Rozmaite Gackowej przypadki.
środa, 30 grudnia 2009
Skarpetki z lidlowej skarpetczanki są w końcu gotowe:





Widać, ze na mnie są przymałe nieco, ale robione były dla mamy a mama ma znacznie mniejszą stopę niż ja. Na obie wyszło 50 g włóczki na drutach nr 2. To bardzo ekonomiczne skarpetki, skoro paczka z czterema motkami kosztowała coś ze 12 zł.
Pora teraz na skarpety dla mnie, bo coś co wyjmę parkę z komody to świeci dziurą. Zabrałam się za skarpetki z palcami i piętą robionymi metodą rzędów skróconych opisanych dokładnie tu.
Naturalnie przeczytałam lekcję, zobaczyłam obrazki, a potem zamiast robić swoją skarpetę gapiąc się w ekran uznałam, że  wszystko wiem i mam skutkiem tego częściowo dziurawe palce w wykonywanym wyrobie. Ale nie chce mi się pruć, bo skarpety potrzebne na już, zwłaszcza, że pralka wysiadła i zapas w komodzie się zużywa. Na drutach nr 3 i z lumpeksowej wełny w czasie jednego odcinka serialu kryminalnego 3/4 stopy powstało.
Naszło mnie poza tym marzenie, aby zrobić sobie szal Szeherezada. Ażurowy, wypasiony i długi. Jak na kogoś, kto nigdy w ażurach nie celował pomysł zaiste świetny.
Sprowadziłam z zamotane.pl dwa motki Zephyra w pięknym bordo, bo do tego szala inne kolory jakoś nie pasują a poza tym każdej mordzie ładnie w bordzie. Nauczyłam sie kilku metod prowizorycznego nabierania oczek, Kasia pokazała mi w którą stronę robi się prawidłowy narzut, wydrukowałam zakupiony schemat, posklejałam go w całość i zaczęłam dłubać. Wzór wymaga skupienia i koncentracji. Nie ma tam jakichś Bóg wie jakich trudności, ale trzeba konsekwentnie podążać za schematem. I jak miałam z powodzeniem zrobione 7 rzędów zaczął dzwonić telefon. Wszyscy ludzie, których znam  zadzwonili tego dnia po trzy razy. Telefon - na zmianę stacjonarny i komórkowy dzwonił i dzwonił i dzwonił. Diabli wzięli koncentrację i wzór. A ponieważ nie umiem poprawić spartolonego ażuru, sprułam całość. Tego dnia zaczynalam Szeherezadę 4 razy. Udało mi się najdalej dojść do rzędu 23, ale telefon był bezlitosny i nie umilkł do wieczora. Jakby wszyscy znajomi nagle sobie o mnie przypomnieli.  Zostałam z niczym. Za to wściekła jak furia. Nawet kogoś w sklepie zrugałam ze złości.
Następnego dnia wykonałam 3 rzędy. telefon zadzwonił. Jak na razie  mam dalej te trzy rzędy. Poczekałam aż się wszyscy urodzą, wyjdą ze szpitala, zjedzą karpie i barszcze, pójdą po świętach do pracy. I wtedy wyłączę oba telefony i pojadę z ta Szeherezadą dalej.
Obawiam się tylko, ze drogie bliźnie nie mogąc się do mnie dodzwonić stawią się u mnie osobiście, aby sprawdzić, czy nic mi się nie stało.

poniedziałek, 28 grudnia 2009
Jeżyca obudziła się w wigilię. Wystawione na taras butelki Coca-coli zaczęły się nagle turlać. Tomek poszedł sprawdzić, czy nikt na taras nie wlazł bez zaproszenia i wykrył jeżycę w naszych świątecznych zapasach chłodzonych napojów. Zatem natychmiast uzupełniłam o zawartość miseczki suchego kociego żarcia, a z braku whiskasa w saszetce poczęstowałam Iggi kawałkiem pieczonego schabu. Schab jest lepszy od bobków i suszonych, pełnych chityny krewetek.
W karmniku codziennie schodzi pół kilo słonecznika. Pewien dzwoniec potrafi siedzieć w niezmąconym spokoju ponad dwadzieścia minut i jeść bez przerwy. Im dłużej je, tym okrąglejszy ma brzuszek.

