Rozmaite Gackowej przypadki.
wtorek, 30 czerwca 2009
Pojawiły się w sprzedaży jagody. Są pyszne. Przepadam za nimi.
Jednak słowo ostrzeżenia.
Te jagody pochodzą z lasu. Nie ma jagodowych ferm. W lesie są również lisy, a lisy często roznoszą bąblowca - bardzo paskudnego tasiemca, którego leczenie jest równie wesołe jak leczenie nowotworu - operacyjnie i trującą  chemioterapią. Objawy też są podobne do nowotworu.
Bąblowiec tworzy w mózgu, w wątrobie lub w innych narządach cysty pełne malutkich bąblowców. Potrafi się osiedlić w oku!


Jagody kupione w sklepie lub w warzywniaku koniecznie trzeba myć!

poniedziałek, 29 czerwca 2009
Skończyłam! Są gotowe! Zawzięłam się  i ciągnęłam je jak koń.



Udawałam, ze nie widzę kurzu, lepiących się blatów, piasku w kuchni na podłodze, prania w stercie i samotnego światła w lodówce.
Wzięłam z biblioteki kilka audiobooków. Pan Zapasiewicz czytał mi głośno Zieloną Milę Kinga a ja wywijałam igłą w podwójnych okularach i Koła nareszcie są.
Mniej więcej po wykonaniu połowy wzoru przypomniało mi się, że nie znoszę połączenia czarnego z żółtym. Osę wyłącznie mi to przypomina i żurnale z lat pięćdziesiątych, których całą stertę miała ciocia Hela, krawcowa.
Na szczęście Tomek jest tym wzorem zachwycony, mówi nawet coś o jego elegancji.
Haft skończyłam wczoraj w nocy. Dziś zaprowiantowałam lodówkę i pólł dnia poświęciłam tropieniu potencjalnych źródeł smrodu w domu. Okna umyte, żyrandole pomyte, wszystkie wilgotne rzeczy posuszone, 4 prania schną, odkurzacz o mało nie pękł od tego, co zebrał.
Znaczy winy odkupione. Teraz sprint do mięsnego po gicze cielęce dla teściowej. Rano cielę jeszcze nie było rozebrane.

Czy ktoś chce drugą połowę tej kanwy? Kawałek  jak widać całkiem spory. Ja tego materiału w życiu już nie tknę.

wtorek, 23 czerwca 2009
Minimalizm jest modny. Na różnych forach panie piszą o nim z zachwytem: mało gratów, mało durnostojek. Wygoda i wytworność za jednym zamachem.
Projektanci wnętrz też sobie minimalizm chwalą: puste wnętrze, mało mebli, za to drogich i jaki efekt!
Efekt faktycznie bywa ciekawy. Ot takie biuro: ogromny, niemal pusty pokój, a pośrodku stół z wapienia, na którym kropla kawy czyni nienaprawialne szkody.
No nie, to jest zabawa dla bardzo bogatych ludzi. Bo jakieś minimum rzeczy jest jednak potrzebne. I jak ma być minimalistycznie, to tych rzeczy nie może być widać. Trzeba je pochować. A w mieszkaniach nie ma gdzie. Albo się wszystko wyrzuci, albo się zbuduje szafy udające ściany. Ale wtedy pokoje skurczą się do zupełnie minimalistycznych rozmiarów. I efektu bogatej rozrzutności przestrzeni nie ma.
Żeby było minimalistycznie, to ile trzeba mieć przestrzeni? Dużo. A dużo przestrzeni to ogromny luksus. Jak osiągnąć dużo przestrzeni w dwóch pokojach z kuchnią w których się mieszka z dziećmi? No jak?
Weźmy taką minimalistyczną jadalnię w Polskim wydaniu. Pokój, stół krzesła. Niestety, meble Black Red White nie dadzą upragnionego efektu wypasionej prostoty. Sufit na wysokości 2.40 nad głową także nie. Ani zespolone okna w plastikowych ramach. Ani panele na podłodze pozbawionej dywanu.
Mamy całkiem dużą przestrzeń do dyspozycji ale na minimalizm nas nie stać. Nasze książki nie pójdą do piwnicy, nasze komputery, papierki,aparaty fotograficzne, kredki, nitki, wełny i szmatki mają być pod ręką. Ma nam być wygodnie, lampy mają dawać światło, koce ciepło a fotele wygodę. I przy takim luksusie będę trwać. Trudno, że jest niemodny.





