Rozmaite Gackowej przypadki.
piątek, 26 marca 2010
Ostatnie śniegi spłynęły z ogródka, ruszyłam wiec do boju z grabiami.
Poprzedni właściciel w załamaniu domu od północnej strony urządził sobie zaciszny i dość ponury zakątek. Po ścianie budynku piął się bluszcz. Pan postawił pod bluszczem drewnianą pergolę, a pnącze utworzyło na niej liściasty dach. Miejsce było ciemne i wilgotne, żadna trawa nie chciała tam rosnąć. W końcu wysypałam tam worek żwiru, bo Kretka ryła tam norę za norą. Tegoroczne śniegi połamały pergolę z patyczków. Bluszcz trzeba było obciąć, połamaną konstrukcję usunąć. Zajęło nam to pół dnia. Teraz przede mną tydzień cięcia potężnego pnącza na kawałki i wynoszenia do śmietnika. Ponury zakątek jest teraz znacznie jaśniejszy. Bluszcz pewnie odbije i znów będzie się piął po ścianie.
Kwitną już przebiśniegi - jedna malutka kępka pod świerkiem bardzo przyciąga wzrok.
Narcyzy, których wielki, promocyjny wór kupiłam za parę złotych w Obi za chwilę zakwitną. Pokazują się cebulice, hiacynty i tulipany.
A co do trawy to chyba znów nie ma jej wcale. Jedyne zielone co było, czyli mech, zgrabiłam razem z zeszłorocznymi liśćmi.
A na frontowym tarasie, na którym było dziś 22 stopni zastałam chudą i zmarniałą, ale żywą Iggi:





Zatem w Rossmanie zakupiłam dwie wielkie paczki whiskasa. Iggi naprawdę marnie wygląda po zimie. Zamiast okrągłego brzuszka ma wiszącą skórę.
Widziałyśmy się ostatnio w wigilię, kiedy opchnęła miseczkę pieczonego schabu. Cieszę się, ze przetrwała zimę.

17:28, weisefrau , jeż
Link Komentarze (8) »
środa, 24 marca 2010
Czarny alpakowy beret służył mojej znajomej bardzo dobrze. Ponieważ jest zbyt ciepły  na wiosnę, a włosy jeszcze nie urosły, na głowę potrzebny był beret w wersji lżejszej.
Z dostępnych w pudle alpakowych motków powstał taki oto luźny, pasiasty i ażurowy beret:



Wzór koronki szetlandzkiej jest ażurowy i strukturalny, ale nie nazbyt dziurawy. Beret podszyłam jedwabną apaszką w podobnych kolorach, aby ażury zbyt wiele nie zdradzały.


A robiąc ten beret planowałam, że jednak zrobię sobie kiedyś alpakowy sweter. Bez domieszek akryli i poliestrów. Miękki i cudny w dotyku.
Berety bywają blokowane - ten zostanie taki jak jest. Chodzi o to, żeby miał objętość. Prezentacja dziur akurat nie jest tu wskazana. Zresztą póki robiłam wzór prosto szło jak po maśle. Dopiero przy zbieraniu szerokości zaczęły się schody. I tam dziury są bardzo różnej wielkości.

Z Krainy Książek dotarła do mnie właśnie tzw Czarna Biblia Haftu Liczonego czyli The Needlepoint Book autorstwa Jo Ippolito Christensen.
Dobrze, że beret skończony, szal leży cicho i nie płacze i mogę się oddać rozkoszom buszowania w tej książce.
Podobnie jak podręcznik gotowania Julii Child ten podręcznik haftu liczonego jest bezkonkurencyjny. Nie jest to książka pełna kolorowych projektów, z których jeden albo dwa przypadną nam do gustu.
To jest encyklopedia o ustalonej od lat reputacji.
Wszystko co trzeba wiedzieć o materiałach, projektowaniu, kolorach, ściegach i wykończeniu haftu jest z pewnością napisane na jednej z 428 stron. Każdy ścieg jest opatrzony starannym schematem wykonania - i jeśli ten schemat pozostawia jakieś wątpliwości również dodatkowym opisem. Nieliczne kolorowe ilustracje na wkładce służą ukazaniu konkretnych zagadnień projektowania i doboru ściegów i wszystkie projekty pokazane w książce - i kolorowe i czarno białe są piękne.
Niestety - książka jest po angielsku. I aż boję się myśleć, co by zrobił z tym tłumacz na polski za 1/3 stawki za stronę, bo tak się płaci za tłumaczenie książek dla kobiet.
Jeśli ktoś z czytających po angielsku lubuje się w hafcie liczonym zwanym obecnie needlepointem to polecam serdecznie - zwłaszcza tym, którzy chcą spróbować swoich sił w projektowaniu.



