Rozmaite Gackowej przypadki.
czwartek, 27 maja 2010
Kupiłam sobie lalkę. Trzecią w życiu. Zobaczyłam ją na wystawie bardzo eleganckiego sklepu z zabawkami i oczarowała mnie absolutnie.


Tu siedzi obok porcelanowej lali, którą wlekę ze sobą po świecie od ponad dwudziestu lat. Też ją sobie sama kupiłam. Pierwszej mojej lalki już nie mam, małą szmacianą laleczkę wypuściła kiedyś z łapek na spacerze Misia i nim się zorientowałam, że lalka wypadła z wózka, ktoś ją już porwał.
Jestem teraz w takim stresie, że nie mogę ani czytać, ani malować ani robić nic sensownego. Mogę myśleć o strojach dla laleczki. O maleńkich sweterkach, sukieneczkach i własnoręcznie klejonych butkach. Lepsze to niż upijać się na smutno.
Będę wdzięczna za jakieś pomysły. Podsyłajcie linki na gazetowego, jeśli znajdziecie coś w sieci o lalczynych strojach. Byle nie dla Barbie, bo moja laleczka to mała, pulchna dziewuszka z miękkim tułowiem.

Do zabawy zaprosili mnie kriss, który pięknie szydełkuje i Kankanka.
Nie bardzo znam zasady zabawy, chyba chodziło o znalezienie na własnym komputerze najstarszego folderu ze zdjęciami i pokazanie konkretnej, dziesiątej sztuki.
Nic z tego, nie pokażę, bo to jakieś konferencyjne zdjęcie obcych ludzi - ot siedzą w auli i słuchają jak jakiś pan gada.
Sięgnęłam zatem do pudełka po butach oklejonego tapetą w róże, gdzie mam archiwum zdjęć papierowych i wcale nie wybrałam dziesiątego, tylko właśnie to:



Zdjęcie zrobiłam w maju 2004 roku w Parku Ujazdowskim. Przedstawia ono moją babcię.
Babcia miała wtedy 93 lata.  Zrobiła się tej wiosny taka krucha i nieobecna, że na codzienny spacer wzięłam aparat i zrobiłam jej serię zdjęć. Babcia wtedy lepiej dogadywała się z gołębiami i sikorkami niż z ludźmi. Na spacery brała torbę pęczaku kujawskiego  albo jakiejś kaszy i karmiła ptaszęta. Ptaszęta nie miały jak widać nic przeciwko temu.
W lipcu babcia zmarła.

wtorek, 25 maja 2010
Czytam sobie na blogach i forach jakie to jesteśmy my, rękodzielniczki artystyczne.
Na kursie rysunku, na który chodzę, z sześciu zostały nas dwie. Te cztery, które się wykruszyły też w kółko gadały o artyzmie, o tym jak one świat widzą - pewnie inaczej niż zwykli śmiertelnicy - a na wskazane przez prowadzącą zajęcia błędy reagowały twierdzeniem, ze to był świadomy zamiar.
Świat pełen jest artystycznych dusz, fikających nogami przy rurze,  zamalowujących kredkami kolejne arkusze papieru, brzdąkających na gitarach, klejących razem szmatki i papierki, szydełkujących i dziergających na drutach z przepisu oraz z głowy, haftujących jelenie i kwiaty.
Rozumiem, czemu to robimy. Sama produkuję podobne rzeczy. Ale opowiadanie o artyzmie w tym kontekście to gruba przesada. Mnie interesuje raczej rzemiosło: jak wydziergać sweter, aby pachy nie wyły, aby był użyteczny i ładny. Czym i jak haftować, żeby haftowany przedmiot pasował do zdobionego wnętrza, żył długo mimo prań i prasowań, a jego wzornictwo nie budziło złośliwego rechotu.
To samo z obrazkami. Niech o czymś opowiadają, niech będą wesołe, niech pokażą światu, że w oczach mam nie tylko astygmatyzm ale i ciut spostrzegawczości.
Nie ma mowy o artyzmie jeśli przedmiot jest wykonany z gotowego wzoru. Jeśli jest w tym jakiś artyzm, to wyłącznie autora projektu, a nie wykonawcy.
Zresztą jak mawiała moja nauczycielka rysunku - profesjonalna malarka - artystą się bywa, a nie jest.
Czasem coś się uda niebywale a czasem kaszana powstanie okropna.
Mimo to całe mnóstwo amatorów różnych dziedzin strasznie chce być tak samo traktowanych jak profesjonaliści. Dla jednych to hobby, dla drugich to zawód, źródło utrzymania. A rynek jest płyciutki, ze sztuki utrzymać się jest bardzo trudno. I nic w tym dziwnego, że profesjonaliści starają się swoje źródło utrzymania uczynić niedostępnym dla amatorów. A skoro już tym amatorom tak strasznie zależy, to nich płacą za kursy i nauki.
Zamiast gadać o artyzmie trzeba by się rzemiosłem zająć poważniej. I poważniej je traktować.
  
