Rozmaite Gackowej przypadki.
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Teściowa mnie atakuje, że na blogu nie ma nic nowego. Nie ma, bo nie wiem, o czym mam mianowicie światu oznajmić.
Że pies ma zdjęte szwy? No ma. Goi się ślicznie i bryka, choć tego brykania mniej jest jakby niż dawniej. Słaba może jeszcze jest, albo faktycznie terier stateczniejszy się robi dopiero w czwartej wiośnie życia. oto zdjęcie z ostatniej niedzieli. Kretka już bez zielonego kubraka wywija łapami nad Jeziorkiem Czerniakowskim.


Podzieliłam się z jej lekarzem - tym, co ją operował refleksjami, nad byle jakim znieczuleniem psa po zabiegu. Dopiero jak uzasadniłam moje narzekania opisem rozszerzonych źrenic, tachykardii, bladością śluzówek i bezmoczem, które minęły po podaniu środków przeciwbólowych facet się zacukał. Twarda byłam, a co.
Hardangera przybywa. Robię go po troszeczku, a przyrasta szybko. Lubię takie robótki.


Sukienka została poprawiona i wygląda jak sukienka a nie jak giezło w pierwiosnki. Zdjęcia nie mam. Pan Mąż nie w humorze i lepiej niech mi teraz zdjęć nie robi.
Z powodu pięknej pogody włóczę się z psiakiem po działce mamusi i po okolicznych terenach zielonych.
A w środę lub w czwartek jedziemy na weekend do Klebarka. Odetchniemy warmińskim powietrzem, zobaczymy łan żółciutkich mleczy, wybiegamy Kretkę w polu, złapiemy kleszcza i zobaczymy w nocy gwiazdy.
I pewnie pomysły na bloga z Klebarka przywiozę. Bo już mi chodziło po głowie zrobić tu galerię strasznych butów, jakie rodacy mają na nogach, albo najbrzydszych bab na świecie. A to przyznacie są głupie pomysły.
środa, 22 kwietnia 2009
Coś z Burdą chyba jest nie tak. Dawniej mierzyłam się centymetrem, skracałam wykrój, żeby talia wypadała w talii, kroiłam, szyłam i było ok.
Potem szyłam bez mierzenia się i bywało, produkowałam stroje za małe.
Tym razem, aby uniknąć takiej wpadki zmierzyłam się wyjątkowo starannie, dodałam i ujęłam gdzie trzeba i wyprodukowałam kwiecistą kiecę w jakich na ogół widuje się emerytki rozmiarów mastodonta.
Za duża! Za szeroka! Nie wiem, po co kazali wszyć zamek na 60 cm długi, bo bez trudu włazi na mnie przez głowę!

Trochę pomaga rypsowa taśma w roli paska pod biustem.

 Tak czy inaczej jest to wygodna kieca ogrodowa i tarasowa. Rękawy się dały wszyć bez problemów, ale dekolt wyje jak wilk, i to z jednej strony. Jakieś brosze trzeba będzie przypinać. Sporo się trzeba będzie narobić, aby w tym stroju bez wstydu pokazać się światu. A materiał wprawdzie jest śliczny, ale dobrze to mi w nim będzie jak osiwieję. Przyjdzie trochę poczekać, bo siwych włosów mam może 10.


Tomek robiąc te zdjęcia miał oczy jak spodki. Ze zdumienia obciął mi nogi. Nie przywykł do studiowania moich wdzięków w takich strojach. Trzeba było być podejrzliwą, nawet w żurnalu sfotografowano ten model z tylnego półprofilu i nie w całości.

niedziela, 19 kwietnia 2009
Napomykałam tu już o górze szmat przeznaczonych na sukienki. Szmaty leżały i cichutko czekały. Burdy stały i czekały.
I przyszła faza na szycie. To znaczy jeszcze nie na szycie, dziś było KROJENIE.
Rano odwiedziłyśmy z Kretką klinikę, dostała ostatni antybiotyk i zastrzyk przeciwbólowy bez proszenia. Dobra pani doktor Anna Jurka tylko spojrzała na psa i wiedziała, że boli. Opuchniętą nogę po stronie wyciętego cycka mamy masować, układać psa na plecach żeby obrzęk mógł zejść,po jakimś czasie powinny obrzęki ustąpić. Przy takiej operacji bardzo trudno jest nie uszkodzić naczyń limfatycznych. No i mamy więcej spacerować.
Kretka zachowuje się jak malutkie dziecko, pochodzi, poje, posiusia a potem prosi, żeby ją nogą do góry zapakować do łóżeczka. Mowy nie ma o jakimś nieobyczajnym rozrabianiu i skakaniu. Bajek jej czytać nie trzeba.
No i jak sobie tak zasnęła, to się wzięłam za krojenie.