środa, 17 marca 2010
Biedne są ptaszki tej wiosny.
Śniegu wokół pełno, do robaków nie sposób się dobrać, brzuchy puste, a zegarek i kalendarz w ptasich łebkach wmontowany przez matkę Naturę każą budować gniazda dla piskląt.
Małe i niezbyt agresywne ptaszki nawet do karmnika nie mają szansy wejść.
No bo co ma począć sikorka jeśli w karmniku cały dzień siedzi kos, żre aż mu niemal brzuch nie pęknie i nigdy nie ma dość? Tylko kuper  czasem na zewnątrz wystawi i co nieco na trawniku zostawi.
Ostatnio sikorki prawie u mnie nie bywają. Bywają za to dzwońce. Agresywne, oliwkowe ptaki tłukły się w karmniku aż pierze leciało.
Od kilku dni widuję w ogrodzie sierpówkę. Straszna z niej kobyła, niewiele mniejsza od sroki.


Maluchy nie ośmieliły sie przy niej wejść do budki. Ale jak sobie poszła, to i owszem, weszły:

Nie wiem, co to za ptaszek. Ktoś wie?
Jest naprawdę malutki.


I trzeba ostatnio bardzo na własną skórę uważać, bo pojawili się tacy goście:


Czy to jest krogulec? Jeśli ktoś wie, to niech powie.
Drugi taki, całkiem nieżywy, leży pod frontowym tarasem. Nie wygląda na poharatanego przez kota, nie ma obrączki.
A pan modraszek dzielnie zasiedla budkę dla ptaków.
Dałam mu do dyspozycji torbę wyczesanych z psów kłaków. Wiem, ze ich użyje na kołderkę dla pisklaków, bo w zeszłym roku czyszcząc budki znalazłam całkiem sporo psiej wełny.

14:18, weisefrau , ptaszyny
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 15 marca 2010
Niesłychanie mi się podobają wzory fair isle projektowane przez Alice Starmore. Tyle, że u nas z wełną barwioną w tysiąc kolorów to nie najciekawiej jest. Ale się nie zrażam i kolekcjonuję.
nawet na Szarotkowie ktoś mi powiedział, ze nie ma cudów, żebym nazbierała kolorów choćby na jeden sweter.
Dziś mi się trafiło to:


Cała ta kolekcja, prawie kilogram wełny norweskiej jednakowego gatunku pochodzi chyba z jakiejś małej farbiarni. Na każdym motku napisane jest ręcznie (dzięki ci tłumaczu Google) jakim naturalnym składnikiem i w jakich proporcjach uzyskano kolor. Są tu motki barwione koszenilą i islandzkim mchem, kolory podrasowane siarczkiem żelaza i jakimiś niezidentyfikowanymi i nieznanymi Google substancjami.
Jeszcze trochę cierpliwości, potem trochę twórczości i wzorki fair isle będę nosić na grzbiecie.
Łupy robią się coraz ciekawsze.

Nie ukrywam, że zainspirowała mnie Kankanka. Pięknie opisała jak kochane klamoty nie dają się wyrzucić, wracają do szafy niby już wyrzucone i rozstać się z nimi nie sposób.
Też mam stadko takich kochanych okropności. Obecnie jakby mniejsze.
Kochana puchówka z kapturem obszytym psim futrem, made in china, z mnóstwem kieszeni na zamek błyskawiczny po lewej i prawej stronie, gruba jak pierzyna poszła wczoraj do śmietnika.
Nie wróciła. Chlipię za nią ukradkiem, ale pora jej minęła już kilka lat temu. Brudna podszewka nawet po 4 cyklach w pralce dalej była brudna, przy każdym kucnięciu zamek trzeszczał, a sprzedawczynie w sklepie natychmiast dawały mi ochronę nawet w spożywczym. Pani w kasie gdy rachunek wynosił więcej niż 50 zł patrzyła współczująco i pytała "może być?" Z tego wynika, ze w kurteczce jak menel wyglądałam.
Los staruchy podzieliła wielka siatka butów. A to krzywe, a to rozciągnięte, a to obcasik kiwający się, a to model jakby zdjęty z teściowej nr 1 - fru do pojemnika.
Sweterki z akrylu z dziurami od golarki, staniki na kogoś innego, dziurawe skarpetki, majtki, którym małżonek w praniu zunifikował kolor do jednolitej szarości, podkoszulki podjeżdżające na brzuchu przy każdym ruchu - do kontenera marsz.
Teraz łatwiej trafić do rzeczy nadających się do noszenia.
I pewnie przyjdzie w końcu nawyknąć do noszenia torebki, skoro przepastne kieszenie kurteczki razem z nią w śmietniku...

