Rozmaite Gackowej przypadki.
sobota, 31 marca 2012
Jak co roku nieuchronnie przyszły urodziny Misi.
Dziecina zażyczyła sobie w prezencie worka strojów bardziej takich moderne, bo jak zauważyła, niektóre jej wciąż noszone bluzki pamiętają jeszcze podstawówkę i babcię E., od wielu, bardzo wielu lat już niestety świętej pamięci.
Miałam zatem okazję zwiedzić sklepy z odzieżą dla osób zupełnie innej kategorii wiekowej i wagowej niż moja.
I wnioski są straszne. W tym roku nie da się niestety zamaskować nieposiadania ostatnich szlagierów strojami z własnej szafy.
Jeszcze dżinsy owszem ujdą, ale reszty nie da się ani wyjąć z szafy, ani kupić z drugiego obiegu.
A winne są temu nie fasony, bo te jakie były, takie i są (poza spodniami, żegnajcie przyjazne brzuchaczom bootcut), ale kolory i wzory.
Szmatki dla młodych i chudych są tak kolorowe i tak wesołe, że oczy się śmieją. Kwiaty i kolory nęcą, mamią oczy i domagają się nabycia. A niektóre sukienki są tak śliczne, że nawet mi przez chwilę dieta Dukana w głowie zahurgotała.
Więc niestety trzeba się bodaj w podkoszulki w nowych kolorach zaopatrzyć. Nie ma zmiłuj.
Z paznokci coraz bardziej znikają kolorowe lakiery. Ci, co wieścili koniec frencha chyba ulicy nie widzieli. Koniec to chyba następuje ostateczny rajstop cielistych, korporacyjnych czółenek poza korporacją i krótkich koralików na szyi. I pierścionków z cienkich złotych drutów.
Jak rajstopy, to wściekle kolorowe. Na szyi szaliki i apaszki w kwiaty najkolorowsze, buty każde, byle nie grzeczne, pierścionek wielki i jeden i jakoś przeżyjemy!

poniedziałek, 26 marca 2012
Siedzę przed TV i macham drutami, przed oczyma toczy się jakieś morderstewko, jakieś śledztwo, heroina, trupy, laboratoria i groza.
Ale niestety co rusz są reklamy.
A w nich cuda i dziwy. Aż sobie przypomniałam przyswojone na studiach pismo fonetyczne dla dokumentowania wad wymowy w czasach przeddyktafonowych stworzone.
I strzygę uchem i łowię:
Możesz stworzyć własnom strone internetowom.... a potem lektor traci regionalne końcówki i popyla polszczyzną nienaganną.
Po jakiś środek przeciwłupieżowy  trzeba puś do apteki. Może zresztą do tej apteki czeba póś, bo ja nie wiem, jak to się pisze.
A już szczytem wszystkiego jest rymowanka w reklamie Plusa, gdzie fiku-miku rymuje się z tatusików.
Co to są (som?) tatusiki???
Toć od zawsze wiadomo że fiku-miku rymuje się doskonale z "na nocniku" (na tej górze| na tej górze| fiku - miku| fiku- miku| siedzi prosię| dłubie w nosie| siedzi prosię na nocniku)i nad niczym już kombinować nie czeba, skoro jesteśmy w klimacie.....
wtorek, 20 marca 2012
Rozbrat z haftowaniem na jakiś czas.
Ślicznie ta pisanka wyszła, ale oczy dojść do siebie nie mogą. Może w lecie, na tarasie, przy świetle dziennym jeszcze coś zwojuję.
Ponieważ moja biblioteka wełen na bluzki ii swetry niepokojąco znów się rozrosła, śmigam z pewnym niewielkim sweterkiem z Delight od Dropsa, będzie akuracik do beżowych spodni.
W międzyczasie popełniłam skarpetka tak paskudne, że do kaloszy w trakcie wiosennych deszczy będą jak znalazł. Ostrzegam przed Regią Galaxy. Rzekomy efekt galaktyk na tle granatu nieskończoności to tylko reklamowy chwyt. Efekt jest okropny.
I tak sobie dłubiąc na cieniutkich drucikach bluzeczkę zawędrowałam do sklepu Magic Loop i rojąc o nie wiadomo czym natrafiłam na Silky Merino wprowadzone chyba przed chwilą do sklepu, bo wszystko było.
Paszcza mi opadła a ślina pociekła z kącika ust. Na ekranie mieniły się kolory, jakie tylko i jedynie jedwab umie na siebie przyjąć.
Szaleństwo barw jakiego we włóczce jeszcze nie widziałam.
I mam i zwinęłam i tak, to ja wykupiłam wszystkie motki Arco Iris, zyg zyg marcheweczka.



