Rozmaite Gackowej przypadki.
czwartek, 24 maja 2012


W sobotę przywiozłam z byłej maminej działki pąki irysów. Mało ich bardzo w tym roku. Obecną właścicielkę kwiaty raczej nie obchodzą, woli hodować szpinak, sałatę i ogórki. Pozwoliła mi wziąć kwiatów ile chcę. 
Inne irysy będę malować już z cudzych ogródków i ze starych zdjęć. A wolę żywe.
Jeszcze kilka dni i będą peonie. Ale to dużo większe wyzwanie niż dość proste w budowie irysy.


Poczytałam, co ostatnio tu napisałam i widzę, że zaczynam wyłącznie narzekać.
Ponieważ damie narzekanie nie przystoi, a mam ochotę narzekać jeszcze bardziej, chwilowo zawieszam pisanie. Nikt narzekań nie ciekaw i nie ma co ludzi dręczyć.
Może się zestarzałam i przynudzam.
Może.
14:12, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (15) »
piątek, 18 maja 2012
Passe partout, czyli po ludzku mówiąc paspartu potrafi wiele, potrafi pomóc nawet najmarniejszemu gryzmołowi. I pomogło.



Nareszcie w mojej okolicy pojawił się sklep z przyborami do takiej twórczości, ryknęłam i zawyłam z radości znalazłszy wielkie pudło tektur przyciętych już do standardowych rozmiarów.
Niestety, pastelowych obrazków nie da się bez nich nawet przechowywać. Sucha kredka się osypuje nawet po użyciu fiksatywy. A fiksatywy trzeba używać z umiarem, bo pożera kolor.
No i teraz mam sklep z papierami, fiksatywami i innymi cudami na podorędziu, nie trzeba po to do śródmieścia jechać. I dobrze, bo takie tektury się piekielnie niewygodnie transportuje.
Jutro jadę z Canonem pod pachą na działki na kwiatkowe łowy, coś się potem narysuje! A jeżeli przywiozę żywe irysy, to się narysuje i namaluje na bank. Za irysami przepadam, ale nie mam ani jednego obrazka, poszły do ludzi.
Szkoda tylko, że tan sklep z pomocami do malowania powstał na miejscu jedynej w okolicy księgarni a nie w miejscu jakiegoś banku albo sklepu z materacami. 
No ale książki to już się teraz tylko w Merlinie kupuje, a akurat punkt odbioru Merlina jest na miejscu.

22:27, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 maja 2012
Ach, mieć znów siedem lat, siedzieć w kącie z górą gałganków i szyć lalkom!
Wziąć od babci krawieckie nożyczki (ale pamiętaj, odłóż na miejsce!) i niczym się nie przejmując ciąć gałgany, owijać lalki strzępkami i mieć z tego kupę frajdy.

W końcu jest miejsce, są gałganki, są lalki i są nożyczki. Krawieckie, ostre piekielnie z tytanowym wykończeniem ostrzy, tną bez wysiłku aż do samych czubków.

Tnę te gałganki, znów mam prawie te siedem lat i nagle ciach......
i wycięłam sobie na wskazującym palcu lewej ręki cudną, głęboką zaszewkę. Na samym stawie.
Za pomocą zębów i jednej ręki zatamowałam krwawienie i zrobiłam opatrunek. I znów mam tyle lat, co mam.
Przerwa w szyciu do wygojenia.

Szycie jest piekielnie niebezpieczne.

A na stroje czeka stado zniecierpliwionych dam.


