Rozmaite Gackowej przypadki.
niedziela, 27 czerwca 2010
Po śmierci mamy nasze rodzinne mieszkanie, spore i dotychczas pełne ludzi zrobiło się puste i smutne. Misia mieszka tam sama i pewnie jakiś czas tak zostanie.
Moja Misia, która jeszcze niedawno bała się sama zostać w domu.
Poszukałam na Ale Gratka i znalazłam jej towarzystwo.
Maleńkie szczenię, z gatunku mieszczących się w torebce. Mama bichon, tata cziłała. 



Maleństwo jest troszkę większe od telefonu komórkowego a znacznie mniejsze od Grubotana, naszego największego szczura,który ważył 750 gram. Zazulka dziś ważyła 650 gram. Jest dziarska, dzielna i bardzo grzeczna. Testy szczeniaka przeszła pomyślnie. Nie jest specjalnie lękliwa, spokojnie znosi zabiegi pielęgnacyjne.
Taka puchata zabawka.
Takiego pieseczka mogę przyjmować na przechowanie.
Trochę potrwało nim Zazulka została Zazulką. Jakoś przez tego bichona mówiłyśmy na nią bizon, ale to nie pasuje. Potem plątała się nam po głowach Rózia jako fajne imię. Ale chyba Zazulka jest najfajniejsza.
Strasznie trzeba uważać, co by takiego malucha nie podeptać.
Kretka póki co unika Zazulki, ale długo unikać się nie da. Zazulka drepcze za Kretką krok w krok.
15:07, weisefrau , pies
Link Komentarze (12) »
niedziela, 20 czerwca 2010
Dziś zmarła moja mama. Moja niezależna, twarda, nieujarzmiona mama pochorowała się nagle okropnie, intensywnie i śmiertelnie.
Umarli prawie wszyscy, którzy znali mnie jako dziecko. 
Już nie jestem dzieckiem.
Mama załatwiła sprawę po swojemu. Nie mogąc ruszyć się, ani nic powiedzieć poczekała z ostatnią podróżą aż sobie pójdziemy. Do ostatniej chwili ze mną żartowała i nie pozwalała się mazgaić i roztkliwiać. Wprawdzie na ostatnią chwilę, ale wszystko zdążyłyśmy pozałatwiać tak jak chciała.
Sądząc po jej wyrazie twarzy Tam gdzie poszła jest spokojnie i pięknie.
Nikt nie potrafił mnie wkurzyć tak jak mama, ale z kim będę rozmawiać naszym sekretnym językiem? kto pojmie nasze prywatne żarty i powiedzonka? Kto będzie do mnie dzwonił w najmniej odpowiednim momencie? Do kogo ja zadzwonię z głupotami, o których nikt poza nią nie chce słuchać? No i jak ja mam grzebać w jej rzeczach? Nigdy nie wolno mi było nawet zajrzeć do jej torebki, czy szafki na dokumenty a teraz mam je ot tak oglądać? Dotykać? Czytać jej papiery? 
Była dla mnie matką i ojcem, podporą i ostoją.
Jestem zrozpaczona i bezradna.
Na razie jestem zastupaczona debilizatorami na twardo, ale co będzie jutro i pojutrze?
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Jestem po pierwszym w życiu wernisażu. Właściwie to jest wystawa dokumentująca roczną pracę pracowni malarstwa, rysunku, grafiki i rzeźby i teoretycznie jednemu artyście przysługiwał jeden obrazek na ścianie, ale moich się znalazło aż siedem. Kto chce zobaczyć, a mieszka w Warszawie, to w Domu Sztuki na Wiolinowej 14, tuż przy przystanku metra Ursynów są do obejrzenia.
Zdjęć nie wstawiam, bo mam już zrobiony backup dysku i za chwilę się na nowy komputer przesiadam. Zdjęcia wkleję już z nowego komputera, jak się tego nauczę. Bop oprogramowanie też będzie nowe i konkurencyjne.
Dopiero przed wystawą, gdy przeglądałam wykonane w ciągu roku prace zobaczyłam ile ich jest! Całkiem spory stosik się zebrał.
Przybyli uczestnicy zajęć, dyrektor rozdał świadectwa i dyplomy, była nawet lokalna prasa internetowa i udzieliłam krótkiego wywiadu do kamery, a co.
A poza tym jest tylko gorzej i gorzej. Myślę tylko o jednym, na resztę rzeczy chyba mi głowy już nie starcza. Nie robię dzianin, nie haftuję, nie rysuję, nie czytam, co najwyżej w kulki pogram w wolnej - króciutkiej - chwili. Mam do ogarnięcia problem z gatunku tych ostatecznych i to wcale nie jest łatwe. Ani trochę. Mimo postępu technicznego niektóre rzeczy odbywają się starym, przyrodniczym trybem.
Dziękuję bardzo wszystkim tym, którzy okazują mi troskę i wsparcie.
wtorek, 08 czerwca 2010
Z głową pełną ponurych myśli wczłapałam dziś do sklepu z włóczkami na Świętokrzyskiej. Chciałam sobie popatrzeć w realu na towar znany jedynie z monitora. Włóczek tam jak zwykle całe ściany. Nic nie kupiłam, podpisałam konsumencki protest przeciwko przebranżowieniu placówki - bo czynsz wzrasta o 400% - i będąc w trakcie pogawędki z właścicielką sklepu tyłem głowy rejestruję jakiś znajomy głos. Facet pyta o mulinę. Zaczęłam się gapić na niego jak sroka w kość. Facet się speszył. Oho, rzuciłam właścicielce, chyba spotkałam dawno nie widzianego kuzyna. Czy pan nazywa się Dyzio?
Facet oniemiał. Coś mu zaświtało. Długo myślał nim wystękał moje imię. Mógł mnie nie poznać, ostatni raz widzieliśmy się 30 kilo i 10 lat temu, na pogrzebie mojego ojca. Dyzio jest bowiem synem mojego stryja. Jemu od tamtej pory ubyło ze 20 kilo i aktualnie jest ostrzyżony na łysą pałę, co bardzo zmienia kogoś, kto zawsze miał anielskie, złote kędziorki.
Zaproponowałam kawę, bo nie wyglądało, żeby gdzieś się spieszył.
Dyzio oświadczył z taką samą beztroską, z jaką w dzieciństwie oznajmiał, że właśnie wrzucił do toalety mydło i spuścił wodę, że nie ma pieniędzy i że napił by się piwa. Na piwo z kolei ja nie miałam ochoty. Następnie z tekturowej, szafirowej teczki wyjął metalowe pudełko po niciach, które wiele już przeżyło i wyciągnął z niego zdjęcie paszportowe młodej dziewczyny. Tak przedstawił mi swoje dziecko, które powinno do mnie mówić ciociu, ale nigdy nie miało okazji. Wyrabiam jej paszport - oznajmił z dumą.
Dyzio zwiedzał miasto w poszukiwaniu muliny DMC nr 3371 na zamówienie mego haftującego maniacko stryja. W Soho jej nie mieli, spróbował na Świętokrzyskiej,nie było żadnej, tylko same włóczki. Najbliżej mieliśmy pasmanterię na Widok. Udaliśmy się tam piechotą. Dyzio opowiadał mi o swoich planach zawodowych. Aktualnie w gabinecie fryzjerskim swojej kobiety myje ludziom głowy a nawet farbę kładzie. A teraz zatrudni się u kuzynki Wandy w przedszkolu i będzie konserwatorem powierzchni poziomych. I nareszcie będzie miał porządny ZUS, roboty mało i można przy komputerze posiedzieć. Dyzio opowiadał mi to wszystko szurając pepegami z cieniutką podeszwą i gumką przy języku, a jego wyjściowe spodnie nosiły ślady zbyt intensywnego prasowania. Gdzie się podziało to psotne dziecko, z którym bawiłam się podczas wizyt u babci? Spytał, czemu ani ja, ani brat nie kontaktujemy się z resztą rodziny. Odpowiedziałam, że dzieci Zdzisława Mieczysława , te które przeżyły, mają życia rodzinnego po kokardkę i nie zamierzają się integrować w duchu ojca. Nie będą go również głośno i dobrze wspominać. Dyzio popatrzył przed siebie, zamyślił się i rzucił: mój jest taki sam, tylko nie pije.
Miał ochotę ściągnąć mnie do salonu fryzjerskiego, który w trakcie tej rozmowy stał się jego własnym salonem, do swojego mieszkania, pokazać mnie swojej kobiecie, która ponoć kocha psy, miał nawet ochotę zaprosić się do mnie i tkwić tu póki się da. Ale, jak powiedziałam, dzieci Zdzisia się nie integrują.
Jestem odmieńcem.
Dyzio odprowadził mnie do metra. Licząc, że może się złamię wyjął ze swego pudełeczka na nici - taki portfel - powiedział radośnie - bilet i podjechał ze mną do Politechniki.

