Rozmaite Gackowej przypadki.
poniedziałek, 30 maja 2011
Znów byłam na wagarach. W Poznaniu, u Rozelki na lalkowym spotkaniu. Naoglądałam się lalek za wszystkie czasy - a było ich mrowie a mrowie. I dolfy i reborny jak żywe niemowlaki ze smoczkiem na magnesik, i stada Barbiów i eleganckich integritek. I Azone i stare Petry i makabryczne i śliczne Little Apple Dolls. Taką jedną to sobie nawet przywiozłam, Elisię niejaką. No zawrót głowy po prostu. 
Już bardziej wiem, czego sobie zupełnie nie życzę mieć i bardziej wiem, co ewentualnie mieć chcę. Ale nie będę się spieszyć, bo dom umeblowany lalkami zawsze wygląda tak samo: jak półeczki w III grupie przedszkolnej. 
Nie będę tu prezentować zdjęć z tego spotkania, bo nie wiem kto chce, a kto nie chce być pokazywany na cudzym blogu. Za to zdjęcie mojej osoby zrobione przez Ewę z Raju Lal mogę pokazać. Popastwiłam się nad tym zdjęciem: zrobiłam sobie wirtualne włosy i wirtualny cień talii oraz inne wirtualne uroki. Jakob ma taki sam sweter jak ja! Też robiony od góry z tego samego Noro.



I teraz czuję się jak celebrytka z okładki.

No i skończyłam sweter z niebieskiej alpaki. Wpadkę zaliczyłam rozmiarową. Uznałam, że jestem XL, a chyba jestem XXL, albo nawet XXXL. No i teraz mam sweterek taki:


Cudowny w dotyku, miękki, ciepły, rozkoszny, ale taki akuracik bez zapinania się. W jednej listwie dziurki na guziki są, zimą doszyję guziki, zeszyję listwy do wysokości ściągacza i będzie bluzka. Na razie będzie sweterek noszony bez zapięcia. Nauczyłam się robić ukośne warkocze. bardzo łatwe, jak się wie jak.


Tak to jest, jak w pisemku nie ma tabeli rozmiarów tylko niejasne symbole.
Spokojnie mogłam zrobić sweter większy, bo 150 gram jeszcze mi zostało. Mam jeszcze taką alpakę w innym kolorze - drugi będzie większy!
A na druty wskoczył biały kid moher i powstaje cudny, biały estończyk. Będzie leciutki jak tchnienie letniego zefirka. Mam kolejny patent zapobiegający błędom w ażurkach: między pełnymi motywami  wzoru siedzą sobie markery do oczek. I wiadomo, że się błąd zrobiło nim się motyw skończy. Trzeba spruć jakby co kilka oczek a nie 2 rzędy. Co jak wiadomo przy pracach z moheru MA znaczenie.


