Rozmaite Gackowej przypadki.
czwartek, 26 marca 2009
Zaparłam się na to jaje i jest już skończone. Cztery dni z lupą na nosie dały mi popalić, widzę trochę podwójnie, ale mam pierwszy w życiu haft na Wielkanoc. Jeszcze tylko podróż na Mazowiecką do sklepu dla plastyków po owalnie wycięte passe partout i może służyć jako sezonowa ozdoba.

A teraz detale:


To koraliki na zmianę z krzyżykami przez 1 nitkę (da się robić takie krzyżyki tylko przez lupę, nie ma siły)


Gołębie oczka i romby z dziwnego ściegu, nie jest to atłasek, raczej stebnówka przez 1 nitkę wykonana rayonem DMC.


Kwiatki z koralikiem i rayonowe serduszka. I ścieg kwadratowy z boczku.



Oczka algierskie, ścieg satynowy i masa koralików.

I czubek jajka z gwiazdką.

A co z psią nogą? A guzek azotem by ł dziś z marszu wymrażany. Każdy wielki guz kiedyś był mały. Tego guzka już nie ma! Kretka została wybudzona chemicznie z głupiego Jasia żeby wrócić do domu na nogach a nie na barana i do wieczora ma zakaz jedzenia i kaca! A na głowie ma nosić kubełek dla ochrony strupa.

środa, 25 marca 2009
Nie lubię malować pisanek, ale lubię wyszywać. Oto tegoroczna pisanka. Do tej pisanki potrzebowałam lupy. Jeszcze jest tu to i owo do skończenia, ale to już jutro, dziś nie mam siły na kwiatki cerowane i na gołębie oczka i przyszywanie koralików. Mimo lupy wzrok się męczy.
Kolory i nici naturalnie według własnego uznania. Zastanawiam się, czy zamiast naszywać koraliki nie zrobić supełków 1 nitką metalicznej muliny? Wszystkie koraliki mam za duże do tego drobiazgu. A rayon od DMC okazał się łatwiejszy do okiełznania niz metaliczna nitka.
 
niedziela, 22 marca 2009
Ciężko jest haftować, zwłaszcza ulubione hafty liczone, jak się ma za krótkie ręce. W okularach do czytania też ciężko. Problem haftowania został, jak wiele innych problemów rozwiązany na Allegro.

Urządzenie, które mam na nosie to połączenie lupy z okularami. W oprawce można zamontować wymienną soczewkę o mocy +1.5, + 2.5 lub + 3.5 dioptrii.
Drobny len wymaga ode mnie mocy +  2.5. I mogę rzucić okiem na schemat albo na ekran telewizora. No i widzę ostro to, co mam przed oczami. Oprawka jest dość bylejaka, ale sądzę, że pociągnie długo o ile nikt na niej nie usiądzie. No i z normalnymi okularami na nosie da się tego używać.


Acha, wiem, ze jestem na tym zdjęciu bez makijażu.

czwartek, 19 marca 2009
Pogoda jest okropna, duje, wieje, siąpi, mży i jest zimno. I ciemno. Ale czasem zza chmury wyjdzie promień słońca.







I aż szkoda, że nie można tego naszyć na haft.