Kretka przestała pokasływać. Kasłała od jakiegoś czasu i już miałam z nią do lekarza wędrować, ale zauważyłam, że kaszle wyłącznie na dworze i wyłącznie biegając z piłką w mordce. Coś mi w mózgu zadzwoniło, że być może obroża ją drażni w gardło. Psia tchawica to delikatny narząd, a Kretka prowadzona rano na smyczy ciągnie na pólko przy SGGW jak traktor. Kupując zatem na gwiazdkę Usi porządną, grubą i kolorową smycz (wielka suka Misi chodziła na cieniutkiej smyczce) wrzuciłam do koszyka w zwierzątkowym sklepie prześliczne, kolorowe szeleczki.
A do diabła z powściągliwą elegancją.
Szeleczki na Kretce wyglądają bardzo efektownie i kaszel skończył się natychmiast. Zatem całe ranki Krecica buszuje w śniegu w tych kolorowych szorkach. A wieczorami nie buszuje, bo młódź zaczyna się szykować do sylwestrowej kanonady. Kretka ostrożnie strzyże uchem na wieczornym spacerze gdy usłyszy pierwszy huk, po drugim spuszcza uszy a po trzecim upartym dyrdaczkiem zaczyna szorować do domu. I wtedy trzeba szybko ją gonić, łapać, przypinać do smyczy, bo w strachu zapomina wszystko, czego nauczyła się o ruchu ulicznym. Dziś ze strachu posiała na ośnieżonym trawniku zupełnie nową piłeczkę.

Przerażonego psa nie powinno się głaskać i tulić, bo może sobie ubrdać, ze to nagroda za tchórzliwe zachowanie. Zatem wszystkie ostatnio przekazane przez czytelniczki głaski przekazałam psu po ochłonięciu na dywanie.


20:39, weisefrau , pies
Link Komentarze (3) »
sobota, 26 grudnia 2009
W pierwszych słowach mego świątecznego wpisu pragnę wszystkim czytającym złożyć spóźnione jak zwykle życzenia.
Powód tego jest prozaiczny: jak zwykle już od początku grudnia żyję w takim strachu, że w tym roku nie podołam świątecznemu wyzwaniu, ze nie mogę spać i trzęsą mi się ręce. I nie ogarniam sprawy. Codziennie kontempluję kalendarz, zastanawiam się co mogę zrobić już, co nie zaniknie do świat i co wytrzyma do świąt, że na życzenia nie starcza mi sił.
W tym roku specjalnie pojechałam na Stare Miasto po ładne pocztówki świąteczne. Pod Megasamem pan pijak w kufajce sprzedawał pocztówki bożonarodzeniowe z kazirodztwem w podtekście, bo cala Święta Rodzina była na nich w podobnym wieku, Jezus, Maria i Józef byli piękni, dwudziestoletni i posypani brokatem.
Trzęsłam się ze strachu do urodzin Kacperka, potem mi puściło. Sprzątnęłam bezboleśnie, zapolowałam na Pana Męża, który co roku w grudniu w domu niemal nie bywa z powodu różnych wigilii, spotkań i rozlicznych obowiązków i zapowiedziałam mu, ze jak nie znajdzie z samochodem czasu na zakupy swiąteczne, to mu ten samochód ukradnę i bez prawa jazdy będe nim jeździć po bazarach. Przestraszył się. Przywieźliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy. Na resztę rzeczy Pan Mąż polował sam z kartką w ręku. Znosił bezczelne przytyki różnych pań w sklepach ale kupił i alkohole, i gęś i chleb.
Choinkę moich marzeń - śliczną, gęściutką i pachnącą przywlekłam do domu od metra sama. Uznałam, że drugi taki egzemplarz łatwo się nie trafi. Tym samym wyeliminowałam swoją prawą rękę z udziału w przygotowaniach świątecznych.
Kiedy przyszła pora pan Mąż postanowił choinkę oprawić. Przyniósł z piwnicy stojak, wyszedł na taras w wielki mróz i zaczął na siłę wpychać krzywe kolanko choinki w plastikowy stojak. Stojak rozpadł się na dużo nierównych kawałków. Dostałam burę za to, że KUPIŁAM CHOINKĘ BEZ NÓG. Usłyszałam jeszcze kilka podobnie sensownych zarzutów nim włożył buty i pomknął po stojak nr 2. A ja wyjęłam zza szafki w kuchni piłę ogrodniczą za 19.90 pln i w 1,5 minuty wyrównałam choinkowy pień. Nie ma jak posiadanie właściwych narzędzi. Choinka stoi i się nie kiwa.

