Rozmaite Gackowej przypadki.
piątek, 31 grudnia 2010
Pisałam już kiedyś, że nikt tak nie potrafi Misi wkurzyć jak jej tata.
Ich kontakty są bardzo rzadkie, podtrzymywane przez Misię jedynie. Jej ojciec jakby o niej nie pamiętał. A Misia pamięta o nim i o jego ojcu, czyli jej dziadku.
Dziadek i ojciec zaś nie wzywani nie mają do Misi interesów, ani z okazji imienin, ani urodzin, ani żadnych świąt. 
Misia zaś pamiętając jaką niespodziankę zgotował jej tatuś z okazji śmierci babci stara się sytuację kontrolować, nie chce być zaskoczona.
Przed świętami nie dała rady się z nimi skontaktować. Telefon domowy był głuchy, jedna komórka była poza zasięgiem, druga wyłączona. Starszy pan ma 85 lat i przewidywalne zachowania, zwykle jeśli nawet znika, to wiadomo gdzie. Tym razem nie dało się go zlokalizować.
Wrócił do domu po świętach, bez ojca Misi, z którym się gdzieś na święta wypuścił, ale było mu tam nudno i wrócił do domu sam. 
Misia dziś dziadka odwiedziła, zlustrowała zaniedbane, od 15 lat nie malowane mieszkanie, nieprane zasłony i firanki, pustą lodówkę (musztarda, ketchup, 1 jajko, stara włoszczyzna), rozpadające się meble, zepsutą instalację gazową i elektryczną (zepsute od zawsze, tylko teraz jakby bardziej), zepsutą, cieknącą umywalkę, spalone mięso w piekarniku, nieistniejącą choinkę, zaprowiantowała dziadka swoimi wyrobami i dostała jak zwykle kosmicznej migreny.
Jak pocieszyć dziecko?
Aż mi chęć na Igristoje i musical Chicago przeszła.
I jak zwykle gratuluję sobie momentu olśnienia, który naszedł mnie wiele lat temu, gdy uciekłam z tego małżeństwa gdzie pieprz rośnie.

Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim.

środa, 29 grudnia 2010

Takie oto życzenia dostałam od Fundacji Nero. To właśnie tej Fundacji zawdzięczam towarzystwo Muszki.


  Sąd Ostateczny

Święty Piotr u nieba wrót stoi, trzymając listę cnót.

A wszystkie dusze w milczeniu przypatrują sie jego skinieniu.

"Ten wejdzie pierwszy, kto był lekiem  na całe zło,

Kto do końca wiernym był,

Kto kochał i służył ze wszystkich sił,

Brzydził sie złością,

Dzielił radością,

Na dobre i na złe.

Kto jednego tylko chce:

Kochać wiecznie jak szalony"

Piotrowa dłoń otwiera drzwi
- lśnią oczy, merdają ogony- Pierwsze do raju wchodzą psy.

                                                                          Millicent Bobleter

[IMAGE] 
JUDGEMENT DAY
 

On Judgement Day Saint Peter stands,
A list of virtues in his hands.
As all the souls in silence wait.
To see who'll pass through heaven's gate.
"You'll enter first," he says, "if you
can swear your heart was always true.
And your were constant to the end,
A steadfast, loyal, devoted friend.
Never spiteful, never mean,
Unchanging through good times and lean.
With no desire but this: to be
allowed to love enternally."
And this is why Saint Peter's hand
Throws wide the heavenly portals, and
With wagging tails and shining eyes
The dogs walk into paradise.