środa, 18 marca 2009
Nie ja wyglądam smutno bez ubrania, a uczestniczki polskiej edycji programu Goka Wana.
Wersja angielska była z polotem, wesoła, pełna mody i glamouru, czyli tego, po co się modę stosuje. Prowadzący serię stylista Gok Wan, brał w obroty niezadowoloną ze swego wyglądu babeczkę w wieku rozmaitym i robiąc świetny show pokazywał jej jak i w co się ubierać. Pieprzu całości dodawało niemal gołe (w bieliźnie) zdjecie danej pani wielkie na 3 pietra i wiszące w centrum Londynu. Przechodnie panią chwalili, pani się płoniła, wyglądało to naturalnie i uroczo dzięki poczuciu humoru Anglików. Jakiś młodzian bez krępacji cmoknął panią po czterdziestce w tyłek obleczony w dżinsy chcąc dla tego tyłka uznanie wyrazić.
Potem pani ubrana, umalowana, ustylizowana i uśmiechnięta brała udział w rozbieranej sesji zdjęciowej w eleganckim pałacu i prezentowała się na wybiegu wśród modelek. Poza przerabianiem kopciuszka w księżniczkę Gok Wan pokazywał szerokiej rzeszy widzów jak to się robi, jak używać odzieży, żeby pokazać dobre strony sylwetki, czego unikać i dlaczego.
Diabeł tkwi w szczegółach. Otoczenie w programie Goka jest eleganckie. Sklepy dobrze oswietlone. Garderoba omówiona, gorseciarka dobierająca bieliznę fachowa. Montaż nie sprawia wrażenia pospiesznego, a golizna uczestniczek nie epatuje seksualnoscią. Widać, że kobitki mają ze sobą problemy, ale je pokonują. Widać, że ich problemy ze sobą nie są skutkiem nieustajacego, dziedzicznego wręcz niedostatku.
Polska wersja wyglada na parodię oryginalnego programu.
Jest gołe zdjęcie na ścianie Złotych Tarasów, są panienki do przeróbki, jest prowadzący gej i panie na końcu są lepiej ubrane niż na początku. Brakuje radości z mody, brakuje elegancji programu oryginalnego. Panienki to niemal bez wyjątku otyłe nastolatki do rozmiaru 46, zaledwie jedna pani ma skończone 40 lat. Ciuchy do stylizacji pochodzą z H&M, ale widowni nie tłumaczy nikt dlaczego dobrano akurat takie a nie inne sztuki odzieży. Program jest bardzo, bardzo smutny. Gorseciarka jest wyniosła i nieuprzejma, pozwala sobie na uwagę, że w niewygodnych majtkach wygląda się pięknie (kto będzie z własnej woli chodził w niewygodnych majtasach?)
Po artykule w ostatnich Wysokich Obcasach wyjaśniającym jak ten program robiono i że panie na odchodnym dostają zaledwie kilka sztuk z kupionego dla nich zestawu odzieży jestem pełna niesmaku. Wykorzystano angielski format, żeby w porze dobrej oglądalności pokazać bezkarnie na ekranie  gołą babę. Jak najmniejszym kosztem.

niedziela, 15 marca 2009
Neon powyższej treści reklamował za PRLu jakąś spółdzielnię mieszkaniową. Był absurdalny, bo większość obywateli duszę by diabłu oddała, żeby gdzieś zamieszkać, ale nie było gdzie.
W naszym ogródku też nie wszyscy mieli gdzie zamieszkać, więc cała rodzina rzuciła się na poszukiwania budek lęgowych dla ptaszków. Najszybsza była moja mama, znalazła przez internet centrum ogrodnicze Melon przy Puławskiej 444, za kościołem w Pyrach jadąc w stronę Piaseczna. I popędzała nas, byśmy się tam   udali i kupili stosowne letnie mieszkania dla ptaszyn. Dwa dla mamy na działkę, i trzy do naszego ogródka.
Pojechaliśmy, przegapiliśmy, pobłądziliśmy po Pyrach, trafiliśmy i w reszcie wkroczyliśmy do Melona. W Melonie przywitała nas przepiękna stara suka o pochodzeniu wilczo - terierzym, kosmata, z sierścią sztywną jak szczota, posiwiała i niezwykle uprzejma. Tak się z nią wylewnie witałam, że wyległ cały personel Melona. Powiedzieliśmy po co przybywamy i cały personel centrum ogrodniczego zaczął składać na podłodze nasze zamówienie. Pokazano nam wszystkie domki lęgowe, jakie były na składzie, dobrano dwa domki na działkę bez dzięciołów, dwa do ogródka z dzięciołami (wejście do domku okute jest blachą, żeby dzięcioł go w zapale nie rozbił) i jeden domek dla rudzika. Zawieźliśmy to do domu i zaczęłam czekać, kiedy to Tomek przybije domki do drzew. No na święty Jury bym się doczekała. Niby zakazał mi skakać po drabinie w ogródku, ale kto by go tam słuchał. Wytargałam z piwnicy drabinę i gwoździe, wzięłam mój własny młotek i hajda.
Wczoraj powiesiłam te domki mając świadomość, że ostrożne ptaszki mogą i cały sezon sprawdzać, czy miejsce jest bezpieczne. I nie ma się co spodziewać rychłego zasiedlenia.
Rano w ogródku był wyjątkowy rejwach. Mimo, ze śniegi stopniały karmnik wciąż jest odwiedzany przez moje stadko kilka razy dziennie. Na jarzębinie było dziś wyjątkowo rojno. Była parka kosów, szpaki, sikorki, dwie sójki i jeszcze ktoś, kogo nie zidentyfikowałam. Potem rozległ się bardzo głośny terkot i wrzask, wszyscy uciekli, a został z prawem najmu budki najmniejszy sikorek w ogródku.