Przez całą środę wraz z Alicją dreptałyśmy po kuchni i produkowałyśmy żarcie. Obie tego nie znosimy, ale dobrze nam się współpracuje. Powstał kompot, kapusta, barszcz, pieczona gęś z jabłkami, pieczony schab, śledzie w 3 smakach i drożdżowe ciasto na samych żółtkach. Ugięłam się i przyniosłam z kancelarii kościelnej opłatek, bo nikt inny się tam nie chciał wybrać. Nawet jako agnostyk nie akceptuję opłatków z Leclerca. Na czwartek został aby karp. I choć wszystko, co da się kupić kupiłyśmy, pod koniec dnia byłyśmy umordowane jak w tartaku. Wizyta przyjaciela z flaszką Jima Bima została powitana entuzjastycznie. Jim Bim wrócił nam obu wiarę w Święta. Przyjaciel dostrzegł na choince starutką bombkę z logo Gwardii i dostał ją w prezencie.
Wigilia się odbyła, karpie i śledzie znikły. Prezenty się podobały. Gęś w pierwsze święto była pyszna. Słodycze prawie całe zostały nie zjedzone, alkoholu ubyło w miarę. Dziś nawiedziliśmy teścia, brzuchy mamy tak pełne, że nie zmieści się w nich nawet głębszy oddech. Gdyby nie Kretka wyprowadzająca mnie co rano na 2 godziny na dłuuuugi spacer, to bym chyba nie przeżyła, pękła bym jak wawelski smok.
Nie powiem chyba nic nowego, ale sadzę że takie przygotowania, stanowiące sprawdzian praktyczny w dziedzinie prowadzenia domu o najwyższym stopniu trudności dla mnie, mającej czas, niepracującej pani domu dla kobiet pracujących poza oświatą (ferie są!) muszą być czystą makabrą.
To tyle o magii świat w tym roku.



piątek, 18 grudnia 2009
To TEN DZIEŃ.
Pojechałam rano do szpitala położniczego, gdzie umówiłam się z bratem na wielkie oczekiwanie. I na schodach spotkałam bratową, która jeszcze na własnych nogach szła na salę operacyjną. Piętro wyżej znalazłam brata i tatę bratowej czekających na korytarzu. Ledwie opanowałam aparat braciszka położna przyniosła smyka! Zamiast go nam zaprezentować zażądała ubranek i kocyka. Dostała co chciała i Kacperek dostał się w moje łapy. Przytuliłam malucha. Ciotka jestem, a co.

A potem już tylko fotki robiłam. Nie jest prosto zrobić ostre zdjęcia bez lampy, w ciemnawym korytarzu ale coś tam mam. Noworodkom się w buziak fleszem nie strzela, i tak są zestresowane zmianą temperatury i dziennym światłem.
Na zdjęciach widać miłość ojcowską od pierwszego wejrzenia. Brat jest już owinięty wokół maleńkiego paluszka. Dziadek narzekał i fukał aby ukryć wielkie wzruszenie.