~Millicent Bobleter~ 


16:24, weisefrau , pies
Link Komentarze (15) »
wtorek, 28 grudnia 2010
Zbieram się do tej notki od kilku lat. 
Dwie sprawy mnie tu dręczą: jedna to gwiazdkowe prezenty, a druga to rola pani domu, którą na moje nieszczęście jestem, w tym świątecznym szaleństwie.
Z prezentami moja rodzona rodzina miała jasność, od kiedy w zamierzchłych latach pięćdziesiątych moja tyrająca dla rodziny babcia dostała pod choinkę emaliowaną, żeliwną mydelniczkę. Nie było mnie wtedy na świecie, rodzina klepała biedę, mydelniczka była potrzebna i dziadek łącząc "przyjemne" z "pożytecznym" sprawił ją babci na gwiazdkę. Babci brakowało wtedy wszystkiego, butów, odzieży, miejsca w domu dla siebie, kosmetyków, pończoch... A dostała mydelniczkę. Awantura wybuchła taka, że mama potajemnie opowiadała mi o niej przez 10 lat z rzędu przed świętami Bożego Narodzenia. Wysnułam takie wnioski: 
Podarunek ma cieszyć obdarowanego
Nie może to być rzecz potrzebna wszystkim, a dana temu, na kogo i tak nie ma pieniędzy.
To ma być konkretnie dla tej osoby.
Rzecz może być praktyczna i nieromantyczna o ile kogoś ucieszy.
Trzeba w tym celu ruszyć głową.
Przyznam, bywało z realizacją tych wytycznych rozmaicie. Mąż nr 1 był mistrzem w dawaniu prezentów. Wyszukiwał mi nierujnujące budżetu lalki, kubeczki, szaliki, jego prezenty były OK. A nawet więcej.
W podarowanych - celnie trafionych - książkach pisał mi piękne dedykacje.
Mąż nr 2, Pan Mąż, stara się aż za bardzo, ale nie umie zachować tajemnicy. Ponadto bezczelnie twierdzi, że prezent ma być duży i drogi. Początkowo mroziło mnie to do szpiku kości. Niespodzianek ponadto nie mam żadnych. Od drugiego małżeństwa każdy z miesięcznym wyprzedzeniem wie, co dostanie. On mi powie, nawet pokaże, co dostanę, a co on dostanie to sam i tak w domu znajdzie (ciekawe, na co dzień nawet masła w lodówce nie zlokalizuje). A dziecko się przystosowało i werbalizuje na szczęście, o czym marzy.
I kicha z niespodzianek. Ale wolę to niż dostać na gwiazdkę emaliowaną mydelniczkę albo samobieżny odkurzacz Roomba.
Druga sprawa to moja rola w święta. Bo przed świętami wszystko gra. Kupujemy razem co ciężkie, z Alicją - i tylko z nią - gotuje mi się świetnie, gadamy, szykujemy się, ubieramy chojaka.
A potem są święta i szlag mnie trafia. Zamiast bawić się cudnymi prezentami jak czynią to inni, zamiast czytać super książki, słuchać płyt, bawić się zabawkami, wylegiwać się popijając drinki z parasolką pełnię przez 2 dni funkcję pokojówki i kamerdynera. Bo jeśli tego nie zrobię, to wśród malowniczo poukładanych w wyściełanych meblach współczłonków rodziny i ich bałaganu zginę. Trzeba porozstawiać naczynia do śniadania, a potem już jest tylko gorzej. Zbieram bez ustanku zapaprane kubki i talerzyki z resztkami, trzepię obrusiki, co by zachowały pozory świeżości, zamiatam, co się rozsypało, odgrzewam, pakuję do lodówki, pakuję do zmywarki - a odpoczywająca rodzina zapomina jak się zmywarkę otwiera - odgrzewam ponownie, pakuję na taras. Inni czytają, myślą, popijają, a ja mam zydelek w kuchni i furię w duszy. I tylko psy mnie rozumieją.
Albo w przyszłym roku kogoś do  roli pokojówki i kamerdynera wynajmę i będę się lenić, albo odwołam święta. Bo Wielkanoc odwołuję już teraz.