poniedziałek, 22 czerwca 2009
Tak mówił sołtys Kierdziołek w radio.
Wiemy już, ze Kretka nie ma nowotworu złośliwego, ma za to zapalenie ziarniniakowate - tak twierdzi histopatolog. Wiem o jej wrażliwości na zabiegi chirurgiczne od czasu sterylizacji, wtedy też zaczęła się ładnie goić, a po tygodniu, w miejscu gdzie były szwy pod psią skórą wyrosły paskudne guzy i trwały, aż wyciągnęłam z psa ostatnią chirurgiczną nić. Sądzę, że to jakaś genetyczna skaza. I jak te nici się wchłoną to powinno być ok. Jeśli się nie wchłoną, to wylezą po kawałku.
O chorobach wszakże słyszę ostatnio coraz częściej. Osobliwie z ust starszych panów, którzy głośno, z wielkim żalem i urazą do losu publicznie i z byle kim omawiają stan swojej prostaty. Jeden użala się na włókniak, drugi na rosnący poziom PSA, na obecność paskudnych komórek w bioptatach, trzeci z przygodnymi znajomymi omawia swoje problemy z sikaniem. Czwarty publicznie biada, ze przez tę psia jej mać prostatę mu nie staje. W oczach ich widać pełną zgrozę.
Pewnie powinnam być pełna współczucia i empatii. Żałować biedaków, ze ich los tak niesprawiedliwie potraktował.
Jakoś nie mogę. Po głowie mi chodzi, że Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy i widać łaskami medycyny obie płcie obdarzył.
Wszelkie badania poniżej pasa są upokarzające i niemiłe. Ale my znosimy ich w życiu dużo, dużo więcej. Badania dla badań, cytologie, USG, zawsze podszyte lękiem, czy aby tam coś nie rośnie paskudnego. Bolesne mammografie, przewlekłe i drogie medyczne procedury, wypalanki, zapalenia, grzybice, krwawienia, menopauza z jej wszystkimi radościami, ginekologiczne operacje, porody i legalne i nielegalne poronienia,  nie wspominając o takim drobiazgu jak menstruacja, problemy z orgazmem  zazwyczaj są przez panie traktowane bardzo dyskretnie. To nie są tematy, które można poruszać ze starszym wujkiem, znajomym ze spaceru z psem czy ze sprzedawcą telewizorów.  A w druga stronę nie ma ani trochę zahamowań. Ot przy rodzinnym obiedzie omówimy sobie przerost prostaty dziadziusia i pogłaszczemy biedaka po główce.
Mogę powiedzieć tylko, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.
Albo: Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka.
Pora przywyknąć do badań, biopsji i upokorzeń.
I słuchając tych narzekań przypominam sobie własny gniew, upokorzenie i złość których doznawałam wobec słabości mojego ciała i wobec medycznych procedur, wobec niewspółczujących lekarzy i obojętnej rodziny. Bo młodej się współczucie nie należy. Chciała, to ma. Bo nieczysta baba zasługuje na to, co ją spotyka. Bo ta babska fizjologia jest wstrętna i lepiej o niej nie myśleć.
A oni, niewinni tak cierpią. I organ, który całe życie dostarczał dumy i rozkoszy, nagle nie daje spać.




niedziela, 21 czerwca 2009
Przepadam za wróblami. Małe, nieustraszone ptaszki w okolicach wietnamskich barków czyhają na resztki z pańskiego stołu. Oto młode wróble w takiej sytuacji:





Ta młoda wróbliczka mimo paskudnej łysiny robi się na bóstwo.
A młody piękniś się nie stroi, tylko z godnością pozuje jak modelka:



I jeszcze portret ptaszka:




17:11, weisefrau , ptaszyny
Link Komentarze (3) »
sobota, 20 czerwca 2009
W środę dobra pani doktor wyciągnęła z psiego brzucha sporo niebieskich, nylonowych nici. Kretka niby miała jeszcze jakiś czas nosić turkusowe majtasy wiązane w balerona na plecach, ale radocha z nieposiadania niebieskiej żyłki nylonowej w skórze na brzuszku była tak wielka, że troki majtasów pourywały się przy pierwszej wariackiej, radosnej przepychance z innym psiakiem na psim pólku. Darowałam jej także plastikowy kapelusz
W domu okazało się, że można znów wskoczyć na fotel. Na własny fotel, trzymany w salonie specjalnie dla psa. Następnego dnia po utracie turkusowych majtasów Kretka przypomniała sobie do czego służy moja torebka.
Od dzieciństwa, odkąd zaczęłam ją uczyć, że jej zawodową pracą w mieście nie jest zabijanie dzików, borsuków i lisów a bieganie za piłeczką i odkąd uznała to za frajdę najprzyjemniejszą na świecie, wiedziała, ze piłeczka zazwyczaj siedzi w mojej torebce. Czasem nawet było tam więcej piłeczek, na wszelki wypadek, gdyby na psim pólku był drugi albo i trzeci pies ceniący sobie piłeczkowy sport. Najlepsze piłeczki, te z lanej gumy, pachnące lekko wanilią, ze sznurkiem do rzucania na większą odległość Kretka umie doskonale wywąchać. Ilekroć wywąchała taką piłeczkę w mojej torbie, tyle razy próbuje ją stamtąd wydobyć. Misia ma niepewna minę, gdy mówi, że psu wolno więcej niż kiedykolwiek było wolno jej. Misi nigdy nie było wolno grzebać mi w torbie.
Podczas licznych niestety w jej życiu wizyt u weterynarzy, kiedy zrywano jej pazury, szczepiono ją, badano, robiono rentgeny i zaglądano do gardła, natychmiast po zejściu z okropnego weterynaryjnego stołu zamiast urągać lekarzom  zaczynała grzebać mi w torebce. Znalezioną tam piłeczka pięknie bawi się sama.
Taką zabawę właśnie sobie przypomniała.









Jak widać przy okazji z torby wylatują również inne przedmioty. Pewnie dlatego wiele ich w torbie nie noszę.
Wynik badania histopatologicznego będzie dopiero w przyszłym tygodniu. A w lipcu mamy wyznaczoną wizytę u onkologa.

17:54, weisefrau , pies
Link Komentarze (2) »
środa, 17 czerwca 2009
W mojej rodzinie do stołowej porcelany nikt specjalnej wagi nie przywiązywał. Były owszem nieszczególnej urody codzienne talerze każdy z innej parafii i jakiś porcelanowy, jednolity komplet wyciągany na święta. Mama sobie kupiła porcelitowy zestaw ładnych talerzy, ale ze strachu przed potłuczeniem nie był nadmiernie eksploatowany. Moje skorupy z pierwszego mariażu były tak paskudne (zielony pasek wokół talerzy trzeciej kategorii bieli z żółtym mazajem na brzegu imitującym złocenie), ze tłukliśmy go bez wyrzutów sumienia.
U Tomka zastałam modny niegdyś czarno - biały zestaw talerzy codziennych i ćmielowski komplet na 12 osób (zdobiony kobaltowym błękitem i złocony) jako serwis paradny. Tomek nie był do niego szczególnie przywiązany, wspominał tylko z jakim trudem ów serwis był zdobywany i jak cholernie trudno było go dowieźć do domu po kupnie. Pierwsza żona też go chyba nie lubiła, bo go ze sobą nie wzięła. Alicja zamiast talerzy nie wiadomo czemu używała fajansowych kubasów w rozmiarze XXL i spodków w rozmaitych kolorach.