Co dzieje się w drugiej budce i w domku rudzika nie wiadomo, bo nie widać ich z okien. Nie będę ptaków straszyć, niech się w spokoju zapoznają z nowymi domkami.

12:59, weisefrau , ptaszyny
Link Komentarze (6) »
piątek, 13 marca 2009
Kilka już razy czytelnicy bloga przyzwali mi blogowe wyróżnienia. Dotychczas nie wstawiałam tu obrazków i linków, mimo, że jestem za nie bardzo wdzięczna.
Pierwszy raz wyróżniła mnie Ewcia , dziś znalazłam w komentarzach wyróżnienie od magbot i od ambrapl

Bardzo dziękuję za docenienie mojego bloga, jestem z niego dumna i pławię się w Waszym uznaniu. Mam z tym jednak pewien kłopot. Po pierwsze ktoś jeszcze mi takie wyróżnienie przyznał, a nie pamiętam kto. Po drugie nie przepadam za łańcuszkami, ani finansowymi, ani nagrodowymi. Bo wszyscy wokoło już w tym brali udział. No i mam oczywiście kłopot z przekazaniem nagrody dalej. 

No trudno, niech będzie , jedziemy:

Ta nagroda została przyznana 3 razy.

a ta raz (przez Ewcię)

Wszystko to hurtem przekazuję w dobre ręce szpilki, która pokazała mi internetowy świat robótkowych linków w całej ich różnorodności oraz iksińskiej i giepe, które znakomicie piszą. Na wyróżnienie taką nagrodą zasługuje również sharon b ucząca cały świat najrozmaitszych ściegów. Tylko jak mam to jej przekazać?

Wygląda na to, że emocjonalne zawirowania wokół mojej córki z wolna się wyrównują. Dziecina w gniewie, obustronnym rozżaleniu i niezrozumieniu wyniosła się z domu w październiku. Zabrała swoje meble i manatki i wyniosła się początkowo nie wiadomo dokąd. Przez dłuższy czas kontakty były bardzo ostrożne, wigilia na szpilkach pełna nieistotnych rozmów i istotnych przemilczeń. W końcu wzięcie na wstrzymanie okazało się skuteczne i dziecina powolutku zaczęła się pojawiać. Z Usią, ogromnym szczeniakiem husko-boksera.
Wygląda na to, ze wszystkie czynności przed którymi tak skutecznie uciekała mieszkając w domu dopadły ją gwałtownie i bez pytania. Twierdzi na przykład, że sprząta. W domu pielęgnowała własny bałagan, a teraz nie pielęgnuje. Miała do mnie pretensje o kompulsywne sprzątanie. Na nic było tłumaczenie, że kompulsywne sprzątanie nastało w moim życiu, gdy los obdarzył mnie astmatycznym mężem nr 1 i astmatyczną dziecinką. Gdybym nie sprzątała, to by się oboje podusili. A teraz jeśli się młoda nie chce udusić, to musi sprzątnąć sama. Z wdzięcznością (!) przyjęła porady o tańszych miejscach kupowania chemii gospodarczej i jedzenia.
Wynosząc się z domu nie zająknęła się o tak pospolitych sprawach jak garnki i talerze. Ostatnio jednak poprosiła o garnek. O bodaj jeden garnek. Nie miałam w domu garnka do oddania, ale zaproponowałam nóż i ostrzałkę. Przyjęła z radością.
Poszliśmy z Tomkiem do Leclerca i kopiliśmy dziecku najtańsze stalowe garnki, patelnię, dechę do krojenia, kilka porządnych noży i drewniane łyżki. Młoda przybyła po wyprawkę natychmiast i bez gadania wzięła jeszcze kilka ręczników. Misia twierdzi, ze nie jest jej potrzebne żadne dobro luksusowe, póki mieszka z innymi ludźmi w jednym mieszkaniu to szkoda dóbr na zmarnowanie. Panna już wie, jak wściekła się robi kobieta, gdy ktoś psuje i gubi jej rzeczy, gdy wyjada z lodówki coś, czego sam nie kupił i nie zmywa po sobie garnka i patelni. I jak drażni cudze pranie przez tydzień gnijące w pralce, jak przeszkadzają sterty czyichś ubrań w przedpokoju i nieustanny upierdliwy bałagan.
Jakiś czas temu odwiedziła mnie z urwanym guzikiem. Nigdy nie lubiła ich przyszywać, ale też nie chodziła z poobrywanymi. Przygotowałam pudełko z nożyczkami, paczką igieł, szpilkami, agrafkami, centymetrem i nićmi w podstawowych kolorach. Za taki dar w zeszłym roku spotkałabym się z kpiącym spojrzeniem. Tym razem był to szeroki uśmiech i komentarz: -fajnie, miałam jedną igłę, ale sublokator ja wygiął i się do niczego nie nadaje. Schowam to, bo nożyczki mi zaraz zginą.
No proszę, dziecina już zna prawo ginących nożyczek. A przecież wiadomo, że wystarczy, żeby koło nożyczek przeszedł jakiś niechluj i zapadają się jak kamień w wodę.
Dziecinka poznała również prawo ginących laptopów pozostawionych sam na sam z sublokatorami i prawo zjedzonego miksera pozostawionego sam na sam ze szczeniakiem. Oraz prawo braku papieru toaletowego, gdy się go na zapas nie kupi.
Kontaktujemy się coraz częściej. Nie ruszamy śmierdzących tematów. Jutro idziemy na podróż po lumpeksach w celu kupna spodni, bo stare dziś w pracy pękły na siedzeniu ze starości. Do lumpeksów, a nie do galerii handlowej. Myślę o tym z przyjemnością.