13:23, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (7) »
wtorek, 15 maja 2012
Za trzy tygodnie zaczyna się Euro 2012. W dni meczowe będzie w stolicy nieprawdopodobny bałagan. W centrum miasta wydzielono tzw strefę kibica, gdzie każdy kibic na telebimie sobie będzie mógł oglądać mecz i raczyć się do woli piwem Carlsberg, aż mu się to piwo nosem wyleje.
Teoretycznie w strefie kibica powinni być tylko kibice, policja i piwne ogródki.
W praktyce są tam jeszcze inne rzeczy: tuż obok są budynki z mieszkańcami, sklepy i na przykład szkoły podstawowe z całkiem małymi dziećmi.
Niektóre z tych szkół będą w dni meczowe zamknięte, i słusznie. Bo niby jak doprowadzić dzieci w miejsce, gdzie z pewnością kibice będą co najmniej nawaleni jak bombowce.
Niestety, jedna ze szkół w strefie zerowej, znajdująca się w rozległym parku tuż obok Pałacu Kultury będzie otwarta i czynna i obciążona obowiązkiem przyjęcia dzieci z sąsiednich, zamkniętych szkół.
Wymyślono to tak: rodzice dzieci z sąsiednich szkół w dni meczowe przyprowadzą dzieciaki do tej właśnie szkoły. Nauczycielki dziś jeszcze nie wiedzą i się pewnie nie dowiedzą jakie dzieci do nich trafią, kto je przyprowadzi i komu je po lekcjach oddać. I czy odbierający dzieci zostaną wpuszczeni do strefy zero.
Czy czytające to nauczycielki mogą sobie to wyobrazić? 
8. czerwca dyżurna nauczycielka będzie siedziała w szkole do ostatniego obcego bądź swojego dziecka wydanego niewiadomo komu.
W pozostałe dni meczowe po godzinie 13 dzieci nieodebrane w ilości niewiadomojakiej ustawi się parami i pieszo, przez strefę zero, pomiędzy piwnymi ogródkami i wśród kibiców rozmaitej maści i konnej policji poprowadzi się do następnej dyżurnej szkoły.
Rodzice z Warszawy, nie pozwólcie w dni meczowe iść dzieciom do szkoły, bo nie wiadomo gdzie i czy je potem odnajdziecie. Oszczędźcie zawałów sobie i nauczycielkom.
Z kolei dla starszej młodzieży ministerstwo zaleciło zamknięcie szkól, żeby się młodzież po ulicach nie szwendała.
Jak ministerstwo myśli, co będzie robić młodzież płci męskiej z samochodówki gdy nie będzie lekcji? Będzie mleko w domu piła?
Pan Mąż, piewca gorący teorii koordynacji podczas masowych uroczystości oraz zdarzeń typu "masowa katastrofa" o mało z wrażenia nie zemdlał usłyszawszy te wieści wprost ze szkoły.
W stupor prawdziwy wprawiła go wieść,że zasady postępowania na wypadek katastrofy nauczycielki mają sobie opracować same. W końcu MEN, ABW, CBA, AON, BBN i inne instytucje mają poważniejsze rzeczy na głowie niż bezpieczeństwo dzieci, którym jak wiadomo mają się zajmować panie nauczycielki i ewentualnie zaangażowane woźne i szkolne pielęgniarki. Dyrektorzy szkół karnie położyli uszka po sobie i powiedzieli: Ta jest!

W innym kraju, z terroryzmem mającym już do czynienia, i biorącym poważnie możliwość wystąpienia w szkole bodaj pospolitego pożaru na koordynatora takich działań wyznaczono starego wygę, co 10 lat ścigał po świecie Bin Ladena. I tenże koleś, co niejedną katasrofę i pożar widział, ze stadem nauczycieli i psychologów opracował sprytne i skuteczne sposoby na wyprowadzenie dajmy na to dzieci ze szkoły w trzy minuty.
A u nas ma to zrobić pani od nauczania początkowego.

A w ogóle po co nam te dzieci, Herod to był wielki król i jak co to zrobimy sobie nowe.
 
czwartek, 10 maja 2012
Dzieje się dużo.
Odkurzyłam pastele, aby uwiecznić bez w rozkwicie i wyszła taka kaszana, że aż wstyd.
Szal estoński rośnie w oczach i niech rośnie, ma być duży. Skoro mam 2 000 metrów jedwabiu z merynosem, niech będzie wielki i piękny.
Kamarza pomalowała mi pięknie dwie moje lalki i jeszcze jedną własną cud urody mi sprzedała. Gapię się na nie i już prawie wiem, w co je ubiorę. To poważny projekt.





Wysiadł chyba telefon stacjonarny, bo donikąd się dodzwonić nie da, ale nie przesadnie mi to przeszkadza.
Stłuczony tyłek boli nadal, ale da się żyć bez Ketonalu, niestety leżąc na brzuchu. Chodzenie i siedzenie są bardzo bolesne, toteż zmykam do łóżka.
Alicja wyciągnęła mnie dziś do miasta i umordowałam się potwornie. Jak ja mogłam z pełnym zadowoleniem żyć w śródmieściu? 
Niestety, spod ciepłych okryć wychynęli rodacy. A z nimi pięty nieskrobane pumeksem od jesieni i przedziwne stroje. Krzywe buty letnie pokazujące za dużo.  Napatrzyłam się dziś na to  za wszystkie czasy. Za to należy mi się kilka dni w krzakach.