21:10, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (7) »
sobota, 22 maja 2010
Śniło mi się niedawno, że znów muszę zdawać maturę. To ponoć popularny sen i co jakiś czas w porze matur przeżywam nocne lęki. Niegdyś pociłam się przez sen ze strachu, że mam zdawać matematykę, a już tyle lat nie byłam na lekcji matematyki. Nawet przez sen drugie pól głowy przytomnie mi tłumaczyło, że nie chodzę na matematykę, bo wykładam niemiecki i żadnej lekcji nie opuściłam, nie mam się czego bać. Ale to nic nie pomagało. Budziłam się z takiego snu z wielką ulgą.
Tym razem, ubrana w granatową spódnicę i białą bluzkę, najwyraźniej smukła i wiotka szukałam po całym domu długopisu na tę maturę. A przy okazji również własnego świadectwa maturalnego, bo druga połowa głowy darła się do mnie przez sen, że maturę przecież mam dawno zdaną, tylko kwitek trzeba znaleźć.
Oczywiście nie mogłam znaleźć ani długopisu, ani świadectwa. Lubię pospać, ale po takim śnie zerwałam się z łóżka z ochotą.
Dziś na zajęciach plastycznych byłam sama. Tylko ja i prowadząca.
I się doczekałam. Pomysłu, żeby zrobić uprawnienia artysty nieprofesjonalnego.
Po 5 latach ciężkiej orki amator może zrobić takie uprawnienia w ZPAP. Trzeba chodzić na wykłady teoretyczne do profesorów, uczyć się malarstwa w kilku pracowniach, przynosić regularnie swoje prace do oceny profesjonalistom, płaszczyć się, być twardym i uległym na raz, wydać na te nauki mnóstwo pieniędzy i to wszystko właściwie nie wiem po co.
Pewnie dla pieniędzy. Bo wtedy można prace legalnie sprzedawać. A ponieważ rynek sztuki jest u nas płyciutki, amator się nie ceni, to urywa klientelę profesjonalistom.
Pieniądze z tak długiego cyklu kształcenia amatorów mają również wykładowcy i prowadzący pracownie.
Mogę sobie również wyobrazić, że ambitni amatorzy zagospodarowują sobie w ten sposób czas.
Pamiętna snów o maturze dam sobie spokój. Zdałam już wszystkie przypadające na mnie egzaminy teoretyczne i starczy.
Podzieliłam się moimi przemyśleniami z Tomkiem i z mamą. Tomek powiedział, że właśnie z takiego samego powodu nie spieszy mu się do habilitacji.
A mama przyznała, że właśnie z tego powodu nie zrobiła doktoratu. Zwłaszcza, że w jej dziedzinie wiedzy najciekawsze prace doktorskie znajdowano za komuny na śmietniku amerykańskiej ambasady.
Zatem będę kundlem bez papierów, za to z kredkami.