Sukienka nr 1.: dżersej bawełniano - lycrowy, podniesiony stan, fałdka na pasku. Przy krojeniu trzeba było omijać dziury.  Skroiłam rękawy dłuższe niż Burda proponowała. Łapy jak bochny trzeba schować.
Sukienka nr 2: bawełniany kreton w angielską, szaleńczą łączkę, linia A z pięcioma godetami. Z durnowatego, grzecznego dekolciku pod szyję zrobiłam dekolt głęboki, z biglem, a mankieciki z trokami sobie darowałam. Żadnych marszczeń w tym rejonie.
Sukienka nr 3: turkusowe, grube bawełniane płótno w cieniutki prążek. Będzie z tego dopasowana tuba bez rękawów z głębokim dekoltem V. Będzie, jak dokupię czegoś na odszycie podkroju pach i dekoltu. Tkaniny starczyło tylko na wierzch. Chyba że resztki z krojenia posztukuję.
A w szafie czekają jeszcze: kupon koralowej bawełny, 2 jedwabne sari 6 metrów długie, szafirowy ryps z koordynatem z poliestru w indyjskie, tkane wzory i jedwabna perłowo-różowa tafta. Coś mi się paski w dżinsach strasznie w brzuszysko wżynają. I z profilu widać, że najpierw idzie brzuch, a za nim ja. W sukienkach to się tak w oczy nie rzuca. Faza na wygodę nastała.
Jutro sobie wszystko podprasuję flizeliną i otwieramy szwalnię!


To ja z Misią w obiektywie Męża nr 1. Dzięki naturalizmowi zdjęcia widać mankamenty do ukrycia za pomocą nowych szat! Mąż nr 1 dołożył wszelkich starań, żeby wszystko było doskonale widoczne. I jest.
sobota, 18 kwietnia 2009
Niedawno piesek jak zwykle przeciągał się na plecach wywijając łapami w górze i zobaczyłam w całej okazałości spuchnięty, nabrzmiały cycek. Pogalopowałam z Kretką do lekarza. Jeden wet kazał obserwować i skasował 20 zł, drugi obmacał bardzo dokładnie, zmierzył temperaturę, długo się wahał, czy to przepuklina, czy zapalenie gruczołu mlecznego - temperatura wskazywała na zapalenie, dał antybiotyk , zalecił okłady z sody i zaczęłyśmy leczenie. Trzy razy dziennie robiłam okład z sody, kładłam sobie siedząc w fotelu psa na brzuchu z okładem na spuchniętym wymieniu. Kretka najpierw dawała mi buzi, a potem słodko zasypiała. Jeśli okład zsunął się z bolącego miejsca budziła się i napominała mnie, bym uważniej stosowała terapię.
Po tygodniu obrzęk nieco się zmniejszył, ale guzisko nie znikło. Lekarz zasugerował, żeby guza wyciąć, póki mały i w jednym miejscu, a nie w całym psie. I w środę pomaszerowałyśmy do kliniki.
No i teraz mam zbolałą, pocerowaną psinę. Nasz lekarz jest fantastycznym chirurgiem, ale nie uważa dawania po operacji środków przeciwbólowych psom za celowe. Jest zdania, że zbolałe zwierzę się nie rusza i lepiej goi. Dobrze, że inni lekarze mają inne poglądy i teraz dwa razy dziennie wtykam w psi tyłek po połowie czopka z Pyralginy. Jak już dyszy, oczy ma jak spodki a język wisi do ziemi, to znieczulam, to w końcu jest leczenie a nie tortury.
Mastektomia jest bardzo rozległą operacją i okres pooperacyjny jest bolesny. Biedna Kretka nie może się sama wygodnie ułożyć w koszyczku. Po jedzeniu i siusianiu prosi, żeby ja na powrót zapakować do jej łóżeczka. I mam w salonie taki widok:




A ponieważ nie umiem siedzieć i nic nie robić, to robię hardangerowy bieżnik na kuchenny stół. Trochę się mylę, wtedy pruję, ale to dość przyjemna robota i szybko przyrasta. Wycinanki zostawię sobie na koniec, jak na pewno będą się wszystkie nitki zgadzały. Wzór bieżnika pochodzi z broszury DMC kupionej w Blue City. Nici to kordonek Ariadny, bielszy niż perle DMC. Tkanina - unifil DMC.

Czy ktoś wie, jak po polsku nazywa się ten ścieg tworzący obramowanie rombów? Po angielsku to jest pojedynczy ścieg faggot

13:24, weisefrau , pies
Link Komentarze (10) »
czwartek, 16 kwietnia 2009
Właśnie fotograf z Klebarka - nota bene znakomity fotograf krajobrazu, przysłał mi zrobioną dziś w nocy, a raczej bladym świtem fotografię.
Wśród warmińskiego krajobrazu przechadza się swobodnie nie kto inny ale najprawdziwszy struś. Turyści - pędźcie do Klebarka!



Seeker/Mental aberration jest świetny w tym co robi.  Bardzo podziwiam jego zdjęcia i z przyjemnością oglądam w naturze to, co cały rok oglądam na jego fotografiach. Niestety, nie chce założyć własnej galerii, choć materiału miałby na pięć wystaw. Widocznie jest nieśmiały. Seeker ponadto bardzo wiele mnie nauczył. Zdjęcie poniżej też jest jego autorstwa.


13:50, weisefrau , ptaszyny
Link Komentarze (6) »
środa, 15 kwietnia 2009
Na lnianej taśmie zrobiłam hardangerowe serduszko według projektu Emie Bishop, takie z serii Christmas in my Heart. Ale nie miałam ochoty go w środku ozdabiać krzyżykami. Uznałam, ze formalny, liczony haft połączę z haftem wolnym. Nawet nie zrobiłam projektu, bo do powierzchni dwóch pocztowych znaczków projekt nie wydawał się konieczny. Wzięłam kilka różowych nitek, kilka zielonych i powstało takie serduszko:



Jak widać różyczki są wykonane ściegiem pocztowym w 3 kolorach (3 nitki muliny w igle), a listki ściegiem margerytkowym jasnozielonym (2 nitki w igle) i mieszanką nici zielonych (jasna zieleń, średnia zieleń i ciemna zieleń - 4 nitki w igle). Brakowało mi trochę różowego akcentu po prawej stronie i dodałam kilka węzełków. I to tyle. Kolejność rozdziałów w książce o hafcie nie będzie mi dyktować co można, a czego nie można ze sobą połączyć.
Z haftu powstanie saszetka zapachowa.

wtorek, 14 kwietnia 2009
Pierwsza Wielkanoc na nowym mieszkaniu udała się nadzwyczajnie. Alicja przybyła już w środę i podtrzymywała mnie na duchu. Z poprzedniego życia wyniosłam bardzo trwałe lęki świąteczne, które bledną z mijającymi latami, ale nie giną niestety.
Sprzątanie nie okazało się straszne. Przez rok trudno zapuścić świeżo odnowione pomieszczenia. Opłaca się także być z robotą sprzątaczki na bieżąco. Tylko z szuflad podręcznych trzeba było wywalić nazbierane kwitki, papierki, celofaniki i cynfolie.
Zakupy poszły sprawnie dzięki zaprzyjaźnionemu sklepowi mięsnemu i pewnej budce na bazarku osiedlowym. Mąż się spisał i ciężary nosił do domu sam. Tylko za wanilią w laskach musiałam trochę pochodzić.