piątek, 20 maja 2011
Coś dłubię na drutach, coś szyję powolutku. Kolejne torby na zakupy z niesłychanie wesołych tkanin z piekielnie mocnymi uszami na przykład. Bo te torby z marketu za kilka złotych do niczego są. Uszy mają za cienkie i takie cienkie uszy boleśnie się w ręce wpijają.
Zatem szyję sobie torby z uszami z taśmy parcianej.
Na drutach kończy się sweter z alpaki Adriafilu i choć to urocza włóczka, robota idzie jak krew z nosa.
W planach na szybko są kolejne dwa szale estońskie dla dobrych koleżanek. Wzięłam grubsze druty, nauczona doświadczeniem szala nr 1 początek robótki zrobiłam na porządnych druciskach, żeby wszystkie początkowe pętelki niezbędne do przyszycia brzegu były dobrze widoczne.
Na wakacje nigdzie nie jedziemy. Powodów jest wiele, ale najważniejszy z nich jest taki, że nigdzie nie będzie nam wygodniej niż w domu. Morze spalone, bo ja się tam drapię a pies rzyga. Cukrzycy nie przysłuży się jedzenie z budek przy deptaku. A jak mam sobie gotować to wolę we własnej kuchni a nie kątem w korytarzu na maszynce elektrycznej.
Tras rowerowych mamy tu więcej niż w Klebarku, ogródek dla zwierzaków mamy, tarasy i zabawki dla siebie mamy, dwa baseny kryte w promieniu 500 metrów stoją.
Póki mieliśmy ciasno to trzeba było uciekać bodaj w wakacje i się przestrzenią napawać. Teraz mamy miejsca do licha i nigdzie nas nie goni. Pojedziemy sobie może gdzieś na dzień lub dwa, ale tłuc się pół świata, po to, żeby z dwoma zwierzakami siedzieć w klitce - nie. No i jeszcze jedno: postawiliśmy na kilka dni rowery w ogródku. I ktoś już do tego ogródka wlazł. Wyłamał parę nowych sztachet (na szczęście wrzucił je do ogródka, a nie zabrał ze sobą) i pewnie zabierał się do porwania rowerów, ale te były przypięte do wielkiego, kolczastego jak diabli jałowca.
Nie ma co ryzykować. Kupimy lampę z czujnikiem ruchu i zamontujemy w ogrodzie. Po co się martwić bez potrzeby?
Dwupies prowadzi życie tarasowo- ogródkowe i jest bardzo szczęśliwy. Kretka nie potrzebuje już takich długich spacerów. Prześwietlenie ujawniło u niej paskudne zwyrodnienie kręgosłupa. Jeżeli leczenie zapobiegawcze nie pomoże, skończyć się to może niedowładami. Jasne jest, czemu nie chciała biegać przy rowerze - takie zmiany są bardzo bolesne. Muszka z połamaną miednicą i futrem jak niedźwiedź też nie toleruje w upał wielkiego wysiłku. Zatem będziemy się latem lenić na tarasach, a ja się na rowerze wyjeżdżę za wszystkie czasy bez psów przy prawej nodze.

I jeszcze dodam, że mi się koncept blogowy kończy. Pewnie to chwilowa strata formy, ale jasności myśli nie mogę uzyskać koniecznej dla czystego przekazu. Taka karma.

poniedziałek, 16 maja 2011
Wiosenna melancholia poszła sobie tam, gdzie zawsze powinna siedzieć, czyli znikła z horyzontu. Nie ma jednak tak, żeby się kobieta nie miała czym gryźć. Tyle, że teraz gryzę się trochę weselsza i bardziej skoncentrowana.
Pięta mnie ponadto boli niestety. Bolesny zastrzyk w piętę, wykonany przez ortopedę w 3 minuty po tym jak dziobnął mnie paluchem w tę piętę a ja omal nie odfrunęłam z kozetki stłumił ból na 3 dni. Możliwe, że za bardzo się ucieszyłam skutkiem tego zastrzyku i pochodziłam za dużo, ale fakt, że znów boli.
Kazałam Panu Mężowi wywlec z ciemnicy rower, zrobiłam zwiad na pływalni SGGW i trzeba będzie zażywać innego ruchu niż spacery bo pięta tego nie wytrzymuje. A jak ruchu nie ma to obwód w pasie rośnie natychmiast.
Mimo to czuję potrzebę koloru. Na sobie. Barw mocnych, nasyconych, chłodnych i wściekłych. A nawet z pazurem. I pazury mam łaciate za sprawą modnego lakieru do paznokci pękającego we wzorki.