Starczy na odzież na całego człowieka tak barwną, że palcami mnie będą wytykać.

A skoro mowa o barwnej odzieży. Dawno, dawno temu, za czasów pracy w szkole i rozmiaru 40 nabyłam sobie prześliczny w moim mniemaniu (i w mniemaniu dzisiejszej mody) sweter fair island od Jackpota. Cały był we wzorki, przeważała tam strażacka czerwień, żółć zieleń i błękit. Do pokoju nauczycielskiego przybył nowy nabytek w postaci olbrzymiej, strasznie grubej, burej baby do ZPT. Baba wyglądała jak zrobiona z ogromnego kartofla: cała szarobura, w wielkiej szarej spódnicy do pół łydki, szpakowata, okręcona szarym swetrzyskiem, bez cienia makijażu czy jakiejkolwiek ozdoby. Przez wycięcie w zdrowotnych klapkach widać było okropne, długie pazury zawijające się pod rajstopami wokół palców u nóg. Na drugie śniadanie pożerała kilogram twarogu do sernika, który przynosiła sobie do szkoły w wiaderku.
I owa baba na widok mnie w moim kolorowym, nobliwym, zapinanym od szyi do dołu kardiganie szepnęła scenicznie na cały pokój nauczycielski - Trzeba nie mieć za grosz gustu, żeby się tak ubrać.
 Kochałam ten sweter i w końcu zanosiłam go niestety na śmierć.
Dziś jestem nieco bliższa sylwetką tej babie, ale i tak sobie zrobię sweter w kolorze wystawy jubilerskiej. Z ogromną radością. Tylko najpierw skończę ten do beżowych spodni.

czwartek, 15 marca 2012
Cóż za straszni ludzie trzymali kiedyś naszą Muszkę, skoro ona się tak wszystkiego boi?
Cóż to za pewna siebie osoba rządziła brutalnie pieskiem, który jest przecież kompletnie i zupełnie wobec człowieka bezradny? Zarządca się znalazł, władca... Ależ musiał psinie dokuczyć.
Dlaczego Muszka z nikim poza najściślej rozumianą rodziną nie chce wyjść na spacer? Czemu kuli się jeśli gdzieś się na chwilę zapodzieje i przyjdzie na wołanie po minucie lub dwóch? Czemu boi się zmiany pościeli i kuchennej ścierki?
A jest tak grzecznym pieskiem, ze w głowie się nie mieści. Żadnych psot, no co najwyżej przymuszona fizjologią nasiusia w domu. Ale fizjologia do nasiusiania każdego zmusi.
Ostatnim osiągnięciem jest zabawa piłeczką w domu. Siedzę z Muszką na kanapie, Kretka na dywanie bawi się swoją zabawką, a ja rzucam Muszce piłeczkę. Muszka aportuje błyskawicznie i wręcza mi tę piłeczkę. Terier tak nie umie. Owszem, przyniesie, ale nie odda.
Oto sesja zdjęciowa Muszki.
W moim buduarze towarzyszy mi piesek przy wszystkich czynnościach artystycznych, ale aparatu fotograficznego wymierzonego w swoją osobę za długo nie lubi.







