Rozmaite Gackowej przypadki.
czwartek, 31 lipca 2008


Misia zadzwoniła z pracy, że znów piesek jej szefowej pomieszka u nas kilka dni. Niedawno był u nas tydzień, bo jego pani wyjechała z całą ekipą w delegację. Piesek jest yorkiem najmniejszym z całkiem maleńkich. Nigdy właściwie nie prowadził psiego życia, bo cały czas spędza w biurze albo w torbie pani. Nie chodzi na spacery, do fryzjera jeździ samochodem, nikt z nim się nie bawi, jada tylko suche żarcie. Jakież to musi być smutne życie.
Maleństwo przyszło do nas pierwszy raz bardzo nieufne. Nie opuszczało Misi, bo do Misi było przyzwyczajone. Szybko się jednak okazało, że reszta rodziny też jest w porządku. Kretka ani myślała go pogonić, i tylko z okazji kolacji cicho na niego mruknęła, co pewnie miało znaczyć "masz własną miskę, czego szukasz w mojej?". Pani dala jeść i wygłaskała, ostrzygła włażącą do oczu grzywkę, założyła obrożę przeciw pchłom i kleszczom i wypuściła psa do ogrodu. Pan zgodził się, żeby na nim spać.
A nade wszystko stał się cud! Nałożono psu szeleczki i chodził na spacery! Na własnych czterech nogach, jak Pan Bóg przykazał, razem z Kretką, daleko i kilka razy dziennie.
Maleństwo wcale się nie cieszyło z powrotu do biura. Biuro to nie jest jednak psi świat. W biurze jest nudno.
Toteż przywieziony do nas ponownie maluch powitał nas z pełnym zaufaniem i bardzo serdecznie. Znów trzeba było przystrzyc grzywkę i przemyć oczy, znów Kretka musiała mruknąć przy posiłku i znów maleńki piesek pilnuje nas czujnie w trakcie snu. Na zdjęciu śpi dziś bladym świtem między moimi nogami. Jak się obudziłam leżał przytulony do moich pleców. A na spacerze pokazał, że umie się bawić, aportował piłeczkę i pięknie szarpał smycz.
Teraz są we mnie wpatrzone dwie pary czujnych ślepków


21:03, weisefrau , pies
Link Komentarze (3) »
sobota, 26 lipca 2008
Na TVN można sobie obejrzeć reality show pod tym tytułem. Miło się go ogląda. Dwoje brudasów i bałaganiarzy pod czujnym okiem prowadzącej uczy się radzić sobie z bałaganem, stosami zgromadzonych w domu rupieci, czyszczeniem blatów i szafek kuchennych oraz z przyjmowaniem gości. Prowadząca program Anthea Turner jest nieco denerwująca. Perfekcyjnie wystylizowana blondyna z perfekcyjna figurą wszystko wie najlepiej, choć jak podejrzewam nie wie tego z doświadczenia. Ale samo obejrzenie, co z własnych domostw potrafią uczynić chomiki i bałaganiarze podnosi przeciętną panią domu na duchu. Istnieją ludzie, nie sprawiający wrażenia chorych na głowę, którzy od lat nie widzieli własnej podłogi, a wysypująca się z półek odzież i stosy butów wrzucone do szafy jak popadnie to w tym programie norma. Podobnie jak sterty bielizny do prania i do prasowania piętrzące sie w hałdach.
Tak, to pokrzepiający widok.
U mnie sie nie piętrzy i nie wylatuje.
Niemniej niektóre rady Anthei wydawały sie być warte sprawdzenia, ot choćby jak składać ręczniki i prześcieradła z gumką. Albo jak wywabić plamy z czekolady z mężowskiego krzesła (takie plamy wyglądają bardzo podejrzanie).
Kiedy na gazetowym forum znalazłam prywatne forum Wystarczająco Dobra Pani Domu kwiknęłam z ukontentowania oczekując oświeceń w nękających mnie domowych problemach. Nie ukrywam dowiedziałam się wiele. Do odkryć najważniejszych należą takie:

1) Jest niemożliwe nie narobienie w domu bałaganu , kiedy przebiera się trzylatka z piżamy w strój wyjściowy, a on nie współpracuje. Przy tej czynności w domu same rosną hałdy śmieci.