sobota, 07 marca 2009
Ponura pogoda, ciemne chmury i wiatr sprzyjają czarnym myślom, a właściwie czarnej bezmyślności. Mało co mnie w ostatnich dniach wzrusza i interesuje. Nie jestem jedyna, na blogach, które odwiedzam też znajduję wzmianki o okropnym nastroju autorek.Trochę pomaga to przezwyciężyć codzienna rutyna. Wiadomo, ze rano nie ma co dumać o losie jarzyny, tylko trzeba Krecicę wybiegać pilnując żeby nor nie kopała chorymi łapkami. W chandrowym nastroju spada zdolność koncentracji i wszystkie czynności trwają dłużej, guzdram się więc ze wszystkim i nie mogę czytać nic wymyślniejszego niż Fannie Flagg i "Tajemniczy Opiekun". Błee
Akurat na takie nastroje jest dłubanie szydełkiem. Prosty wzór, kolorowa nitka, kocyk fotel i telewizor przed nosem. Stworzę sobie kolejny moherowy pogrubiający sweter, ale chociaż w wesołym kolorze. Surowcem są moherowe nici kupione kiedyś hurtem w lumpeksie. W końcu dotarło do mnie, ze można je robić szydełkiem nr 4 a nie 2.5, co nieco zmniejsza zużycie nitki.


A ponieważ dzień bez haftu jest dniem straconym to wyciągnęłam Koła Fortuny. O tej porze roku czarna kanwa 18 ct jest strasznie trudna w obróbce. Zatem do stojaka przyczepiłam lupę. Nie jest to to, co tygrysy lubią najbardziej, ale widać dziurki w kanwie.




Ten super stojak na wszelkie ramki i tamborki pochodzi ze sklepu internetowego ramydohaftu, biała rama także.

I tak się snuję od jednej robótki do drugiej, a powinnam szyć, bo mam z czego:
Skrojona rok temu jedwabna marynarka na trzy godziny roboty łypie na mnie z koszyka. Burdy z sukienkami jak marzenie leżą na stosiku, tkaniny leżą w szafce i co najmniej cztery sukienki na wiosnę i lato mogłyby powstać na cito. A ja rozważam leniwie jak uniknąć wszywania podszewki pod cieniuchny, przezroczysty niemal jedwab i jak to zrobić, żeby uniknąć zamka błyskawicznego i przymiarek. No okropnie głupia baba się ze mnie ostatnio zrobiła. Tomek twierdzi, że jak chandra sobie pójdzie, to uwinę się z tymi sukienkami w try miga.

wtorek, 03 marca 2009
Zobaczywszy na blogu "Guzik z pętelką" cudne serduszko w hafcie liczonym zapragnęłam zrobić takie samo. Dobra e.gunia podała linka do schematu tego darmowego wzoru. Kto ciekaw, niech odwiedzi jej bloga, link po prawej stronie.
Dobrałam swoje kolory i albo mam drukarkę byle jak nastawioną, albo coś u  mnie z widzeniem kolorów nie teges. Przydzieliłam moje kolory zupełnie inaczej niż e.gunia. Ale i tak mi się podoba. Na zdjęciu widać okulary - lupę, bez których rzecz byłaby dla mnie już niewykonalna, moc lupy - +2,5 dioptrii.



 
1 , 2