środa, 22 grudnia 2010

Fajnych świąt życzę wszystkim najszczerzej.
To chyba pierwsza zrobiona przeze mnie pocztówka. Mikołaj dał mi prezent przed czasem i to zdjęcie wykonałam właśnie tym prezentem, maluśką Leicą z bardzo jasnym obiektywem. Zdjęcie zrobiłam w nocy z ręki, bez żadnego statywu. Strasznie się z niej cieszę! Malutek do kieszeni, a mądry prawie jak wielki Canon, a na pewno wygodniejszy w noszeniu.
Padło pytanie o psiaki. Ależ proszę, oto one:


Panie korzystają z uroków zimy jak widać. Muszka też by poprzynosiła piłeczkę, ale Kretka jest za szybka i zawsze złapie piłeczkę pierwsza. Więc Muszka gania za Kretką i też jest wybiegana. Pierwsze dni z dwoma psami na smyczy były trudne, ale teraz Muszka już na pewno wie, czyja jest i nie musi chodzić na smyczy, bo się bardzo pilnuje. Pod sklepami czekają na mnie grzecznie obie i pędzimy życie jak w Madrycie.

Bratanek skończył właśnie rok. Jeszcze nie biega samodzielnie, ale coraz szybciej raczkuje. Nic w tym dziwnego, waży 12 kilo i bratowej bardzo ulżyło, że młody przemieszcza się samodzielnie. Nie jest prosto nosić bez ustanku taki słodki ciężar. Nie podarowałam Kacperkowi ani streptococcusa, ani wirusa cytomegalii, tylko klocki z atestem od 1 roku życia. Sporo się za tymi klockami nabiegałam, ale warto było. Dobra zabawka dla malutkiego dziecka to radość dla wszystkich: dla obdarowującego, że trafił w gusta jubilata, dla jubilata, bo jest co mlamlać i obgryzać, dla rodziców też, bo nie ma nic milszego, niż zajęte sobą dziecko.



