 18$ wydaje zgodniejszy z duchem dzieła oryginalnego.

 
1 , 2