sobota, 05 maja 2012
Stara a głupia jestem.
Że też kantu dawniej nie dostrzegłam.
Otóż proceder wygląda tak: przedsiębiorczy człowiek dzierżawi ziemię orną. Tysiące hektarów w różnych miejscach kraju. Najwięcej tam, gdzie kiedyś były PGR-y. Pewnie dzierżawiąc da przytulić pieniążek urzędnikowi Agencji.
Człowiek ten kupuje (tylko raz, więc to inwestycja) strasznie wielkie ciągniki, tak mądre, że same umieją jeździć według GPS, ale na wszelki wypadek sadza na każdym wynajętego za psi grosz parobka. Parobek na ciągniku spędza 12 godzin, a potem 12 godzin śpi. Je jak sobie ugotuje.
Jak przychodzi pora siewu, to ciągniki z oprzyrządowaniem do orki i siewu wyruszają w Polskę i sieją. Sieją to, za co dostaje się najlepsze dopłaty do hektara.
Wraz z pogodą od zachodu do wschodu Polski przesuwają się kawalkady siewców. Po drogach publicznych poruszają się nocą, a przez całe dnie, światek i piątek sieją proso albo facelię na tych tysiącach hektarów. Za siewcami podróżują księgowe z GPS robiąc pomiary i zapisując co i gdzie posiano, bo kto by to spamiętał.
Potem się czeka aż zasiane wzejdzie, a gdzie nie wzejdzie, to się dosiewa. Musi być całe zasiane. Za zasiane tylko przy drodze albo za łyse nie ma dopłaty.
Potem się bierze dopłatę i żyje.
A jesienią to co wyrosło trzeba zaorać, bo najwyraźniej ani proso, ani facelia do niczego przydatne nie są.
No i trzeba by to przechowywać, sprzedać, przerabiać, a o to nie chodzi.
Grunt, że ziemia jest uprawiana, parobki mają wiosną co robić i się kręci.
Resztę roku rolnicy z Wiejskiej mają dla siebie.
Aż mnie trzęsie, oszustwo i zwykłe złodziejstwo za pieniądze podatników, którzy żeby zarobić muszą naprawdę coś zrobić.
Nie ma co, świetna polityka rolna.
piątek, 04 maja 2012



Dla nas jest już po majówce!
Przybyliśmy do bezlistnego Klebarka w niedzielę, a dziś, w piątek, wyjechaliśmy z całkiem zielonej wsi.
Liście rosły w oczach. Było tak gorąco, że oba psy leżały w trawie i zipały. Nie chciały ani biegać, ani zwiedzać, tylko co jakiś czas zmoczyć futro w oczku wodnym.
Alicja w końcu poważyła się ruszyć z domu i okazało się, że nic się nie stało. Można ze stomią podróżować samochodem. Nikt nic nie widzi, nie komentuje i nie wydarzają się nieprzewidziane wpadki. Kolejny krok ku normalności wykonany.
Przyłączywszy się na FB do grupy dziergającej do zdechu podczas majówki, dziergałam rzecz jasna do zdechu. Wydziergałam niemal połowę szala estońskiego na drutach nr 3, ale nic nie pokażę nim nie skończę. 
Pan Mąż czytał książki na I padzie i udzielał wywiadów. 
Kto go widział 1. maja w dzienniku TV, ten się wcale nie przewidział. Dwóch młodych z telewizji Olsztyn przybyło pod świerk Pani Marty, aby nagrać wywiad z niemal gołym ekspertem od terroryzmu w czerwonym podkoszulku. 
To zdarzyło się pierwszy raz. Najważniejszy Ekspert był bowiem za granicą i trudno było do niego wysłać młodzików z kamerą.
Innych wywiadów Pan Mąż udzielał przez telefon, ale do tego wszyscy już się przyzwyczaili i milkną grzecznie sami z siebie.
Spadłam ze schodów i stłukłam sobie okropnie kość ogonową z przyległościami. Teraz świetnie funkcjonuję na stojąco i leżąc na brzuchu. Z siedzeniem problemy mam okropne. Łykam tramal z dodatkami i rozumiem doktora House. Bez tramalu mogę tylko głośno płakać.
Majówka drzewa sieją alergenami i jeśli w przyszłym roku mam mieć z majówki radochę, to chyba trzeba ją będzie odbyć w styczniu. Nim leszczyna zacznie swoje kwitnienie.
Nie macie pojęcia jak rozkosznie się kaszle z tyłkiem obitym na kwaśne jabłko. Nigdy bym nie przypuszczała, jak czynny udział w kaszlaniu ma zadek.

A na domiar wszystkiego piosenką na Euro została jakaś pseudo ludowa brednia z gdakaniem w roli głównej. Tomek wyrecytował Alicji pierwszy wers: Ko ko ko ko Euro spoko.
To jakiś pierd, powiedziała Alicja. Wieczorem zrezygnowana, obejrzawszy wszystkie dzienniki telewizyjne potwierdziła informację Tomka.
Hymn na Euro mamy zajebisty.
Wstyd, rozpacz i okropne baby przebrane za Talibów.
Ponoć żadna inna piosenka przedstawiona kibicom do wyboru nie nadawała się do śpiewania. Maryla Rodowicz z trudem radziła sobie z własną pieśnią, a trudno jej zarzucić brak muzykalności.
Zatem proponuję hasełko:
Cały Naród Gdacze Na Euro.