niedziela, 14 marca 2010
Zaskakujące rzeczy nabyłam wiadomo gdzie. Między innymi worek ręcznie kręconej włóczki w pięknych kolorach ziemi. I trochę farbowanej.

40 deko cieniutkiej 1 ply w czterech (harmonijnych) naturalnych barwach to już starczy na spory wyrób. Zwłaszcza, ze w 50 gramach jest ponad 300 yardów.
I tak sobie motki leżały i czekały na pomysł. Aż się dobrze przyjrzałam nieco już pożółkłym etykietom. Ręcznie kręcona cienizna to najczystsza, niefarbowana wełna z islandzkich owiec. Taka pozyskiwana przez skubanie a nie strzyżenie. O właściwościach niezmiennych od tysiąca lat ze względu na genetyczną izolację stad. Ciepła i wodoodporna jak żadna inna. Najrzadszy gatunek owczej wełny na Ziemi ze względu na wielkość pogłowia i sposób pozyskiwania runa.
Gdyby nie wpis na blogu Kruliczycy,ten o gryzącej wełnie, nawet bym sobie nie zawracała głowy czytaniem tej pożółkłej etykietki. Ale o ile etykietka się zestarzała, to pięknej wełnie lopi nic się od wieku podeszłego nie stało, dalej pachnie owcami.
Kupiłam w TC wzór na skrzyżowanie szala z kardiganem. Ktoś już to wydziergał i zapewniał, że wyrób ma duże wartości użytkowe.
Zmieniłam zatem ścieg części głównej na ażur szetlandzki, bo mi się pończoszniczy z powyciąganymi oczkami nie podobał. No i moje najdłuższe addiki mają 80 cm, a w Pasji chwilowo na addikowej półce jest pusto no i na tych 80 cm ledwie się mieści 450 oczek szala. Z narzutami podanymi w przepisie byłoby tych oczek z 800 i to już nawet z cieniutkiej islandki się by nie zmieściło.


 Od początku dziergania ściągacza lopi pokazała co jest warta. Niesamowite zmysłowe doznanie, jakby wytrawna miękkość ale z pazurem. Nawet jej wybaczam brązowość. Ba, nawet buty brązowe ocalały od śmietnika dla towarzyszenia szalo-kardiganowi .

Zobaczymy co wyjdzie. I kiedy.

sobota, 06 marca 2010
Na zajęcia plastyczne dalej chodzę. Z początkowej szóstki zostały nas aby trzy.
Oto ołówki: wielki gipsowy łeb i garnki i butelki. Tematy niezbyt pasjonujące.





W końcu prowadząca zezwoliła na kolor. Trochę szkoda, bo miałam jeszcze nadzieję na sepie i sangwiny. Ale jak już to już. Nie liczę na wyposażenie pracowni. Noszę ze sobą własne zabawki. Papier na którym narysowałam lalki nadaje się do tuszu, Pastel z niego spada. Szkoda, bo obrazek fajnie by wyglądał w jakimś dziecinnym pokoju.
Tulipany są dla Tomka na imieniny. Tylko przedtem pozowały w kuflu. Tulipany są narysowane na specjalnym papierze do pasteli. Kredka trzyma się go mocno.





A teraz jak zwykle po maratonie malarskim nic nie będę robić do wieczora.

14:54, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (11) »
piątek, 05 marca 2010
Reklama na trójnogu głosiła: buty, sznurowadła, środki do pielęgnacji skór. Strzałka wskazywała w lewo. Po lewej stronie był tylko chodnik, a oszklone drzwi w gładkiej ścianie budynku prowadziły do służbówki strażnika.
Trzeba było spytać panią z siatką i pana z workiem kartofli, żeby pokazali, że za stróżówką są małe drzwi, za nimi w lewo, potem w prawo do końca i dalej znów w prawo i będzie ten sklep.
Sklep był. W sklepie smutne, brzydkie buty, mnóstwo sznurowadeł w każdym kolorze i rozmiarze i dwie kobiety. Sprzedawczyni i druga pani, która nic nie kupowała. Rozmowy nie było słychać.
Tak jak zawsze szukam gumowych piłek z dziurą dla Kretki, szukam również mocnych, długich sznurowadeł, na których mogę taką piłkę uwiązać. Taka konstrukcja daje się rzucić daleko, co zadowala Kretkę.
Nie zawsze tłumaczę to sprzedawcom. Tym razem musiałam. Sprzedawczyni drążyła tak długo, aż wyznałam po co mi te mocarne sznurowadła w byle jakim kolorze.

