Rozmaite Gackowej przypadki.
sobota, 31 grudnia 2011
Kończy się i dobrze. Niech następny będzie lepszy.
I zdrowszy
I milszy
I w lipcu niech nie leje.
Jak będziemy zdrowi, to resztę ogarniemy.
Baloniki, szampan i konfetti....
i złoty brokat na oczach
i zwierzaki na kolanach.
sobota, 24 grudnia 2011
Nadeszła i jest. 
Wigilia a z nią rodzinne świętowanie. 2 dni tylko dla nas i dla naszych rodzin.
Życzę Wam wszystkim pięknych świąt.
Radości z przebywania razem, pysznego jedzenia w umiarkowanych ilościach, unikania raf rodzinnej konwersacji, nie nadużywania i wspaniałej zabawy.
Cieszcie się nimi jak umiecie. Nie narzekajcie na nadmiar roboty, nie przejmujcie się splamionymi obrusami (plamy z barszczu doskonale się dopierają).
Nie oganiajcie się od dzieci - pobawcie się z nimi nowymi zabawkami.
Nie przejmujcie się spóźnialskim wujkiem, on tak ma. 
Wszystko już zrobiłyście - teraz korzystajcie ze świąt.
Nie wiadomo co rok przyniesie, odsapnijcie, cieszcie się.
Życzę Wam tego najserdeczniej.
środa, 21 grudnia 2011
Wracając dziś z porannego spaceru z psami nabyłam choinkę.
Jak co roku najpierw się zarzekam, że więcej sama nie kupię, że Pan Mąż, samochód i te rzeczy, a potem widzę pod metrem dokładnie taką, jak mi się podoba i taszczę sama do domu.
Pan Mąż ucieszył się jak dziecko i pognał do piwnicy po stojak i ozdoby choinkowe.
I nic to, że CHOINKĘ POWINNO SIĘ UBIERAĆ W WIGILIĘ.
Dziś przyjedzie Alicja i święta u nas zaczynają się dziś. I koniec.
Ostatnie lata nauczyły nas, ze naprawdę nic nie wiadomo co za rogiem życia na nas czeka i wyciśniemy z tych świąt ostatnią kropelkę radości i świąteczności bez urabiania się po łokcie. Nawet może nadużyjemy czegoś?
Pan Mąż poszedł do roboty, a ja w spokoju zajęłam się choinką. I jak co roku rozmyślam o naszych nieco przechodzonych ozdobach choinkowych.
Stara, bardzo stara bombka z ledwie widocznym posrebrzeniem, cała w szare łaty. Komplet tych bombek dziadkowie kupili tuż po wojnie. Najtańsze, nie zdobione, bieda była.
Bombki z logo Gwardii z czasów dzieciństwa mojego Pana Męża. Były trzy, ale w zeszłym roku relikt wyżebrał przyjaciel domu. Zabrał ją bardzo szczęśliwy, zatem są dwie.
Bombki z mojego dzieciństwa, mają dobrze ponad 40 lat i trochę już poszarzały. Ale są. Wytworne, prezent od chrzestnego ojca mojej mamy.
Bombki, które moja nieskłonna do wydatków babcie kupiła Tomkowi, gdy porzuciła go żona nr 1. Została aby jedna, bo kiedyś nam się choinka przewróciła.
Bombki srebrne z mojego małżeństwa nr 1. Bombkowy samochodzik dla męża nr 1. gdy bardzo pożądał własnego pojazdu (ha, nomen omen niebieski tak jak nasze kolejne samochody!)
Masa malutkich, szklanych bombeczek, których kilka co roku kupowałam do klasy, gdy jeszcze uczyłam w szkole. Maleńkie, drewniane figurki na choinkę, które Misia dostała w prezencie na pierwszej wizycie u tomkowego taty.
Nie ma już gwiazdki od cioci Zosi, nie ma wydmuszkowych lalek robionych w dzieciństwie przez moją mamę( miały by teraz prawie siedemdziesiąt lat!) ale spora część historii rodzinnej wisi na drzewku i błyszczy.
Mimo zmiany ustroju, upływu lat, są i są. Przetrwały rozwody, przeprowadzki, stan wojenny, urodziny i zgony.
Można by kupić nowe, śliczne, wymyślne bombki - jest ich w końcu cała masa. I czasem mnie to nawet korci.
Ale w końcu nie kupuję. Niech rodzinne bombki wiszą na choince, niech się starzeją z nami.

Słyszałam ostatnio skargi na brak zapachu w choinkach. Obwąchałam zatem cały towar. I proszę państwa nie pachną ani jodły kaukaskie ani świerki srebrzyste, czyli gatunki szlachetne. A świerk kłujacy, czyli ten zwykły, najtańszy, obsypujący się szybciutko, pachnie jak marzenie.
Taki też stoi w salonie.


