Rozmaite Gackowej przypadki.
środa, 28 kwietnia 2010
Nieszczęście jest tchórzliwe. I dlatego właśnie nigdy nie przybywa samotnie.
Akurat gramy kilka nieszczęść. A nóż, a widelec jakoś z tego wybrniemy.
Jest naprawdę ponuro.

wtorek, 20 kwietnia 2010
Buty to dla mnie temat rzeka. I powód do nieustannej zgryzoty.
Odkąd zaczęłam je sobie sama kupować byłam przedmiotem kpin ze strony najbliższych.
Moja mama o zgrabnej, niedużej stopie miała zawsze butki na obcasie zgrabne i śliczne. Moja stopa, tak samo wąska jak mamina była jednakowoż dużo, dużo dłuższa i podatna na obtarcia, obtłuczenia, skręcenia i pęcherze.
I w czasach, kiedy powinnam trenować noszenie obcasów szewcy ze złotymi rękami wymarli. Wyroby państwowych fabryk i tzw. buty od rzemieślnika za późnego Gierka to była rozpacz po prostu.
Tym bardziej, że ja kwestię chodzenia traktuję bardzo poważnie. But ma być do chodzenia. A chodzenie to nie jest tuptanie po chodniczku od drzwi do samochodu i z powrotem. Chodzenie to jest kilka kilometrów ciurkiem, czasem po asfalcie, czasem po trawie a czasem po piachu - zależy, gdzie się idzie. Raz w życiu poszłam po swojemu w trasę w szpilkach i nigdy więcej tego nie powtórzę - to było trzydzieści lat temu, a nogi pamiętają to doświadczenie do dziś. Rozwodzę się nad tym, bo wielokrotnie kupując buty przedstawiałam sprawę sprzedawcom. Prawie zawsze rezygnowali wtedy z prób wciśnięcia mi czegoś wygodnego ich zdaniem i dawali mi to, co jest wygodne w moim mniemaniu.
I pewnie moja kolekcja butów używanych na co dzień wygląda tak:



Jest tego oczywiście więcej, ale każda para ma sensowną długość, wygodną szerokość i znikomy obcas.
Jakiś czas temu studiując w księgarni podręcznik męskiej elegancji znalazłam zalecenia angielskich szewców dla kupujących buty: otóż między czubkiem buta a palcami musi być ponad centymetr wolnego miejsca. But ma trzymać nogę na wysokości pięty i podbicia, ale nie ściskać palców ani na szerokość ani na długość.
Anatomia męskiej i damskiej stopy tak znowu się nie różni, a buty owszem. O ile kupując kozaki zimowe czy wiązane adidasy stosuję to zalecenie sama z siebie od lat, o tyle w przypadku czółenek i pantofelków zasada nie da się zastosować, bo buty kłapią i człapią o ile są rozsądnej długości.
I z czystej przekory i jedynie w celu posiadania kupiłam sobie wczoraj buty do oglądania.
Do oglądania ich na mnie gdy siedzę. Mogę w nich stać, zrobić kilka kroków po mieszkaniu i jeszcze mogę je bujać na palcu stopy. Zatem będę je prezentować na siedząco.



A gdy robiłam zdjęcia do tej notki ktoś żebrał o rzucanie piłeczki. Ten ktoś wyśmiał by mnie szczerze, gdybym w czerwonych, plastikowych, pseudokrokodylowych szpilach chciała iść na spacerek po lesie.



A posadzone jesienią kwiatki kwitły ile wlezie.




poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Kubrak ze sprytnie zeszytego szala skończyłam. Islandzka wełna sprawdziła się w tym wyrobie. Jest wydajna, niesłychanie sprężysta i ponieważ nie wyrobiłabym jej całej na ten kubrak, to z pozostałej części spróbuję dorobić do szala sweter robiony od góry.



Tu mam na sobie kubrak częścią kołnierzową do góry. Kołnierz robiłam zgodnie z zaleceniem projektantki ściegiem francuskim.