Bardzo konsekwentnie ugotowałam tylko tyle jedzenia, żebyśmy mogli bez męki to zjeść. Siadłam nad książką kucharską z notesikiem, wybrałam co zrobię, zanotowałam co do tego potrzebne, dodałam ilości masła i migdałów z rożnych potraw, kupiło się tyle ile trzeba i zrobiło się tyle ile trzeba. Nic za dużo i nic za mało. Ciasto drożdżowe zachowało się przyzwoicie i a) dało się pięknie wyrobić, b) urosło tak, że starczyło na 2 baby c) dało się polukrować bez grudek, d) smakowało wielbicielom. Mazurek migdałowy wyglądał pięknie i profesjonalnie bez czekoladowego napisu Alleluja! i bez kolorowych, lukrowanych kurek i zajączków. Nikt niczego nie nadużył, nie kłócił się z bliźnimi przy stole o pryncypia ani o majątek i było bardzo przyjemnie.

Żeby jednak osiągnąć taki świąteczny błogostan trzeba się było w poprzednich latach trochę narobić i wcielić w życie maminą dyrektywę, że z członkami rodziny utrzymujemy kontakt tylko wtedy, jeśli byśmy utrzymywali ten kontakt bez żadnego pokrewieństwa. I przestałam tolerować kłótliwych, spóźnialskich wujków, na których się czekało przy stole dwie albo trzy godziny, bo spóźnianiem się okazywali złość i brak szacunku. Przestaliśmy zapraszać nadmiernie pijące, agresywne i źle wychowane kuzynki w nigdy nie wiadomo jakim humorze. Nie zapraszamy cioć - pijaczek, skłóconych małżonków wywalających publicznie małżeńskie brudy po drugim daniu ani zawistnych kuzynek z licznymi chorowitymi dziećmi i z pretensjami do świata.

Nie mamy siły i ochoty słuchać latami niekończących się identycznych monologów, znosić pretensji od ludzi, którzy sami sobie nie chcą pomóc, za to kochają zadręczać swoimi problemami bliźnich. Nie widzimy powodu, aby znosić jakieś przytyki i złośliwości. Dobrze się czujemy we własnym niewielkim gronie, nie wymagamy od siebie cudów i zwykle mamy przy stole ciekawą rozmowę.

I się doigrałam. Córka mi doniosła, iż pewna kuzynka wyraziła się, że MY damy IM spokój dopiero, jak pomrzemy. Ciekawy tekst biorąc pod uwagę, że nie dzwonimy, nie mailujemy, nie widujemy się a mimo to zakłócamy IM spokój. Śmiem twierdzić, że spokoju nie zaznają, nawet gdybyśmy wszyscy dziś zakitowali. Nasze duchy dręczyły by ich latami.