Następnym razem  zobaczę
go pewnie na jakimś pogrzebie.

imiona kuzynów zostały zmienione

piątek, 04 czerwca 2010
Na Szarotkowie nabyłam motek merino. Ponieważ ktoś miał nawijarkę i parasolkę z ogromnym warkotem przewinęłam na miejscu cieniutką włóczkę w zgrabny motek. Przy okazji wywiązała się rozmowa o tym, że teraz w sprzedaży są takie piękne, kolorowe, chińskie, warczące nawijarki, a dawniej dołączano do maszyn dziewiarskich MODA polskie, ciche i chyba jeszcze lepsze. Dziunia widziała takie na Allegro. Pomyślałam o stertach knotków i motków, których Tomek nie chce trzymać na rękach do zwijania.
Naturalnie poszłam na Allegro szukać motowidła.
A co, za chińskiego plastikowego grata, kolorowego jak dziecinny samochodzik i warczącego jak traktor 135 zł u e-dziewiarki wydaje mi się przesadą. Na dodatek jest solo, bez motowidła, czyli bez parasolki.
No i znalazłam co trzeba w miejscu wskazanym przez Dziunię.  Stare, trochę brudne i kompletne motowidło do włóczki DM-73. Za całość dałam 60 zł. Nawijarka cicha, metalowa, nie do zepsucia. Dość toporna pozornie, ale również odporna na idiotę i nieletnie pacholę. Parasolka cała, jedno i drugie przykręcane śrubą do stołu. No i od e.guni dostałam przepięknego, białego szetlanda 2 ply w pokaźnym motku, właśnie takim, jakiego Tomek nie chce trzymać do zwijania.
Niejaki Monter się uwinął i motowidło dziś przybyło.



To właśnie nawija się szetland od e.guni.

A tak wygląda nawinięty:


Do wieczora nawijałam i nawijałam. Czasem wyszło lepiej, czasem gorzej, ale w szafie jest więcej miejsca i lepiej widać, co się ma.



Takie głupie, monotonne zajęcie bardzo mi teraz odpowiada.
Jest równie dobre na stres jak oglądanie lalczynych kiecek.
Wygląda na to, że powoli sytuację ogarniam, wyszłam ze stuporu i zaczynam jakoś przyzwyczajać się do nowego status quo. Zresztą nic nie mam do gadania, to nie ja jestem bohaterem tej bajki.