Tak się prezentuje tył z kołnierzem na górze.



Po spięciu kołnierza szal będzie chronił w zimie szyję pod płaszczem.



Część kołnierzowa jest na dole - szal pełni teraz rolę kamizelki dobrze otulającej ramiona. Można go spiąć broszką lub paskiem.



Tak wygląda z tyłu gdy kołnierz jest na dole.



A tu widać, jak szal jest zeszyty w całość.
I jeszcze kubrak beze mnie w środku w obu położeniach:





Kubraczek jest bardzo prosty w wykonaniu ale dość mozolny: jest to prostokąt robiony po dłuższym boku. Dla rozmiaru XS długość szala wynosi 184 cm, dla mojego 46 to było aż 212 cm. Szerokość szala to około połowy obwodu biustu.
Po obu stronach szala robi się ok 20 cm fragmenty ściegiem francuskim, pomiędzy nim jest około 7 cm ściągacza. Potem nad ściągaczem można robić dowolnym ściegiem, byle luźnym i dobrze układającym się. Włóczka powinna być sprężysta i podatna. Jeśli nie będzie się dobrze blokowała to szal raczej nas spęta niż otuli.
Cała tajemnica kubraka polega na sprytnym połączeniu ze sobą brzegu szala z wolnymi oczkami:
Składamy szal na okrągłym drucie prawą stroną do środka i zamykamy na raz (łapiąc na raz po jednym oczku z obu drutów i przerabiając je razem) oczka kołnierza drutem o 2 rozmiary większym niż te, na których robiłyśmy szal. Zamykamy oczka luźno!
Teraz pora trochę policzyć. Wyznaczyć środkowe oczko szala - ono musi przy zamykaniu być zamknięte razem z dwoma pierwszymi oczkami od kołnierza. Trzeba policzyć ile oczek zamknąć na plecach i ile zostawić na ręce. Do zamykania oczek dalej używać grubego druta.
PS. Mój szal na długość jest zgodny z przepisem, na szerokość niezupełnie, miałam już dość mozolnej roboty i chcę z islandki jeszcze sweter zrobić choćby malutki. Mimo to kubrak jest wygodny. Ale też wełna po zblokowaniu dodała mu sporo rozmiaru.

niedziela, 11 kwietnia 2010
Żałoba narodowa.
Smutno i bardzo, bardzo niebezpiecznie.
Nie ma dowództwa wojskowego, nie ma prezesa NBP, nie ma ani Prezydenta, ani jego Kancelarii.
Zabrakło posłów, zabrakło pracowników BOR, obsługi samolotu.
W administracji państwowej zieje niebezpieczna dziura.
Kto tych ludzi wpuścił do jednego samolotu??? Co to za polityka bezpieczeństwa???

Jeśli marszałek Komorowski w najbliższych dniach ogarnie jakoś ten bałagan, zwłaszcza w NBP i w wojsku, to znaczy, ze nadaje się na stanowisko i można go z czystym sumieniem wybrać na urząd.
A jeśli nie, to kogo?