Potem przywieźli przytomną i uśmiechniętą bratową. Odwiedziny za min. 24 godziny!
Znów jest małe dziecko w rodzinie, hura!
A swoją drogą obyczaje w szpitalach położniczych zmieniły się w ciągu ostatnich lat. Tylko adres zgadzał się z moim osobistym miejscem porodowej kaźni.

czwartek, 17 grudnia 2009
Szalikowiec to taki młody chłopak, który swą wielką i brutalną miłość do klubu piłkarskiego wyraża klubowym szalikiem noszonym bez względu na warunki atmosferyczne.
Ale ja też jestem szalikowcem - tyle, że nie miłuję klubu piłkarskiego, a szale i szaliki. Mój najnowszy okaz można zobaczyć tu.
Jest to mój pierwszy dzianinowy, ręcznie zrobiony szal, ale chyba nie ostatni. Przysłała mi go na gwiazdkę Ewcia i zachwycił mnie absolutnie. Głowę i szyję da się nim okręcić i pod kapturem mieć cieplutko, Futro go pokochało jako towarzysza, w chłodnym pokoju grzeje miło w plecy a spięty odpowiednio zamienia się w koronkowe ale cieple bolerko. Cudny jest i już.
Szali używam od dawna i jestem ich fanką ze względu na walory użytkowe i ozdobne. I dlatego, ze taki odpowiedni szal, to kilka funkcji pełni bez zająknięcia.
Kiedy jeszcze chodziłam do pracy i zdarzało mi się nosić żakiety, cienkie jedwabne szale i chusty (zwykle z indyjskiego sklepu) albo zastępowały bluzkę, albo kryły to, co pod żakietem siedziało, a nie nadawało się do prezentacji. Małe apaszki zastępowały braki w biżuterii. Osiągnęłam mistrzostwo w omotywaniu się chusteczkami i chustkami.
Szale pojawiły się w mojej garderobie jako ratunkowy sposób przed utratą głowy na skutek mrozu. W dzianinowych czapkach wyglądam naprawdę strasznie i z wiekiem ten syndrom się pogłębia. Im mniej mam włosów, tym bardziej w czapce z dzianiny przypominam męską część ciała przyobleczoną w popularny środek antykoncepcyjny. Taka czapka poza tym zwykle zakrywa mi lewe bądź prawe oko. Szal nie ma tych minusów. Zaplączę się nim szczelnie, fryzury nie uklepie, urok ma. A po zdjęciu kapoty w razie potrzeby zamienia się w elegancką odzież wizytową i chroni moje najszersze miejsca przed wzrokiem bliźnich. Przyzwoita pashmina wełniana potrafi nawet zastąpić koc w podróży, choć objętość ma doprawdy maleńką.

Latem cienkie szale zastępują sukienki (na plaży) i dodają koloru i polotu odzieży. Bo w końcu szal z jedwabiu nawet w najdzikszym kolorze jest pięknym szalem. Z sukienką nie jest to takie oczywiste.
Zbiór chustek i apaszek - chwilowo niemodnych - czeka na lepsze czasy. A z szalami szaleję. Teraz dzięki Ewci poszaleję na biało i na ażurowo. Tylko szuflada z szalami ledwo się otwiera. Ale skoro pan Mąż może kolekcjonować skórzane kurtki, to ja mogę mieć obfitość szali.