I choć mam o czym pisać, to zmykam, bo w jednym garnku bulgoce podstawa wigilijnego barszczu, w drugim wygotowują się karpiowe łby na galaretę, a karp jeszcze nawet nie oskrobany. Kuchnia wzywa, a mamy nie ma... nie mam kogo zapytać, czy z tą galaretą robię wszystko jak trzeba.
Kankanko, psy dziękują za kocyki, nawet się z nich nie ruszyły a i kanapy pod tymi kocykami ocaleją.
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Miałam się ubrać w wyroby własnej produkcji. 
A tu kicha, muszę odłożyć to na później, bo najwyraźniej zaczęłam chudnąć.
Lekarze naskoczyli na mnie ze wszystkich stron i zadziałali. I bingo, waga powolutku spada. Bez żadnych specjalnych starań 4 kilogramy gdzieś znikły. Widać podobno na twarzy i spodnie zrobiły się wygodniejsze, mogę pod dżinsy bezboleśnie włożyć narciarskie gacie bieliźniane z ocieplonym zadkiem i kolanami. Bardzo miłe jak jest -15 oC.
Żeby jeszcze w pasie ruszyło, niestety, pas jest jaki był, za to wszystkie staniki poluzowały. Ktoś gdzieś kiedyś powiedział, że 5 kilo różnicy wagi to 1 rozmiar konfekcyjny. Chyba nie u mnie, po 10 kilo może rozmiar ruszy.
I jestem rozdarta. Byłam kiedyś chuda, ale to było 10 lat temu. Teraz już się do siebie przyzwyczaiłam. A pomysł, że znów wszystko do ubrania się trzeba będzie kupować od nowa wcale mi się nie podoba.
Zatem do dziergania pozostają mi formy drobne i koronki. Na szczęście mam z czego robić i jedno i drugie, bo podobno ostatnio zadawanie się z e-dziewiarką bywa ryzykowne.
niedziela, 19 grudnia 2010
Za chwilę święta. Nie szykuję się jakoś poważnie, ale troszkę jednak tak.
Czynności czarownicze w postaci sprzątania wdrażam, a właściwie w postaci czyszczenia.
A rozważam przy tym pewien wątek z forum Wystarczająco Dobra Pani Domu, gdzie ktoś pytał jak osiągnąć w domu świeży zapach i czy się da tę świeżość zatrzymać na dłużej, czy musi zniknąć po chwili.
Wącham ten mój domek tu i tam i nie wiem, z której strony za tę świeżość się złapać. Bo my palimy. Czasem tylko papierosy, a czasem Pan Mąż wystąpi z fajką albo cygarem. Rano w domu pachnie kawą.  Jak coś ugotuję (a to się dzieje niemal codziennie) to pachnie jedzeniem, a nie świeżością. Kurczakiem, schabem, no garkuchnią po prostu. Jak Pan Mąż opuszcza dom, to ciągnie się za nim  woń perfum męskich intensywna. Nawet na dworze mogę go wywąchać nie mówiąc o domu. Pranie bez Lenora w możliwie bezwonnych środkach pachnie praniem. Wniosek z tego taki, że życie pachnie życiem codziennym a nie alpejska łąką.
A kiedy zapach codziennego życia zmienia zasadniczy rys i kierunek to pora na czynności następujące:
Umycie kosza na śmiecie i wszystkich żyrandoli,
Upranie firanek, zwierząt i umycie okien,
Wyrzucenie z lodówki, tego co tam umarło,
Zlokalizowanie i usunięcie nadgniłych ziemniaków i cebul oraz zachomikowanych w kątach używanych skarpetek,
Upranie koców, narzut, kocyków, chust, poduszek i zasłon
Wypranie psich posłań i kocich kuwet,
Zmianę pościeli,
Odkurzenie w wannie pod prysznicem kwiatów doniczkowych,
Wywoskowanie mebli prawdziwym woskiem a nie płynnym, wonnym Pronto,
Sprawdzenie, czy na butach jakiegoś świństwa się nie przyniosło,
Odkurzenie i wywietrzenie mieszkania
Palący w łazience i kuchni niech umyją nadające się do mycia ściany.
itd.
Zwłaszcza woń prawdziwego wosku czyni cuda. W Pałacu Prezydenckim pachnie woskiem do mebli i podłóg a nie Ajaxem.
Dopiero po tym wszystkim można zaryzykować użycie kominka zapachowego pilnie bacząc, by zapach doń wlewany nie był kompozycją - bo te potrafią strasznie śmierdzieć - tylko czystym olejkiem z wiadomo jakiej rośliny. 
Ale świeżości alpejskiej łąki nie ma się co spodziewać tak czy inaczej.