środa, 08 kwietnia 2009
Pisała już o niej szpilka, ale pisać o Teresie można i należy dużo. Ta wcześnie osierocona przez ojca dziewczyna ukończyła dzięki cesarskiemu stypendium szkołę, była nauczycielką, hafciarką, przyjaciółka samej cesarzowej Austrii i bardzo zdolną w dziedzinie robótek kobietą. Niektóre źródła podają, że to właśnie ona założyła z panem Jacobem Dolfussem firmę  DMC - DMC to znaczy Dolfuss - Mieg - Company. Firma jest ni to francuska, ni to niemiecka - alzacka. Dziś jest to Francja, wcześniej różnie bywało.
Teresa w rekordowym czasie napisała i wydała "Encyklopedię robót ręcznych". Myślę sobie, ze na potrzeby tej encyklopedii wszyscy graficy pod panowaniem cesarza austrii mieli przez 10 lat co robić. W owym czasie - w końcu XIX wieku taniej było robić ryciny niż ilustrować książki fotografiami. Te ryciny są bezkonkurencyjne. Nie ma na nich żadnych błędów, wszystko widać co jest istotne dla zrobienia jakiegoś ściegu czy konkretnej robótki. Wszystko co umiem w dziedzinie robót recznych umiem od Teresy. I chyba nie tylko ja, bo nie ma poważnej książki o hafcie, która by Encyklopedii nie miala w bibliografii. Pierwszy egzemplarz jej dzieła, jaki mi wpadł w ręce był napisany po francusku. Zatem treść słowa pisanego zupełnie do mnie nie dotarła. Za to ilustracje i owszem. Kiedy sprawiłam sobie w antykwariacie egzemplarz niemiecki, zatkało mnie. Jasno, rzeczowo, konkretnie i na temat wszystko jest detalicznie i starannie opisane. Żeby dzisiejsze książki o rękodziele trzymały ten poziom językowy, byłoby pięknie.
Mój niemiecki egzemplarz książki pożyczyła sobie koleżanka i nie chciała oddać. Oddała dopiero, gdy upolowałam w antykwariacie taki sam dla niej.
Encyklopedię wydawano na przełomie wieków XIX i XX w czterech językach: po włosku, po niemiecku, po francusku i po angielsku. Była wydana w twardej płóciennej okładce, porządnie zeszyta, na doskonałym papierze i chyba bardzo szanowana przez użytkowniczki, bo na wtórnym rynku jest dużo egzemplarzy antykwarycznych. Książka uzyskała ogromny nakład ponad 2 milionów egzemplarzy i na Światowej Wystawie w Bostonie uzyskała złoty medal jako najlepszy podręcznik dla kobiet wszech czasów. Ostatnio DMC znów ją wydało (koszt ok 100 pln, na aukcjach taniej).
Ale nie przejmujcie się, zainteresowani mogą ją czytać i oglądać za darmo w necie.
Tu jest w całości. Spis treści po lewej stronie to linki do poszczególnych rozdziałów książki. Jak mówię, obrazki wystarczają do złapania techniki.
Oprócz samej encyklopedii, dzieła podstawowego, Teresa wydała mnóstwo albumów ze wzorami różnej maści: haft krzyżykowy, płaski, koronki, ażury, szydełko itd itp były dostępne jako broszury Biblioteki DMC. Minęło ponad 100 lat i to wszystko jest już legalnie dostępne. Wystarczy poszukać. Liczne broszurki z wzorami w PDF dostępne są tu. Trzeba mieć najnowszego Acrobata! Jeśli tytuł tego wpisu skopiujecie do Googli, znajdziecie tego jeszcze więcej. Życzę hafciarkom, które chcą wystawić poza krzyżyki i ścieg za igłą choć czubek nosa dobrej zabawy.