Byłam zatem zaskoczona, gdy na pierwszym rodzinnym obiedzie u taty Tomka zobaczyłam stół nakryty porcelaną Rosenthala, kryształami, srebrem i kolekcją pojedynczo nabywanych cacek z rozmaitych wytwórni porcelany z miejsc historycznie znanych. U szwagra było to samo, tylko kolekcja inna.
Powoli wprowadzano mnie w tajniki znaczków, zdobień, złoceń, kolorów i jakości nakryć stołowych.
 Oraz w tajniki nabywania takich cudów. Pojedynczo, po sztuce, po jednym talerzu, filiżance i po latach robi się kolekcja.


Nie miałam ochoty kolekcjonować starej ani nowej porcelany. Za mało w nas na to pieczołowitości, staranności w zmywaniu, cierpliwości. To co mieliśmy niszczyliśmy w tempie wyjątkowym. Ale dotarło do mnie, że także w dziedzinie talerzy i codziennych nakryć można mieć to, co się podoba. A mnie się strasznie podobają naczynia stołowe z błękitną, kobaltową dekoracją. Najlepiej fajansowe.

I kiedyś w Duce zobaczyłam komplet obiadowy na 4 osoby, dokładnie taki, o jaki mi chodziło.Odporny na zmywarkę, mikrofalówkę i trudny do obtłuczenia. Za 200 zł.  Kupili mi go na składkowe urodziny koledzy z pracy. To była podstawa kolekcji.



Po jakimś czasie w zwykłym sklepie z porcelaną dokupiłam kilka takich samych talerzy, które przez chwilę były dostępne i staliśmy się posiadaczami kompletu dla 6 osób. Czarno - białe skorupy poszły na działkę.
I potem zgodnie ze wskazówkami rodziny po sztuce polowałam na talerzyki, filiżanki, dzbanki i półmiski. A to na straganie z "antykami", a to na Allegro.



Do błękitnych, podszkliwnie zdobionych kobaltem anielskich fajansów pasują wyroby ceramiczne z Bolesławca - ot choćby kubki właściwych rozmiarów, salaterki i formy do wypieków; chińskie filiżanki, fajanse z Delft i różne małe gucia. A nawet stary Włocławek i słowackie dzbanki.


Fajne jest takie zbieractwo. Nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Czasem nawet w lumpeksie stoi piękny, kobaltowy drobiazg. Czasem przyjaciółka przyśle chińską, niebieska filiżankę. Wczoraj na Allegro wylicytowałam 6 cacek z upadłej właśnie po latach chwały fabryki porcelany biskwitowej Wedgwooda. Znów coś ładnego trafi do witrynki albo na stół. A ćmielowski, kobaltowy komplet ze złoceniami całkiem z tym fajansem współgra. I czasem mu pożycza solniczki, wazę albo małe miseczki.



jedna z misek z Allegro ma nawet odpowiednik na haftowanym obrazku.
piątek, 12 czerwca 2009
Nigdy, nigdy, nigdy.
W zeszłym roku jeszcze jakoś mi to haftowanie szło. Ale jestem o rok starsza i już nie idzie. Jestem w stanie dziennie najwyżej 2 nitki wyszyć i to mimo lupy, doskonałego, północnego światła i wszelkich możliwych ułatwiaczy. Zaparłam się, skończę to, ale mam już tej robótki serdecznie dość.



Kretka zdrowieje. Łyka grzecznie swoje pigułki i tylko kiedy środki przeciwbólowe przestają działać trochę markotnieje. Cwaniara odwraca się do mnie wtedy ogonem, łypie znacząco do tyłu jakby chciała powiedzieć: No wetknij mi to coś w tyłek, bo mnie boli. Z kojarzeniem przyczyn i skutków nie ma ten pies kłopotów. Podobnie z zastrzykami, robię jej te zastrzyki sama w grzbiet. Zwykle nawet tego nie zauważa. Ale raz kolnęłam ją jakoś mniej zręcznie i zabolało. Następnym razem dała mi do zrozumienia, ze świetnie wie, co jest grane i mam się postarać. Znaczy pies mi zwyczajnie ufa.