Czy teraz jednak na potrzeby rządu zostaną zakupione jakieś samoloty w rozsądnym wieku i stanie technicznym, czy politycy znów popatrzą na słupki popularności i z zakupu zrezygnują? Miller wykrakał: spotkamy się w ogromnym kondukcie żałobnym.
środa, 07 kwietnia 2010
A właściwie zawsze jest trudny. Bo to święta, roboty po pachy i do tego coroczne, przewidywalne załamanie zdrowia i humoru. Tym razem lekkie i niezakłócające życia.
Ale jak nie kijem go to pałką.
Głowa boli mnie trzeci tydzień. Niespecjalnie mocno. Troszkę. Ale dokładnie i w każdej chwili mogę palcem wskazać bolesne miejsce. Na dodatek w wielką środę nie zauważyłam podniesionego szlabanu na parking w podwórku przy pasmanterii Pasja i dostałam tym szlabanem centralnie w ciemię. Guza mam do teraz.
To jest do wytrzymania i nie mam zresztą innej opcji, bo dostępne bez recepty leki przeciwbólowe nie działają na ten mini ból wcale. Za to węch mam jak pies i leciutkie mdłości. Wywącham śladowe ilości jakiegokolwiek organicznego czy też chemicznego odoru. Dziś wyprułam ze sklepu spożywczego - chyba chcieli ukryć przed klientami świąteczną awarię lodówki. Do rybnego wejść nie mogę, do zatłoczonego autobusu ani do drogerii takoż.
No i nie mogę tknąć ani cytrusów, ani czekolady ani sera pleśniowego, bo przyczajony na czerepie diabeł zacznie wielkim młotem wbijać mi w łeb gwoździe. Święta spędziłam w trzeźwości i prawie bezsłodyczowo.
Ratunek na diabła z młotem jutro do odebrania w aptece o 14, lek na cholerny mini ból i psi węch już mam w łapie.
Jutro będzie lepiej.

A poza tym po wyobraźni plącze mi się pomysł na wyrób dziewiarski z wrabianym wzorem z tęczowej kauni: na monochromatycznym tle - jasnoszarym na przykład, wzory z tęczowej nitki. Nie trzeba by walczyć z setką motków.

wtorek, 06 kwietnia 2010
Wielkanoc to jajeczne święta. Jajek schodzi nawet na niewielka rodzinę mnóstwo. Pascha, ciasta, na twardo, faszerowane itd.
Ale jakieś te jajka ostatnio jadowite. Widać wiosną kury karmi się jakąś przednówkową karmą.
Zaczęło się od mojej mamy. Kilka tygodni przed Wielkanocą spuchła na twarzy jak nieboskie stworzenie z powodu niewiadomego. Wędrowałyśmy po pogotowiach i szpitalach, aby zmusić opuchliznę do cofnięcia się. Mama spuchła na twarzy tak, ze można ją było poznać aby po głosie. W końcu opuchlizna ustąpiła, wykryto odpowiedzialne za nią choróbsko i jajka jako sprawców bezpośrednich.
Zamiast jajkami dzieliliśmy się przy świątecznym śniadaniu rzodkiewkami, bo też okrągłe i w kolorze weselsze.
Następnie jajka uderzyły w Misię. Nie pierwszy raz, sprawa nie była poważna, acz wymagała bliskości toalety, póki feralny produkt nie opuścił jej organizmu do ostatniej drobinki
W lany poniedziałek obudziłam się lekko obrzęknięta i ze swędzącą skórą. A Kacperek, który żywi się jedynie mlekiem mamy po wielkanocnym śniadaniu tejże znów jest czerwony i próbuje sobie zdrapać skórę z buzi. Mama Kacperka zgrzeszyła jedynie jedząc jajka, nawet chleb jada taki ze znanym składem, z piekarni Grzybki.
No jadowity ten tradycyjny posiłek się okazał.

Jeż poszedł sobie.
Na pożegnanie dostał na tylną część ciała kilka psiknięć Fipreksu, co go na miesiąc albo dwa uchroni od pcheł. Postawiłam jeżowe budki (sypialnię i jadalnię) na zewnętrznym, ogródkowym tarasie i Iggi najadłszy się whiskasa po wręby poszła sobie którejś nocy precz. Tak miało być, nikt tu nie zamierzał przemocą trzymać dzikiego i chronionego zwierzęcia. Mam nadzieję, że wychowa kolejne jeżowe dzieci. Pojawiły się już ślimaki i dżdżownice - będzie miała co jeść.
Szal z islandki rośnie powolutku.
I tyle mam światu do powiedzenia.

Czy aby nie pora zamknąć już ten blog? Odnoszę wrażenie, że od pewnego czasu kręcę się wokół własnego ogona.