18:30, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (14) »
niedziela, 16 maja 2010
Pierwsza chusta z kauni jest gotowa. Waży 100 gram, bo chciałam mieć chustę dużą. Na stronie producenta jest wzór na takąż właśnie ogromną, koronkową okrywajkę. Aby mieć jakieś wyobrażenie o końcowym rozmiarze, policzyłam ile razy się w tej chuście zmienia kolor. To chyba jedyny sposób orientacji, bo w robocie na drutach 80 cm wcale moja chusta nie wyglądała na specjalnie wielką.


No owszem, zakręcić szyję się nią da i na zimę taka niezblokowana jako szalik będzie doskonała. Ale ile w rzeczy samej ona ma rozmiaru?
Blokujemy!
A żeby się nie narobić przypinając i każde oczko szpilką i ciągnąc bez umiaru zrobiłam tak:


Stare druty proste doskonale nadają się do blokowania właśnie. Już wiem, czemu ich nie wyrzuciłam.
Zainspirowała mnie do tego Dziunia opowiadając o szpadkach do szaszłyków jako idealnym narzędziu do napinania. Druty proste są dłuższe! Bez przypinania szpilkami do podłoża chusta ma teraz 210 cm szerokości po długim boku i 106 centymetrów długości. Jak by się kto uparł to można jeszcze bardziej ją wyciągnąć.


Wzór ze strony kauni nadaje się tylko dla doświadczonych dziergaczek, bo nic się w nim nie zgadza. Border wzięłam właśnie   stamtąd. Niestety, ani zalecana liczba oczek nie pasuje, ani schemat się nie zgadza. Skończyłam go robić przedwcześnie o kilka rzędów spłoszona wielkimi, nieuzasadnionymi brakami na schemacie w okolicach środkowego, pionowego paska. W kilku miejscach borderu oczka są stłoczone, bo na gwałt trzeba ich było dobrać.
Prościej samemu coś zaprojektować niż bawić się w poprawianie w trakcie roboty byle jakiego projektu.

środa, 12 maja 2010
Przegonienie smutnych myśli to nie taka łatwa sprawa. Nie mogę czytać, bo myśli się błąkają i co chwila tracę wątek. Kryminały jakieś głupie się zrobiły, postaci papierowe, problemy wydumane i czasu na nie szkoda.
Ratunek przyszedł od Ewci. Ewcia, która mnie jak zwykle rozpieszcza przysłała mi książkę pod frapującym tytułem: 440 ściegów na drutach wydawnictwa RM. Naturalnie rzuciłam się na nią jak pies na kość. Ściegi są naprawdę przepiękne! Ale żeby nie było za łatwo nie ma do nich schematów, tylko opisy rząd po rzędzie, na piechotę.
Tłumaczka, Agnieszka Chodkowska-Gyurics zadała sobie naprawdę sporo trudu, aby język angielskich skrótów dziewiarskich przełożyć na polski.
Stworzyła zatem zupełnie nowe, pozornie polskie druciarskie skróty. Utworzyła nowy język! Znacznie bardziej skomplikowany niż ten, którego nas wszystkie Matka Burda uczyła. Żeby to pojąć, trzeba owe skrótowce przełożyć mentalnie na skróty angielskie. I wtedy coś świta.
Cud polega na tym, że na tych zagadkach mogę się skupić! Nie wykluczam, że nabędę wielki zeszyt w kratkę ii przerobie co ciekawsze ściegi na schematy. Taka działalność wycisza durne myśli.
Może mi ktoś przy okazji wyjaśni czym się różni narzut od nitka do przodu, od narzutu lewo-prawego, lewo-lewego, prawo-lewego i prawo-prawego? Brzytwa Ockhama by się tu chyba przydała.