poniedziałek, 19 grudnia 2011
Starzeję się, nie ma co do tego wątpliwości.
Nie jestem w stanie z poświęceniem, na kolanach, za pomocą siły fizycznej i bardzo prostych środków wysprzątać domu na święta.
I ze zdumieniem rozpamiętuję jak w jeden cały wprawdzie, ale jeden dzień potrafiłam wysprzątać na błysk 4 pokoje z kuchnią w rodzinnym domu. Z szorowaniem parkietu usyfionego zawsze straszliwie, z pastowaniem, trzepaniem i myciem okien.
Rodzina mnie nadużywała stanowczo.
Już od wielu lat nie robię takich porządków. Nie mam na to siły. Sprawę załatwiam nieco inaczej: dzień w dzień jakaś praca jest wykonywana.
Odpada mi zatem przed świętami układanie w szafkach, mycie okien, szalone pranie z maglowaniem i pastowanie podłóg, mycie lodówki i szorowanie wanny. Bo to jest na bieżąco robione. Bonus jest taki, że wprawdzie nigdy dom nie jest wysprzątany na tip top, ale też nigdy nie jest zapuszczony i zawsze (prawie zawsze) wiem, gdzie co wsadziłam.
Zostają mi na święta cukiereczki do wykonania: umycie żyrandoli, szafek kuchennych, czasem kafli na ścianach w łazience. W tym roku zostawiłam sobie fronty szafek kuchennych, które nieziemsko szybko pokrywają się tłuszczem. Dobra Ewcia poleciła mi preparat profesjonalny VC 242 Brudpur. Czy ktoś wie, gdzie można naziemnie nabyć preparaty firmy Voigt w Warszawie? I to gdzieś na Ursynowie najchętniej.
Mam serdecznie dość pieniących się i mocno pachnących Ajaksów.
Voigt robi preparaty dla firm sprzątających załatwiające sprawę szybko i bezwonnie. I za bardzo miłe pieniądze.
Szukam ich!
niedziela, 18 grudnia 2011
Srebrne lub srebrzone sztućce po półrocznym pobycie w szufladzie nadają się tylko do czyszczenia. W zasiarczonym otoczeniu wystarcza im kilka tygodni i nie nadają się do użycia.
Czyszczenie za pomocą kupnych płynów jest upierdliwe i zazwyczaj śmierdzące. Trwa strasznie długo (zależnie od ilości posiadanego dobra) i nikt tej roboty nie lubi.
Będąc jesienią na Wydziale Chemii UW, dokąd zaprosił nas przyjaciel Misi zobaczyłam działający biegiem i całkiem nieupierdliwy sposób. Na dodatek bezwonny. Studentka prezentowała go na własnej biżuterii i na biżuterii zwiedzających.
Garnek wyłożono folią aluminiową, napełniono wodą i wsypano trochę sody oczyszczonej. I na gaz. I do tego gara wkładano srebrne utensylia. Po chwili były czyste, tylko wymagały wytarcia. Folia za to czerniała. Soda w roztworze pozwalała jonom srebra ze związku na powierzchni srebrnego przedmiotu migrować na folię alu. Pokaz w tak uczonym miejscu nie miał by sensu, gdyby wszystkich magiczno-chemicznych sztuczek natychmiast nam nie objaśniono.

Dziś całkiem mimochodem przygotowując obiad wyłożyłam folią największy posiadany gar, sypnęłam sody, wlałam wody i wsadziłam doń posrebrzane, świąteczne sztućce. Nim ryż zawrzał wszystkie sztućce były czyste. Jeno pozostało je wytrzeć dość intensywnie dla blasku.
Polecam metodę.

Jeżeli chcecie tak wyczyścić biżuterię z kamieniami szlifowanymi to jeszcze kilka kropel płynu do zmywania można chlupnąć.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Kłębek nie miał końca. Dłubałam i dłubałam łaciatego merynosa najprostszym ściegiem i chyba jakieś podłe krasnoludki w nocy przędły go nie wiadomo z czego i sprytnie dołączały nitkę do kłębka, który nie chciał zmaleć.
Powstała bardzo miła w dotyku chusteczka:


Naturalnie trafiła do roztworu eucalanu, puściła farbę i została rozpięta na drutach do wyschnięcia. Dopiero teraz jej prawdziwa natura wyszła na jaw. 190 cm szerokości i 95 cm długości na środkowym rządku.


Przy okazji nauczyłam się dołączać koraliki szydełkiem.



No to teraz drobnym ściegiem na krosienku....

piątek, 09 grudnia 2011
Depresja jesienna poszła sobie precz. Cieszę się nieziemsko i ta radość w końcu do mnie dociera. Znów mogę się skupić na jakiejś rozsądnej czynności, myśleć, czytać i rysować. Następny przewidywany atak podlizny przewidywany jest na kwiecień - czerwiec.
A chwilowo z wielką radością haftuję sobie na krośnie, a wieczorami powiększam chustę z łaciatego merynosa. Nie jestem mistrzynią szybkości. Poza wykonywaniem ręcznych prac jest jeszcze sporo innych rzeczy do zrobienia, przeczytania, przemierzenia piechotą, obfotografowania, ugotowania i zjedzenia.
Tak się cieszę, że drobne radości życia znów są dla mnie dostępne, że nie piszę. 
Nie bardzo mam o czym. Ile razy można narzekać na przedwczesną reklamę świąt? Na szał dekoracji bożonarodzeniowych?
Zrobimy sobie mikroświęta. Z niewielką ilością świątecznego jedzenia. I będziemy się sobą cieszyć, póki jesteśmy w komplecie.
Już odrzuciłam wszystkie rytualne zaproszenia na święta. Nie będzie garów barszczu, stosów pierogów, kilku półmisków z rybami. Będzie tylko to co lubimy i w ilości na jedną kolację. Pieczona gęś nakarmi nas w święta, cudne wędliny i sery z jarmarku świątecznego dodadzą radosnym dniom szyku. Jako cukrzyczka nie piekę słodyczy. Niech Pan Mąż kupi sobie ulubione ciasta. W zeszłym roku złamałam się, upiekłam mu wspaniałe drożdżowe ciasto i... przegrało konkurencję z kupnym keksem i piernikiem. Szkoda roboty. Zjadły je wrony i kawki.