środa, 15 grudnia 2010
Ciągle coś czytam, ale wczoraj utonęłam ze szczętem
Dobra (ba, najlepsza!) Ewcia przysłała mi książkę "Mary Thomas's Book Of Knitting Patterns".  Ma Ewcia nosa i zna mnie jak zły szeląg, śliniłam się to tego dziełka od jakiegoś czasu i mam, mam własny egzemplarz.
Niepozornie książeczka wygląda, ale nie wiedziałam ile nie wiem o tak podstawowych sprawach jak oczka prawe i lewe. Już jestem mądrzejsza. Nie ma wątpliwości, że Kim H. zna to dziełko na wyrywki. Oczy mi się nad niektórymi niby oczywistościami robią okrągłe. Jeśli ktoś włada angielskim i lubi wiedzieć nie tylko jak, ale również i dlaczego (a czasem i kiedy) to polecam.
Dla Pana Męża przeczytałam Bezpieczeństwo W Szkole Przewodnik Dla Nauczycieli pod redakcją Krzysztofa Kubiaka i Piotra Mickiewicza wydany we współpracy Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, Centrum Badań nad Bezpieczeństwem, Dolnośląskiej Akademii Ratownictwa oraz Straży Miejskiej, Policji i Państwowej Straży Pożarnej.
Książeczka jest niewielka, ale mądra. Obejmuje  chyba wszystkie dziedziny bezpieczeństwa i niebezpieczeństwa z jakimi można mieć do czynienia w szkole, od rozbitego nosa (czytaj kontaktu z krwią) poprzez agresję, wagary, mobbing, narkomanię, wszelkie szczegółowo omówione problemy ze zdrowiem uczniów, zagrożenia sieciowe itd aż do epidemii, zatruć i wojny.
Pokrótce omówione jest meritum każdego problemu, podane potrzebne przepisy prawne, powiedziane z kim i jak się kontaktować, kto za co odpowiada, jak postępować, jakie są procedury do wypełnienia.
Książka cudo. Byle tylko trafiła do nauczycielskich rąk i była czytana ze zrozumieniem. Właściwie powinna być przyklejona do każdego dziennika lekcyjnego, jedna w sekretariacie, a dyrektor każdej szkoły powinien mieć na wszelki wypadek ze trzy sztuki.
Przeczytałam też biografię Johna Lennona pt Życie autorstwa Philipa Normana. I w końcu jakoś to jego życie zrozumiałam. Jednak biografie bez cenzury są bardziej zrozumiałe. Pewnie dla oszczędności wydano to bez marginesów i z maleńka interlinią, zatem lektura bez dobrych okularów odpada. Ale ile by to kosztowało... I tak jest tego 638 stron.
Dopadłam również i przeczytałam ku mojej szczęśliwości Anny Nasiłowskiej Marię Pawlikowską-Jasnorzewską czyli Lilkę Kossak Biografię Poetki. Pięknie wydaną, mniej ocenzurowaną niż biografie Magdaleny Samozwaniec.
Zatonęłam w Czarodziejskiej Górze Manna i tym razem wydała mi się dużo ciekawsza niż poprzednio.
Dzięki Aleksandrze Horowitz wiem więcej jak postrzegają świat moje suki. Oczami Psa to lektura dla zainteresowanych porozumieniem z własnym zwierzakiem. Bardziej zaawansowana niż pierwsze spostrzeżenia Lorentza. Etnologia się rozwija.
Natomiast ostatniego dzieła Doroty Sumińskiej nie polecam, ckliwa historyjka dla kucharek niby z punktu widzenia psa pisana, a na smutnym końcu wszyscy pląsają radośnie na tęczowym moście i nawet jamnik już nie jest sparaliżowany. Bzdura, niech ona lepiej leczy zwierzaki, bo grafomanka z niej się zrobiła okropna.
No i sterta Biblii do fotoszopa. 
Te książki są drogie i kota można z nimi dostać. Tytuły mają różne, ale zawartość podobną. Różnią się zazwyczaj jednym jedynym rozdziałem, który powoduje, że książki nie można nie kupić, ale budzi to złość i frustrację. Każdy z autorów ma swoje koncepcje, nierzadko sprzeczne z innymi autorami, zatem postanowiłam zaufać Scottowi Kelby, bo jego rozważania rozumiem. Poza tym Scott nigdy nie zapomina napisać jak się coś włącza albo gdzie tego czegoś szukać. A u innych autorów bywa różnie. Taki Kloskowski (Matt zresztą) w dziele "Warstwy" nie jest już tak staranny jak jego mistrz.
Deke McClelland też może być, ale za mocno upiera się przy używaniu jego własnych zdjęć i zbyt nachalnie nagania na stronę www.linda.com.
No i te wszystkie Biblie, których nie sposób nauczyć się na pamięć a do czego innego się nie nadają. Mam do przerobienia z 80 centymetrów literatury o fotoszopie licząc miarką książki ustawione na półce, a przerobiłam ze zrozumieniem pewnie ze 6 centymetrów. Płakać się chce.
A teraz patrzę na ten wpis i widzę, że nie jestem taka leniwa jak mi się wydawało. Bo jeszcze przecież audiobooki były słuchane. A kryminałów wcale nie liczę