Odniosłam dziś wielki sukces pedagogiczny może psologiczny?
Rozwiązałam tym samym kwadraturę koła: jak jeździć na rowerze tyle, co lekarz kazał i nie zamęczyć towarzyszącego mi psa? Kretka przy rowerze biegnie jakieś 3 kilometry a potem już nie chce. A ja powinnam robić ich ze 20. Albo i lepiej.
I dziś, jadąc na działkę aby posadzić pomidorki udało mi się przekonać psa, co by dał się przewieźć w koszyku przyczepionym na stałe do bagażnika. Najpierw poprowadziłam rower z psem siedzącym w koszyku, a potem wsiadłam sama i popedałowałam dość ostrożnie. Psi łeb przytulił mi się do pleców i problem został rozwiązany.
Jeszcze rok temu Kretka patrzyła na mnie jak na mordercę, gdy próbowałam tego manewru. Nawet raz ją próbowałam do tego koszyka przywiązać. A dziś się samo udało. Widać i pies musi do pewnych rzeczy dojrzeć. Bolące łapy jako metoda tresury...



sobota, 08 maja 2010


Forsycja zupełnie do luftu. Prowadząca nie chciała tego wyrzucić.



Korale i wielka połać pustego lustra, w której coś się pojawiło.



herbata jest prawdziwa, kwiatki też. Bułki stare, ale nie widać.





A to dzisiejszy plon.

14:06, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (13) »
środa, 05 maja 2010
Ten przepis znajdziecie u Nigelli i jest naprawdę wystrzałowy. Pewien młody człowiek wziąwszy deser do ust o mało nie zemdlał z zachwytu i wcale mu się nie dziwię.

Produkty: 4 białka jajek
szczypta soli
250 g cukru pudru
2 łyżeczki skrobi kukurydzianej lub mąki kartoflanej
2 łyżeczki białego octu winnego lub octu balsamico
pudełko śmietanki kremówki - ja biorę 36 % UHT
owoce z puszki lub świeże do dekoracji

Wykonanie:
Nagrzać piec do 180 oC, dużą blachę wyłożyć papierem do pieczenia.
Białka ze szczyptą soli ubić na sztywną pianę i dodawać do niej po trochu cukier wciąż ubijając, aż zrobi się sztywna, połyskliwa piana. Dodać do niej skrobię i ocet - dzięki nim w bezie powstanie wilgotna warstwa. Można dodać kilka kropel zapachu waniliowego.
Masę wylać na blachę, włożyć do pieca i natychmiast zmniejszyć temperaturę do 150 oC.
Piec godzinę i kwadrans mniej więcej.
Ostudzić, położyć na wielkim talerzu i dekorować ubitą śmietanką i owocami.
Nigella nie słodzi tej dekoracyjnej śmietanki, ja słodzę bardzo niewiele i dodaję do niej kroplę zapachu waniliowego. Ponoć owoce powinny być kwaśne, ale widzę, że każde są dobre.

wtorek, 04 maja 2010
Lubię ryż. Nikt mnie w dzieciństwie nie dręczył ryżem z jabłkami i cukrem i pewnie dlatego go lubię. Jest cudny jako dodatek do dań z sosami.
Długo szukałam metody na ugotowanie go w pełni idiotoopornej (foolprof) i w końcu ją znalazłam. Ryż tak ugotowany jest twardawy, nie rozpaprany, na dodatek możliwe są rozmaite kombinacje i odmiany wykonania.

Przepis podstawowy:
Ryż do ugotowania odmierzyć, wypłukać i wsypać do garnka. Zalać zimną wodą w ilości 1,5 miarki wody na 1 miarkę ryżu. Osolić.
Gotować na średnim ogniu do zawrzenia. Zakryć garnek pokrywką, ogień zmniejszyć do minimum i gotować 10 minut.
Zgasić gaz, nie zdejmować pokrywki przez następne 10 minut.
Gotowe!