Będzie bez ptasich zdjęć, bo w archiwum z zeszłego roku czytelnicy znajdą takie same zdjęcia, jakie mogłabym wrzucić dziś.
Sikory z żebraczym wyrazem dzioba pojawiły się już na początku listopada i choć było ciepło i robaków pewnie było w bród, to jednak sypałam im do karmnika to i owo, żeby nie poszły na wyżerkę do kogoś innego. Część z nich to pewnie ptaszki, które wyległy się w naszej budce. Do początku grudnia pożarły 3 kilo łuskanego słonecznika i kilka tłustych kul z ziarenkami. Samych bogatek jest około 30 sztuk. Kilka modraszek też mnie stale odwiedza.
Pani sroka wielka jak mastodont też próbuje wleźć do karmnika kilka razy dziennie. Rudzik codziennie kontrolnie przylatywał sprawdzić, czy kuchnia już wydaje, ale żywił się sam póki mógł.
Teraz, kiedy nagle chwycił spory mróz i sypnęło śniegiem całe towarzystwo stawiło się w komplecie. Państwo ziębowie z rozpaczą dreptali po zaśnieżonym tarasie licząc na okruchy z pańskiego stolu, bo do karmnika wchodzą bardzo niechętnie. Dzwońce zielone jak oliwkowe listki też już są i nie przejmują się sikorkami. Brak już tylko mazurków. Za to pojawił się szary, niezidentyfikowany jeszcze obywatel, póki co bardzo ostrożny.
Co 2 godziny odśnieżam więc taras szczotą, sypię ziębom coś na dechy, do karmnika łopatą trzeba sypać, bo wszystko znika jak za dotknięciem zaczarowanego, głodnego dzioba. Micha ciepłej wody już stoi. A przed balkonowymi drzwiami w kuchni leży kocyk dla Kretki, która stróżuje i pilnuje ptasiego bractwa przed kotem. Łaciaty caban bezczelnie potrafi usiąść tuż przy karmniku!  Raz go przyuważyłam, jak polował na ptaszki na modrzewiu. Nie jest łatwo automatem wyostrzyć motyw główny łażący wśród gałęzi:







Jak go widzę, to ciskam w drania kartoflem nie za dużym. Nie ciskałabym, gdyby na osiedlu nie było dobrze zaopatrzonej kociej stołówki i gdyby to był bezpański kot. On lubi sobie zapolować!

niedziela, 13 grudnia 2009
Kruk powoli rośnie. Im jest większy, tym bardziej mi się podoba. Jednak musiałam dokupić kilka motków nowej wełny Anchora, bo liście by były bardzo pstre . I tak będą trochę pstre, ale trochę, a nie bardzo. Mąż się cieszy, łapy zaciera i jest dumny, jaki piękny wybrał sobie wzór.



Zdjęcie z lampą jakieś nie takie wyszło. Widać w grudniu lampy tak mają.
Powstają skarpetki: oto jedna gotowa z druga w trakcie z wełny skarpetkowej z Lidla. Na drutach nr 2. Ktoś powiedział, ze robię skarpetki na wykałaczkach. Wyglądają szalenie profesjonalnie, ale następną parę zrobię już podwójną włóczką na drutach nr 3. Aż tak pracowita nie jestem. Czerwone, grubaśne skarpety położnicze dla bratowej nie zostały sfotografowane.



No i jeszcze mam do pokazania rezultat wczorajszej zabawy farbkami Kakadu.
Ma to pewien związek z haftami wzorów Laury J. Perin, która lubi używać jako surowca ręcznie barwionych nici cieniowanych. Nie mam zamiaru tych kordonków jedwabnych sprowadzać, ale mam mnóstwo kordonku Ariadny. I mam farbki kakadu. Wczoraj w mikrofalówce powstało to:


Technologia nie jest trudna. Chciałam mieć intensywne kolory i mam. Całą noc siedziało pasemko w zimnej wodzie i puszczało barwnik. Haftu raczej nie będę prać w wodzie z proszkiem. Ręce myłam pumeksem, ale wiem już jak to się robi!
Przy Kruku pożeram audiobooki w tempie zastraszającym. Wczoraj skończyłam Listy Starego Diabła do Młodego C.S. Lewisa. Ciekawe, każda książka traktująca o grzechu najwięcej mówi o samym autorze. Ale listy aktualne niezwykle. Zwłaszcza o smakoszostwie i diabelskich skutkach mody podobało mi się niesłychanie.
Jeśli komuś wpadnie w ręce Cassidy Morrisa Westa to także polecam. Porządny thriller o istocie władzy. Pożarłam go dziś.