Przyjechała do nas Alicja. Oto obie panie na tarasie jedzą śniadanie Alicji:



Jak widać śniadanie jest dobre i apetyt dopisuje.
 A czasem pani zdejmie psu kapelusz i zrobi zdjęcie. Ciasny kadr w przypadku portretu sprawdza się prawie zawsze:



I jeszcze słowo o losie lilii wodnej. Lilia sobie rosła żwawo, miała liscie już prawie prawie na powierzchni wody i wtedy Kretce do oczka wpadła ciężka piłeczka z lanej gumy. I pies zaczęła tej piłeczki szukać. Dotąd grzebała łapami w wodnej toni, aż wywlekła lilię. I z rozczarowania odgryzła jej wszystkie śliczne liście. Może lilia jeszcze raz je wypuści.

środa, 10 czerwca 2009
Nagrodą obdarowała mnie Giepe.



Zostałam wyróżniona za trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość. Wzruszyło mnie to uzasadnienie. Dziękuję Ci Giepe :-)))
Jak ma spoglądać na rzeczywistość zodiakalny byk? Na dodatek od lat żyjący w udanym związku z lewitującym w przestworzach idealistą - wodnikiem?
Gdybym wszystkimi czterema kopytami nie stała na ziemi, to co by z nami było? No cienko by było.

Nagrodę przekazuję zatem:
 Ewci - bo ma najbardziej kobiecy blog z możliwych.
Kankance - jw. ( nie pytajcie mnie o logikę dwóch najbardziej kobiecych blogów)
 Eguni - za wszechstronność robótkową i ciekawość nowych technik i ściegów
 Lilce - j.w.
 Krzysi -  za promocję hardangera, gust i niezłomność.


sobota, 06 czerwca 2009
Pierwszy raz od bardzo dawna udało mi się skończyć haft większy od pocztowego znaczka. Dywanik haftowany wełną, gdyby go wykonać na płótnie a nie na dywanowej kanwie też byłby maluteńki. To chyba jest pierwszy w mojej karierze bieżnik.


Wprawdzie nie wycerowałam mu koronki na brzegu, ale przed nim lata słuzby na stole i ciągłe prania, nauczę się tych koronek brzegowych na czymś mniejszym. Perełkowy brzeg tez dobrze wygląda.


Wzór robił się prędko i bardzo mi pasuje. Pochodzi z broszury DMC.



Tylko ktoś by mi jeszcze podpowiedział, jak ten unifil przyzwoicie wyprasować. Mordowałam się z tym na wilgotno ze 20 minut, bałam się, ze go przypalę, a zaraza jeszcze potrzebuje poprawek. Przy haftowaniu miałam duszę na ramieniu, bo kordonek perle nr 8 od DMC jest znacznie mniej biały niż kordonek Ariadny nr 5. Cerowanki były żółtawe. Ale po wygotowaniu w odplamiaczu W5 wszystko uzyskało śnieżną biel, taką samą jak tkanina.Zatem do szlachetnej śmietankowej bieli perle od DMC nie należy się zanadto przywiązywać. Pranie likwiduje efekt vintage.

A Kretka jest w śpiewającej kondycji. Pije sama, żre, spędziła ze mną rozkoszne przedpołudnie w ogródku i nawet ma ochotę się bawić. Tylko klosz na głowie strasznie ją upokarza. Ci ludzie to mają głupie pomysły, pies w abażurku na głowie czuje się okropnie. Ale ponieważ jęzor ma, kiedy psu potrzeba, i pół metra długości i spokojnie da się go zapuścić pod ubranko, abażurek na łbie pozostanie jeszcze długo.

 
1 , 2