niedziela, 05 kwietnia 2009
Bawiłyśmy się z Ewcią doskonale. Po kolacji wypiłyśmy parę piw, więc bezsenność nam nie dokuczała, na wystawę dotarłyśmy na czas, akurat żeby spotkać się z Małgosią, która miała niewiele czasu i zaraz znikła. Haftujące panie rozsiadły się w tej samej co zawsze kawiarence i miały jak zwykle o czym rozmawiać. Właścicielka kawiarenki chyba miała trochę za złe, bo utarg z nas był niewielki, za to fotele i stoliki zajęte były długo.
Wystawa - no cóż, jak zwykle to co wystawiano nie miało większego związku z tym co sprzedawano. Było sporo zestawów DMC i Lanarte w ofercie, ale za takie ceny, że piractwo długo się będzie dobrze miało.
W zafoliowanych koszulkach w ogromnym skoroszycie mogłam sobie obejrzeć rozmaite przepiękne lny produkcji DMC. Tylko obejrzeć. Jak zechcę je kupić, to mogę pisać na Berdyczów - czyli w rynnę i o parapet. Młody człowiek z przedstawicielstwa DMC wyjaśnił mi jaki jest problem. Otóż aby te lny (oraz nici do haftu w 30 gatunkach, jedwabie, tasiemki do koronek, ciekawe zestawy do haftu i inne produkowane przez firmę dobra) były w ofercie sklepów pasmanteryjnych, to przedstawiciel musi je od firmy kupić. A żeby je kupić, musi mieć - tu pojawiło się fatalne słówko - pieniążki. Dowcip polega na tym, ze przedstawiciel nie ma tylu pieniążków. Pewnie dlatego, że pieniążków nie mają również polskie hafciarki i podmieniają mulinę DMC Ariadną i chińskimi nićmi. Pan mi zasugerował sprowadzanie przez pasmanterię Pasja dóbr które mnie interesują. Pasmanteria Pasja będzie działać jeszcze 2 dni, co potem to nie wiadomo, a na sprowadzenie mało popularnych zestawów czeka się miesiącami. I co?
I nic. Nie popłaczę się z tego powodu. Haftowałam dawniej na polskim lnie i mogę dalej to robić.  Mam taką wprawę, że lekko nierówne nitki wątku i osnowy umiem zatuszować. Haftować można wszystkim, nawet słomą i nićmi do szycia. Nic mnie przed tym nie powstrzyma. Zrobiłam sobie zatem zdjęcia w dużej rozdzielczości interesujących mnie samplerów i po powiększeniu zdjęć można wręcz haftować z ekranu.
W Pasji jak zwykle był straszny ogon do kasy, więc ją zlekceważyłam. Pod ręką mam sklep brzydszy, ale lepiej w hafciarskie utensylia zaopatrzony. Mam kartę Visa i za pomocą usługi Pay Pal mogę sobie sprowadzić z jakiegokolwiek miejsca w Europie co chcę. Albo z E-Bay. Albo poprzez sklep ramydohaftu.pl. Bez DMC można żyć.
Niech przedstawiciel sprowadza tylko mulinę i trochę kordonku. Niech się mu dobrze wiedzie. Bo został na rynku sam. Anchor jak widać z naszych sklepów znikł, ktoś go ponoć wykupił, zwolnił ludzi i tyleśmy Anchora widziały.
Na wystawie haftów najpiękniejsze były samplery, obrazki ogródków robione rozmaitymi ściegami i bielizna stołowa coraz częściej zdobiona haftem płaskim, a nie tylko krzyżykami.
Złośliwy mój chichot wywołał pewien kotek w kwiatkach, lisek w makach, tandetne poduszki haftowane grubaśna, dziwną włóczką, Audrey Hepburn jak żywa, za to z obciętą u góry głową i nieśmiertelna Mauretanka w kucki na podmalowanym tle. Z niezrozumiałych przyczyn ten obrazek cieszy się ogromna popularnością. Haftowane obrazki widać tak już mają, że co do jednego mogłyby wisieć na wystawie kiczu. Nie było za to termosu chińskiego w rozmiarze ponad naturalnym w dwóch wersjach kolorystycznych - swego czasu popłakałyśmy się nad nim ze śmiechu z Kankanką. Ewcia jako kit największy wskazała obrazek z Dzwoneczkami, pognieciony i dość ordynarny. Zamilczymy taktownie o jakimś kocim dziecku powieszonym do  góry nogami, wskutek czego przypominało hienę.

piątek, 03 kwietnia 2009
Jutro spotykam się z koleżankami po hobby w Blue City. nagadamy się, ze nam jęzory odpadną, napatrzymy się na to, co nam DMC zechce pokazać.
Niektóre będą patrzeć z zachwytem, inne ze zdumieniem, niektóre się będą uśmiechać pod wąsem.
Nie mam złudzeń co do organizacji imprezy. Pasmanteria Pasja zwija się z Blue City i dotrwa jedynie do końca tego weekendu. Zawsze była znakomicie zaopatrzona, ale sprzedawczynie dość niemrawo załatwiały sprawy kasowe. Zatem jutro będzie tłok i ogonek do płacenia a karty się będą zawieszały i połączenia za nic nie da się uzyskać.
Ale się spotkamy, opijemy się kawy, aż nam nerwy będą brzęczały, narobimy zdjęć i naładujemy się nawzajem własnym entuzjazmem do robótkowania. Nie mam złudzeń, że żadnych ciekawostek ściegowych nie znajdę, wszak rządzą krzyżyki, a ostatnio również filc, ale co tam, ważne że kumy będą.
Ewcia już jedzie, niedługo polecę po nią na dworzec i będziemy gadać aż do późnej nocy. A rano pośpiesznie wysadzimy psa i hajda paść oczy kolorowymi niteczkami.
Ciekawam, czy gdybym naszyła sobie na swetrze napis "Gackowa" to ktoś nieznajomy by do mnie zagadał?
A tak w ogóle to co to jest "kraft"? Może dni craftu to się powinno nazywać, albo dni handarbajtów? Naprawdę nie ma na to niezwykłe zjawisko polskiej nazwy? Ot choćby takiej jak "roboty ręczne"?

 
1 , 2