Teraz dygresja o jakości ryżu. Do wszelkich potraw typu risotto ryż nie powinien być płukany, chodzi o zachowanie tego białego pyłu, który jest na wymłóconym ziarnie. Ten pył powoduje fajne sklejanie się ziarenek w risotto. Jeśli jednak wiemy jak w Azji ryż bywa młócony, to płukania sobie nie darujemy: w biednych wioskach ziarno do zmłócenia wysypuje się na drogę i przegania po nim bydło. Krowy, owce, świnie i kozy dotąd tupią po ryżu, aż go wymłócą. Mechanizacja procesu polega na jeżdżeniu po ryżu samochodem.
Chyba tylko włoski ryż na risotto pakowany próżniowo nie musi być obowiązkowo płukany.
Sama kupuję wyłącznie ryż pakowany w szczelne worki. Bo się brzydzę moli zbożowych, które mieszkają w ryżu w papierowych workach i w dziurkowanych torebkach do gotowania. Kilka złotych za kilogram nie jest warte ryzyka, że całą kuchnię trzeba będzie demontować, żeby tych moli się pozbyć.

Koniec dygresji, ryż w wersji wypasionej:

W garnku rozpuścić sporą łyżkę masła i zeszklić na nim drobno posiekaną cebulę. Wsypać odmierzony ryż i cały czas mieszając pilnować, aby nie zbrązowiał - ma się zrobić trochę szklisty. Zalać odmierzonym płynem, którego ma być 1,5 razy tyle, co ryżu. Płyn składa się ze 100 ml białego wytrawnego wermutu (u mnie zawsze Ciociosan) i bulionu z kostki Knorr. Zawartość garnka zagotować, zakryć pokrywką, zmniejszyć gaz do minimum i gotować 10 minut.
Potem zgasić gaz i nie podnosić przez 10 minut pokrywki.
Julia Child nakazuje zamiast gotowania na małym gazie zakryte naczynie z ryżem wsadzić na kwadrans do bardzo gorącego pieca - skutek jest taki sam! Julia zakazuje płukania ryżu, choć całe lata była w Chinach.

Ryż z bakaliami robi się identycznie, wraz z płynem do ryżu wrzucić obrane migdały, rodzynki, ewentualnie pokrojone daktyle.
Mnie się ostatnio pomyliło i suszone kalifornijskie śliwki, które miały być do szaszłyków trafiły przypadkiem do ryżu. Efekt bardzo interesujący, nikt nie narzekał.

Jeżeli chcemy zrobić ryż wcześniej i nie bawić się w podgrzewanie, gotujemy go z dodanym płynem około 5 minut, a potem szybko zawijamy zakryty garnek w gazety, koce, opatulamy poduszkami i kołdrą. Dochodzi sam z siebie i długo, długo jest gorący.

poniedziałek, 03 maja 2010
Wełna kauni leży i cichutko woła z kąta: zajmij się mną! Kolorowa jest i śliczna w sam raz na koronkową chustę. Możliwe, że koronkowa bluzka tez by była piękna, ale nie pałam chęcią posiadania koronkowej bluzki w poprzeczne paski. I tak bez dodatkowych efektów optycznych jestem szeroka jak szafa.
Zaczęłam zatem szukać wzoru, bo w chustkowych improwizacjach mocna nie jestem. Na stronie kauni  znalazłam chustkę akurat dla mnie. Szczęśliwa, że opis jest i po niemiecku i po angielsku i jako schemat natychmiast go sobie wydrukowałam i zamarłam. Był drobniejszy niż schemat krzyżykowy, łatwy do pomylenia się, bez zbliżenia widoku gotowego wzoru. Robiąc go nie wiadomo było, czego oczekiwać. No i wełnę 1 ply bardzo łatwo porwać robiąc trzy oczka prawe na raz. Jak mi wszystko z drutów zleciało od porwanej wełny, dałam spokój.
Znalazłam w zbiorku ściegów coś podobnego ale nie tak niejasnego w opisie i śmigam. Jak chusta będzie miała wielkość stosowną, a ilość oczek na drucie będzie wielokrotnością 14 to zrobię firmowy brzeg i tyle. Dodaję oczka wzdłuż brzegów i na środku i jak się w rzędzie robi miejsce na nowy motyw, to go dziergam - żadna filozofia.




 
1 , 2