Czy do szanownych czytających dotarła wieść o mędrcu, który rozeźlony mandatem otrzymanym za nieprowadzenie szczenięcia na smyczy z zemsty wsadził szczeniaka do pralki i wyprał? Szczenię zabiegu nie przeżyło.
A mnie się śniła taka wielka pralka, do której mędrca wpycham, zamykam, nastawiam pranie na 60 stopni - na 90 za szybko by skonał - i wirowanie na 1000 obrotów i wciskam start....
00:25, weisefrau , pies
Link Komentarze (10) »
niedziela, 11 marca 2012
W robieniu pisanek zawsze byłam marna. W dzieciństwie zabierałam się za malowanie jajek mając w głowie pomysł na przecudnej urody malowane pisanki jak z obrazka. Wielki, tępy pędzelek od farb akwarelowych szkolnych i te właśnie farby dawały bardzo mizerne rezultaty, dalekie od wyobrażeń i tego co leżało na wystawie Cepelii.
Wydmuszki pękały mi w palcach, Farbki z papierka do barwienia jajek dawały łaciate rezultaty. I obrzydliwie było potem takie jajka jeść. Raz zrobiłam decu na pisankach, ale też odbiegało od mojego o ładnej pisance wyobrażenia.
Zostało barwienie w cebuli i skrobanie po takich brązowych jajkach frezarką do paznokci.
Ale chciałam mieć choć jedną piękną, kolorową pisankę. 
I mam. Haftowaną, z wzoru Elaine Kramer, choć przyznam, że wskazówki kolorystyczne projektantki zignorowałam. Nie chodziło mi o wytworność i elegancję, a o feerię wiosennych barw.
Zignorowałam również jak zwykle wskazówki co do rodzaju nici do haftowania. Tyle lat już haftuję, ze mam wyobrażenie jak się nici zachowują.
Oto pisanka jeszcze mokra, po praniu:



Jakimś cudem udało się zrobić zdjęcia z ręki i bez lampy.



Te cudne koraliki, jasnobłękitne i opalizujące dostałam od eguni - dziękuję!


  
Kolorów jest mnóstwo!




Całość haftowana w podwójnych okularach: +2,5 szkła do czytania i lupa + 3,5



Krzyżyki przez 1 nitkę na drobniutkim lnie nie są już dla mnie, oszukałam zatem wzór i zrobiłam normalne.



A tak wygląda pisanka sucha, uprasowana i oprawiona!

następne zrobię na tkaninie do hardangera, drobne płótno odpływa dla mnie w niebyt wraz z warkoczami, mini spódniczką i wściekłymi cieniami do oczu.
Pan Mąż kazał mi sobie własny PESEL przypomnieć i nie ulitował się na liczne skargi na niedowidzenie niteczek. A w takim hafcie każda niteczka musi być policzona.


wtorek, 06 marca 2012
Po kilku tygodniach bezsenności nastąpił czas spania.
Wspaniała książka o spaniu i śnieniu (Licząc Barany)załatwiła sprawę i oddaję się urokom spania, śnienia i drzemania.
Ponieważ przez zimę sporo się nam (mnie i Kretce) przytyło, to teraz spacerujemy dużo więcej niż w paskudnej zimowej pogodzie. A jak się zrobi kilka kilometrów pieszo i coś zje, to trzeba pospać.
I dlatego pisanka hardangerem wyszywana nie chce się skończyć. leży i czeka.
Z lupą na głowie nie da się długo haftować.
W swoim powolnym tempie zaczynam niespieszne wiosenne porządki: kupy z ogródka pozbierane nim rozmarzły, okna umyte, zasłony i firanki poprane.
Pan Mąż w kącie gabinetu znalazł jakiś przedmiot obesrany przez psa, którego którejś nocy dopadła biegunka. Przedmiot był zupełnie suchy i bezwonny, nie wiadomo jak długo tam leżał. Czyściutko u nas.
Patelnia do ryb skonała na upalenie się rączki. Nigdy więcej nie kupię owalnej patelni do okrągłych palników gazowych - to nie ma prawa przetrwać.
Na koniec zacytuję rozmowę Pana Męża z przyjacielem. Pan Mąż jeździ Skodą na benzynę, przyjaciel ma Mondeo diesla.
PM - Idę do niej na parking w ten mróz i jak kazałeś odpalam codziennie, żeby bodaj po parkingu pojeździć. A ona yyyyyeeeeee dududududu i zagadała.
Przyjaciel- a ja swojego odpalałem a on miau miau miau i kicha. To ja do żony mówię, żono kamasz. Dopiero potem kolegę poprosiłem, że nie chcę do elektrowni po prąd jechać. Krzysiek podjechał z kablami i samochód zagadał.
I jak panowie mają z nami rozmawiać? oni gadają ze swoimi kochanymi samochodami. I pamiętają, co który z nich powiedział!