środa, 09 grudnia 2009
Robię różne rzeczy w różnych technikach. Osobiście zawsze miałam się za hafciarkę. Ale coś z haftowaniem ostatnio słabo. Kruk niby się posuwa, ale bez przesady. I chyba nie tylko u mnie tak jest. Na ulubionym hafciarskim forum zamiast haftów pojawiają się robione na drutach chusty i poncha, w blogu Haft Krzyżykowy od kilku miesięcy też głównie widzę dzianinę. Samą na widok drutów aż mnie ponosi. Ręce swędzą po prostu. Zamiast spotykać się w gronie krzyżykujących spotykam się ku mej wielkiej radości z dziergajacymi na Szarotkowie.
Oczywiście musiałam sobie te druciarskie zainteresowania jakoś umiejscowić, wyłożyć, wytłumaczyć własnej głowie. Bo jak to tak , nagle i niespodziewanie zamiast kilku swetrów jesienią - taki pijacki, drutowy, wielomiesięczny ciąg?
Zacznijmy od Encyklopedii Ręcznych Robót Theresy de Dillmont. Robienie na drutach opisuje ona jako nieuciążliwe zajęcie, przy którym można nawet czytać nabrawszy niejakiej wprawy. A po dokładnym opisie sciegów, narzutów, zmniejszania i poszerzania roboty następuje opis wykonania wszelkich możliwych pończoch i skarpet. I nic więcej. 
Zatem wnioskuję, że na przełomie wieków do obowiązków pani domu należało zaopatrzenie wszystkich domowników w pończochy i skarpety. O nijakiej ozdobności nie ma tu mowy. Uzytkowość czysta.
Chyba rzeczywiście przemysł pończoszniczy nie dawał rady objąć wszystkich obywateli swymi wyrobami, skoro z chwilą wybuchu I Wojny Światowej księżna Liverpoolu, żona gubernatora Australii zorganizowała akcję dziergania skarpet na potrzeby frontowe. Dzieci w szkołach, chorzy w szpitalach i kto tam jeszcze był do dyspozycji dostali druty, włóczkę (z australijskich i nowozelandzkich owiec) i dziergali . Cała Australia dziergała, na front trafiły ok. 4 mln par skarpet. Inne armie dysponowały jedynie onucami.
Mam przed sobą książki o dzianinie z lat pięćdziesiątych, angielskie i polskie. Jasno z nich wynika, co było potrzebne: cale ubranie! Po wojnie przemysł lekki był zniszczony. Ale owce były. Wełnę było można kupić (jeszcze bez akrylu i nylonu) i ubrać rodzinę po ludzku. Wyroby dziewiarskie tamtych lat imitowały tkaniny fabryczne: drobniutkie ściegi, cieniutkie druty. Nawet majtki i damskie kombinacje robiono z włóczki!
Lata powojennej biedy i komunistycznej nędzy odzieżowej przykleiły dziewiarstwu ręcznemu metkę sztuki nieszlachetnej,  wykonywanej wstydliwie dla ukrycia biedy. A sztuka maskowania biedy poprzez prucie i ponowne wykorzystywanie surowca nie jest traktowana jako ekologiczny recykling, ale jako swego rodzaju oszustwo. I pewnie dlatego niektórzy nie cierpią dziewiarek.
Dziś przemysł lekki pracuje na pełnych obrotach. Można sobie kupić co kto chce.
Po co dziergać?
A no po to, ze jak coś jest dla wszystkich, to jest dla nikogo.
Ja mogę wyłuszczyć jedynie moje powody. Kupne swetry w cenie do przyjęcia są zwykle z akrylu. Po 2 razach paskudnie się kosmacą i trzeba je strzyc. Nowe wełniane, ładne swetry mają ceny kosmiczne. Skarpety z tworzywa nie grzeją a ziębią, nawet jeśli są bardzo puchate. W żakietach z tkaniny wyglądam żałośnie.
Można w końcu kupić ładne włóczki - choć trzeba się naszukać niestety - z bardzo miłych surowców. I zrobić sobie to, co się chce mieć.