sobota, 11 grudnia 2010
Kretce zrobiono rentgen kręgosłupa. I okazało się, że są powody do bólu pleców. Ostre dzioby na brzegach kręgów kłują rdzeń przedłużony a w odcinku piersiowym też jakieś narośla okropne są i to w takim miejscu, że ma prawo boleć i tył i przód psa.
Zastrzyki to żadna nowość, zastrzyki nie są straszne i Kretka znosi je ze stoickim spokojem. Poduszka elektryczna jest bardzo przyjemna. Ale sweterek zakładany na spacer to już upokorzenie straszliwe.
No dla teriera to naprawdę coś okropnego. A jak pańcia ten sweterek robiła, to go, o zgrozo co chwila psu przymierzała. I wtedy ogon smutno wskazywał na podłogę.



Jednak to, że na spacerze w kubraku pies nie zmókł i nie zamarzł było już OK. Do wszystkiego się można przyzwyczaić.

Getrów dla koleżanki robionych i obrazka z pewnym miłym niemowlakiem nie pokażę, bo nie zrobiłam zdjęć. Tak byłam zajęta myśleniem o nowym aparacie fotograficznym, że zaniechałam użyć starego. Ot, taka ze mnie fujara.


18:11, weisefrau , pies
Link Komentarze (15) »
piątek, 10 grudnia 2010
Oglądam sobie maminą biżuterię. Wolę ją oglądać niż nosić. Pewnie z powodu rozmiaru. Mamusine pierścionki wchodzą mi swobodnie jedynie na małe palce. Poza tym to co przystoi filigranowej kobiecie na wielkiej babie wygląda... hm... niekoniecznie.
Jednak jeden z nich noszę niemal stale. To pierścionek z historią.
W początku lat siedemdziesiątych mama odwiedziła kuzyna w Paryżu. Jak na tamte czasy była to podróż niebywała, paszport, 5 dolarów, samolot - te rzeczy. Bawiła tam 2 tygodnie i wróciła również samolotem. Po powrocie miała dziwną minę. Dopiero w domu powiedziała nam dlaczego.
Otóż jeszcze przed kontrolą paszportową i odprawą celną poszła zrobić siusiu. Lotniskowe toalety były niesłychanie czyste, ale rodzimy obyczaj kazał jej zawisnąć nad sedesem w pozycji narciarza bez dotykania tyłkiem deski. I w tym momencie jej wzrok dostrzegł na podłodze duże, złote kółko. Przez chwilę myślała, komu oddać znalezisko, ale uznała, że komu by nie oddała, to ten ktoś sobie je weźmie. Wrzuciła zatem owo najwyraźniej dowcipnie przemycane kółko do kieszeni i starając się o nim nie myśleć przeszła lotniskowe formalności.
Kółko okazało się olbrzymią obrączką, wlazła mi na 4 palce. Przed mamą odprawiano wycieczkę z Syrii i pewnie jakaś dama z tej wycieczki zgubiła przemycany drobiazg w kibelku.
Ciocia Ziuta, która pracowała w Locie jako goniec, zauważyła, że kibelki na lotnisku były tak niesłychanie czyste właśnie z powodu często gubionych tam takich kółeczek.
Kuzyn mamy, technik dentystyczny umiał robić w złocie i miał artystyczne ciągoty. Zrobił szczęki  i pojedyncze kły wszystkim potrzebującym w rodzinie  i do niego właśnie mama zwróciła się o pomoc w wycenie i przerobie znaleziska. Obrączka ważyła 11 gramów i była naprawdę złota. Kuzyn zabrał się za to złoto metodami tradycyjnymi, właściwymi raczej do wyrobu złotych zębów, na tzw tracony wosk i powstało to:



oraz to:




Zawieszka jest w kształcie jedynki prawej górnej, żeby pamiętać, kto ją wykonał.
Z reszty olbrzymiej obrączki powstała jeszcze moja własna obrączka, która służy mi już od 1983 roku.
Wielkie pierścionki przestały być modne, kuzyn zrobił mamie jeszcze inny, ukochany z zielonym kamieniem, a ten z ametystami leżał nie noszony.
Zaniosłam go do jubilera. Ten popatrzył, pomyślał i zastrzegając, że rzecz może się nie udać powiększył pierścionek, żeby wlazł na mój wielki paluch. Udało się, a kuzyn mamy, świętej pamięci wykonawca biżuterii został pochwalony za wykonanie pierścionka umożliwiające przeróbkę.
I ten pierścionek teraz noszę. Znów wróciły duże biżuteryjne formy, rzecz jest absolutnie jednorazowa, bo woskowa forma zginęła bezpowrotnie w procesie odlewania i poza tym pierścionek jest piękny.
Dał mi również wielką swobodę poruszania się po sklepach z biżuterią. Już nie boję się tam wejść. Już chłodne sprzedawczynie mogą mnie do upojenia pytać, czy czegoś nie szukam.
Odpowiadam, że owszem, szukam. Kolczyków mianowicie, które przy tym pierścionku nie będą wyglądały jak prezent na komunię ani jak wyrób z walcowni.
Panie patrzą, oczy im się robią okrągłe i mówią, że niestety, było coś takiego, ale nie, teraz nie ma..
Bo z biżuterii to ja lubię najbardziej aparaty fotograficzne.
I to te lepsze.

A to inny wyrób kuzyna mamy:


piątek, 03 grudnia 2010
Strasznie mi się włóczki Noro podobają. Kupiłam sobie 4 motki Noro Kureyon Sock, bo najekonomiczniej w pieniądzach wychodziło i wydłubałam z niego bluzkę cud. Mnie się taka wydaje. Bez żadnych wzorów, z głowy (i z opowieści Dziuni).


Jak widać robiona od góry, bez zeszywania i jeszcze na dodatek na lewej stronie.


Zamiast ujmować i dodawać oczka w talii zrobiłam tam wstawki ze ściągacza. Rękawy są na długość akurat, nic za długie, bo by mi w czynnościach codziennych przeszkadzały. Nie cierpię mokrych mankietów.



Bluzkę można rozpiąć i zapiąć pod szyją i bardzo dobrze.
Został mi niemal cały motek tego Noro i nie wiem, skarpetki jeszcze zrobić? Bez tego ostatniego motka nie byłoby zapięć ani kolor pasków na rękawach by się nie zgadzał. Było sporo przewijania i mam kilka maleńkich kłębuszków, skarpetkom to nie będzie przeszkadzało, ale jakoś w takiej bluzce chciałam mieć rękawy jednakowe. Mitenek nie zrobię, bo mitenki nie dla mnie. Jak jest mróz, to ja lubię rękawiczki na kożuchu a nie jakieś fiu bździu.
Robienie na drutach nr 3 to jednak strasznie mozolna zabawa przy rozmiarze 46.
Jeszcze przed tą bluzką powstał komin z przygodnie znalezionej w lumpeksie bardzo grubej wełny 100%. Komin zamówiła sobie Misia, jest jej ponoć niezbędny. Komin powstał bardzo prędko na okrągłym drucie nr 12 dokładnie według wskazówek z Designers Knitting, od siebie dodałam ząbkowany, szydełkowy brzeg.




Czy Zazulka nie wygląda uroczo? Zmienia właśnie zęby, ma teraz 6 kłów, bo dolne mleczne już wyleciały, a górne wciąż są podwójne. Wygryza sobie futro z kolan, stąd te łysiny i jest z niej urwaniec od piekła. Była u mnie z wizytą i mało nie zwariowałam od jej popisów wokalnych, ale małe pieski ponoć tak mają.
Idę dłubać getry na zamówienie a w kolejce czeka jeszcze zamówiony przez miłą mi osobę dziecinny portrecik.
DDA to nie jest największe nieszczęście na Ziemi.