Na dźwięk słowa "pies" druga obecna w sklepie kobieta podskoczyła, zaczęła gestykulować, ale dalej nic nie mówiła. Sprzedawczyni wzięła ode mnie pieniądze i spokojnie wyjaśniła, ze ta pani chce pekińczyka. Pieska malutkiego. Że jej poprzedni piesek umarł w zeszłym roku i nie mają skąd tego pekińczyka wziąć. Na Paluchu mieli, ale nie mają, że ona chce szczenię, i ze to absolutnie musi być pekińczyk. Niema, stara, pozbawiona krtani, gestykulująca kobieta stanęła do mnie twarzą w twarz i bezgłośnie zaczęła opowiadać o swoim piesku, którego kupiła na bazarku od Ruskich za 1000 złotych jak był taaaki malutki, tu pokazała dłońmi, jaki był wtedy malutki, opowiedziała mi gestami jaki był miły i grzeczny, jak umarł i że ona strasznie chce mieć znów pieska. Bo żyć bez pieska nie może.
Poradziłam, ze ogłoszenie hodowcy znajdzie bez trudu w internecie. Kobieta patrzyła bezradnie. Nigdy nie była w kawiarence internetowej, nie ma wnuków z komputerem.
Na ladzie sprzedawczyni stał wielki monitor. Ma pani tu internet? spytałam. Coś mam, odpowiedziała bez przekonania.
To niech pani wpisze w wyszukiwarkę "kupię psa". Zaczęła coś pisać, ale załamała się przy ę.
Zdjęłam futro i szaliki, żeby się zmieścić za ladą, siadłam przed klawiaturą i za chwilę niema kobieta i jej koleżanka sprzedawczyni oglądały szczeniaki. Zanotowały telefon hodowcy z okolic Warszawy. Zachwyt niemej kobiety był niemal namacalny.
Wychodziłam z tego dziwnego, ukrytego sklepu z opinią osoby znającej się na internecie i umiejącej robić czarodziejskie sztuki. I oczywiście już dobrze zaprzyjaźnionej z obiema paniami.
Za kilka dni sprawdzę, czy transakcja się udała. Zawsze jeszcze jest Allegro.


21:09, weisefrau , pies
Link Komentarze (4) »
czwartek, 04 marca 2010
Nie ma chyba nic bardziej kobiecego, niż koronki w różowym kolorze. Tylko ten róż jest ostry jak żyleta, a włókno to szetlandzka wełna a nie jedwab.
Ale właśnie o to chodziło. Mam co chciałam. Na kark w lecie, na szyję w zimie.




Projektant zalecał kupienie 200 gram kid moheru od Junghansa (dla oszczędności w motkach po 25 gram!) i druty 5 - 7 a końcowy rozmiar określił 160 cm szerokości x 90 cm długości tyłu. Mnie z szetlanda na przemysłowej cewce ubyło 105 gram, druty wzięłam nr 4 i zalecona wielkość wyszła bez problemu. Zawsze te Niemce zdrowo zawyżają ilość potrzebną do wykonania czegokolwiek z czegokolwiek. I zawsze coś u nich z grubością drutów nie tak. Z czasów gdy szyłam pamiętam, że jeśli kupiłam tyle tkaniny, ile matka Burda kazała, to zostawało na druga taką samą rzecz dla Misi.

W liściastym wzorze nie pomyliłam się ani razu, w bordiurze owszem, musiałam trochę kłamać, ale z wprawą łatwość kłamania rośnie. Niesamowity efekt daje blokowanie takiego wyrobu. Z małego, grubego tobołka, o którego wielkości świadczy tylko czas potrzebny na przerabianie rzędów robi się wielkie, gładkie, niepomarszczone chuścisko pełne dziur jak ser szwajcarski, tylko równo rozłożonych.

Czy warto robić skarpetki z szetlandzkiej, 100% wełnianej włoczki? Na cewce zostało jeszcze drugie tyle albo i więcej co w chuście.