Pocztą przybyła do mnie ulotka IKEA dziękująca Polsce za wspólne sukcesy. Za sprawą owocnej współpracy od 50 lat. I mam konkretne, wcale nie mieszane uczucia co do tej ulotki. Bo skoro ta współpraca od tylu lat taka owocna, to dlaczego, dlaczego pytam się mieliśmy w latach 70 i 80 ubiegłego wieku tak koszmarne meble? Dlaczego nie można ich było robić na wewnętrzny rynek tylko dla IKEA? Dlaczego po meble trzeba było tygodniami warować pod Emilką? Dlaczego do katalogów IKEA z rozsądnymi meblami w nieludzkich dla nas cenach modliliśmy się jak do ikony? Hipokryzją mi te podziękowania śmierdzą i najwyraźniej są skierowane do ludzi, którzy komunistycznego meblowego piekła nie pamiętają. Maja na celu jedynie budowanie wizerunku firmy w młodszym pokoleniu, a starsze pokolenie, pamiętające, że ładne było na eksport a brzydkie do użytku wewnętrznego niech skona, dostanie sklerozy i choroby Alzheimera i niech nic na miłość Boską nie mówi o tym, jak było.
Bo dla mnie w ustroju słusznie minionym najokropniejsza była brzydota. Bezmyślna, okropna, wszechogarniająca brzydota. Tak miałam od dziecka. Brzydota bolała jak się na nią patrzyło. Brzydkie przedmioty były jak strupy i grzybica na rzeczywistości. Niestety, były wszędzie.

Dlatego teraz zaraz zabieram się za kolejną produkcję rzeczy ładnych. Wykonanych starannie i z sercem. Dla ludzi, których lubię i cenię i żeby też mieli rzeczy ładne. Będzie to mozolna dłubanina, ale efekt będzie ładny, a nie brzydki.


wtorek, 10 maja 2011
Miniona właśnie rocznica urodzin skłania mnie do takich ponurych rozważań. No bo niby jak nie wyglądać staro? No jak? Skoro się wygląda jak wygląda?
Młodego wyglądu się imitować nie da, ale można sobie szuflą lat nie dokładać. Najprościej się rozejrzeć uważnie po ulicy i zaobserwować, co NIE JEST noszone, a co być może same nosimy.
Fryzurę i makijaż odmienić jest bardzo łatwo, a nic, no nic tak nie dodaje lat jak fryzura noszona niezmiennie od matury w roku pańskim 1980 i makijaż, którego nie zmieniamy od 20 lat. Nauczyłyśmy się tak, jak nam "Przyjaciółka" radziła i trzymamy się jak pijany płotu tej jedynie słusznej metody. Szminki, która pasuje może 10 % populacji, tuszu ze szczoteczką jak w z Celii i perłowego lakieru do paznokci, o którym świat już zapomniał. No i niebieskich cieni do oczu. A kysz!
A tu weszły na rynek cud bazy pod makijaż, nowe typy cieni nie podkreślające zmarszczek i cud nad cudy: błyszczyki barwne i bezbarwne nie rozmazujące się na zębach i po okolicy. Nie wspominając o sprytnych korektorach pod oczy zabierających w ciągu 5 sekund z 10 lat życia w stresie. Tylko się bawić.
Siła ciążenia działa nieustannie i to i owo zaczyna zwisać niestety.
Każdy optyczny środek przeciwdziałający grawitacji pomaga. Okulary mają pokazywać zewnętrznym kątem w górę. Włosy nie mogą zwisać w kucyku (no chyba, ze się jest Alicją, jej mogą) a spódnica za długa ciągnie nas do ziemi. Skrócić - byle nie za dużo. No i stanik trzymający cycki tam, gdzie powinny być. Oraz koszulki i galoty prasujące na kobiecie fałdzistości oponiaste w pasie i na plecach
Ostatnimi czasy zdecydowanie passe są rajstopy cieliste. Pewnie ta moda przyszła z Wysp Brytyjskich, ale błyszczące, cieliste rajstopy wyglądają staro jak cholera. Kolorowe się nosi. Albo żadne. Za to w Rossmanie leży super spray do stóp zastępujący skarpetki. Jest świetny - działa i nie lecą w nim oczka. Mam i już kocham.
cdn.