sobota, 05 grudnia 2009
Na zajęciach dalej kształcę się w pozornie nudnym rysunku ołówkowym. Przez dwa tygodnie biedziłam się nad portretem Lennona. Jako fanka sobie nie odpuściłam. Jako wzór wzięłam zdjęcie z nowego kalendarza fundacji Yoko Ono. Żeby było mądrzej, żeby sprawdzić, jak to u mnie z rysowaniem jest naprawdę, powiesiłam sobie zdjęcie - model do góry nogami na rysownicy i tak tez powstawał portret. Dopiero do ostatnich wykończeń i do zdjęcia portret zawisł właściwą stroną do góry. Koleżanki bardzo się dziwiły i wątpiły w skuteczność takiej metody pracy.
Prowadząca zajęcia kazała mi go już odłożyć jako gotowy, ale nad podbródkiem jeszcze chyba posiedzę chwilkę.




Lennon zjadł cały ołówek 8B. To jest format A2 i niełatwo go prawidłowo zaczernić. Widać, że mojej kresce brak płynności, nas sweterkiem we wzory fair island (klasyczny motyw OXO) też specjalnie się nie napracowałam. Ale widać kogo rysunek przedstawia. Porządny karton zniósł mnóstwo wycierania gumką.
Cieszę się, że po wystawie karton wróci do mnie.

15:57, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (7) »
środa, 02 grudnia 2009
Skąd to się bierze? To wszystko, co wymiatam z blatów, z podłogi, z szafek na żywność i z szafek na buty?
Blaty kuchenne w kółko pełne okruszków, choć kilka razy dziennie wycieram. Z podłogi zawsze pół kosza na śmiecie kurzu i piachu wymiatam a w łazience to jakiś potwór kurzowy mieszka. Mieszka pod pralką i zawsze mi pokazuje puszystą, kocią nogę. A ja czasem tę pralkę ruszam, i znajduje kłębowisko, a czasem tylko tę kosmatą, kurzową stopę usuwam. Czasem, czyli 3 x dziennie! Pod łóżkiem w sypialni drugi taki siedzi.
Niby z wiekiem widzi się coraz gorzej, ale to świństwo na własnej podłodze widzę doskonale. A jak chrzęści piach pod stopami, to aż  ciarki po plecach przebiegają. Niestety, każda, dosłownie każda czynność pozostawia po sobie materialne slady do usunięcia i czasem to usuwanie męczy mnie okrutnie. Po tych śladach widzę kto i co ruszał, co robił, czego nie odniósł na miejsce. Domowa kryminalistyka!


A to jest coś, co mnie wzrusza:



To są krecie łapki z poniszczonymi od kopania nadgarstkami. Widać na zdjęciu, że psiak nie ma jednego kciuka. Krzywe paluszki to nie jest reumatyzm, pies umie tak palce wyginać. Dla porównania inne rączki, młode i zdrowe:



Widać na zdjęciach że mamy ze sobą coś wspólnego :-)))

Dla leczenia poharatanej chrząstki w stawach pies bierze leki.  To preparat taki jak dla ludzi z glukozaminą i chondroityną. Preparat weterynaryjny w płynie, dający się łatwo dawkować do wagi psa jest niezwykle drogi. Buteleczka za stówkę. Zatem psi ortopeda zalecił podawać Kretce ludzki preparat, byle z kapsułki, którą da się otworzyć i podzielić zawartość na mniejsze porcje. Leki dla ludzi są liczone na około 70 kilo pacjenta, Kretka waży coś około 11 kilo. Zatem kapsułka ma starczyć na 7 porcji. Mimo, że paczka Arthroblocka z 60 kapsułkami kosztowała ponad 50 złotych, starczy na długo. Już po kilku dniach podawania pies zaczyna chodzić na czterech nogach, a nie na trzech.