Momoki dostały dwie sukienki. 
Niby żaden wyczyn, ale te laleczki znane są z bardzo starannie wykonanej odzieży imitującej doskonale stroje współczesnych nastolatek. Wstyd byłoby się na wstępie podłożyć, paść i kwiczeć. Zrobiłam wykrój z niewielkimi jak mi się wydawało trudnościami technicznymi i zabrałam się do pracy. Niby wszystko było pomierzone, skontrolowane - ale górę wzięła moja bezfastrygowa metoda szycia na maszynie i nawyki z szycia dziecięcej odzieży, gdzie wszystko musi być zeszyte na beton i stal.
Skutek? Krzywo, wyje i sterczy.
W tej skali szwów się nie wykańcza maszynowo, bo sztywnieją. Nie ma mowy o dwukrotnym przeszyciu pasmanterii. Nawet lekki haft angielski na batyście niemożliwie usztywnia ubiór. Dobrze się musiałam przyłożyć do dodatków i układu lalki, żeby to zdjęcie wyszło lekko.


Za drugą sukienkę z tego samego wykroju zabrałam się inaczej: żadnych wykończonych szwów, ręczne wszycie rękawów, ręczne marszczenia. I co? I gra.



To naturalnie ta sukienka w kratkę. Momoko siedząca ma oryginalny strój - do takiej maestrii sporo mi brakuje, ale się nauczę.
Jak przejdę szkołę w na lalce wielkości Barbie, to ubranie czterdziestocentymetrowych tonnerek będzie rozkoszą.
11:43, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (4) »
wtorek, 03 maja 2011
Panie z ulicy Mokotowskiej wciąż zasilają moje zbiory szmatek i szmateczek. Nie wszystkie materiały dekoracyjne nadają się dla lalek a niektóre kawałki są całkiem spore. Mozna uszyć z nich coś całkiem przydatnego. Przeglądając Vogue z zamiarem przerobienia wielkiej mody na lalkową wpadły mi w oko torby od Prady zrobione bez wyjątku z leżakowego płótna.
W paski.
Poszłam do pań i spytałam, czy życzą sobie mieć pasiaste torby na zakupy. We wzór, który promuje Prada i który występuje na podarowanych mi resztkach. Panie nieśmiało pokiwały głowami.
No to zrobiłam dwie torby. Z uszami z parcianej taśmy, z zewnętrznymi kieszeniami, z podszewką i w paski!






Są wesołe, mocne i bardzo pojemne.
A żeby nie było, że o swoich wcale nie dbam, to dla Misi popełniłam skarpetki. Nie wiem, czemu moje dziecko tak wielbi takie skarpetki, ale nigdy ich nie odmawia.



Pięta rzędami skróconymi zrobiona wygląda jak fabryczna. I nie ma co ukrywać, ze robi się ją bardzo szybko.
Lalki Momoko podobają mi się tak, że mam ich już trzy. Wczoraj bardzo niezadowolony listonosz przyniósł mi właśnie trzecią. Jechała z Dublina całe trzy dni! Teraz rozgląda się po obejściu. Paskudne kraty nie podobają się jej ani trochę, ale reszta i owszem. A drukarka pluje wykrojami japońskich mundurków szkolnych. Jeszcze chwila a zacznę rozumieć krzaczki, bo instrukcje z japońskich pisemek o lalkach (i o torbach) są zaskakująco precyzyjne i jasne. Nazwa lalki popularnej w świecie zachodnim podana jest alfabetem łacińskim, miniaturowy rysunek ubranka opisany jest cyferkami podającymi kolejność szycia a wszystkie trudniejsze etapy są zilustrowane. To się nazywa instrukcja obsługi.
Oto najnowsza Momoko - najtańsza, bieliźniana wersja.



Widać, że to lalka japońska mająca coś wspólnego z mangą. Ale nie za dużo wspólnego na szczęście. Pozuje jak marzenie, z właściwymi butami wygląda naturalnie i ma śliczne uszka i psotny wyraz twarzy - nie jest ani trochę zdzirowata. Lalusia marzenie jak dla mnie. Zaplotłam jej warkoczyki, bo niewykluczone, ze zamieszka w mojej torebce. I włosy by się bardzo zniszczyły.
Nie tylko mnie się podoba Momoko....