2)Istnieją ludzie (kobiety zazwyczaj), które do pralki automatycznej przez szufladke na proszek prysznicem dolewają wody, żeby pralka uprała naprawdę a nie na niby.

3)Wąska zmywarka jest do niczego.

4)Istnieją dostępne na Allegro cuda za wiele tysięcy, takie jak odkurzacze Roomba i kuchenny Thermomix i ktoś tego używa. Na te dobra nie ma gwarancji.

5)Są wciąż ludzie, którzy do kibla wyrzucą wszystko.

6)Bardzo często poruszanym, nierozwiązywalnym problemem jest czyszczenie muszli klozetowej. Nie wiedzieć po co niektóre panie domu mają specjalny mop, żeby odpompować z owej muszli wodę przed myciem.

Mogę się ustosunkować tylko do ostatniego punktu. Otóż moja ś.p.babcia nie dysponując mopami, ani dostępnymi dziś środkami odkąd pamiętam kibelek utrzymywała zawsze w stanie krystalicznej czystości. Octem, chlorkiem, czy Jawoxem, wszystko jedno. I wpoiła mi, że czysty kibelek nie jest sprawą cudownych preparatów, a codziennego umycia go. Łącznie z podłogą obok i obszarem pod deską.
A z cudownych preparatów wybierać te, które mają małą dziurkę dozującą, bo na dłużej starczą.
I tyle.

piątek, 25 lipca 2008
Mama domagała się ode mnie torby na zakupy. Takiej, jakie dawniej przywoziła sobie z Niemiec, takiej samej, jak za kilka złotych można kupić w markecie, ale z dłuższymi uszami. mama jest niska i jak taka marketową torbę niesie w ręku, to jest jej niewygodnie. A dłuższe uszy pozwalają nosić torbę na ramieniu.

Torba powstała z szarego lnu, a konkretnie z szarego, starego, grubego maglownika. Haft, jaki w nią wszyłam małgosinym sposobem zaprojektowałam kiedyś dla koleżanki, ale sama wykonałam maleństwo z wielką uciechą. I teraz się przydał. Wstawka, górny brzeg torby i uszy obszyte są ozdobnym ściegiem maszynowym - trochę nierówno, bo zajęło mi trochę czasu, nim pojęłam, ze takie stare, grube maglowniki wymagają igły do dżinsu. Inne igły tej tkaniny nie mogą ugryźć. mama jest zadowolona.



Gdyby nie koleżanki, dobre dusze, nie poważyłabym się na taki projekt. Mam zamiar przez zimę - a może przez kilka kolejnych zim, kto wie, wyhaftować tkaninę, którą zaprojektował Wiliam Morris. Skoro jego prace podobają mi się od dwudziestu lat, to raczej nagle mi to wzornictwo nie zbrzydnie. A jeśli już tyle lat haftuję, to może pora zrobić coś naprawdę wielkiego? No to jest wielkie, 300 x 400 ściegów.
Od Małgosi dostałam sortery. Takie z magnesem, na którym można odłożyć nawleczoną igłę. Starczyło ich akurat. Została aby jedna pusta dziurka. Dobra Ewcia jakimś sobie znanym sposobem umożliwiła mi kupno nici w USA. Jeśli trzeba kupić kilka motków, to 2,50 pln za jeden można zapłacoić. Ale jak tych motków jest kilkadziesiąt? No to warto skorzystać z mocnego kursu złotówki.
Dzięki Wam dziewczyny, na pewno nie będę się w zimie nudziła.
Trochę mi się dziwnie zrobiło, jak zobaczyłam te wszystkie nici w sorterach, w motkach to wygladało mniej okazale. I znacznie mniej zobowiązująco.



A tak wyglądają Złote Koła Fortuny, które coraz bardziej zmieniają nazwę na Słońca i Księżyce. Robione są na kanwie 18 i nie mogę za nic przyspieszyć nad nimi roboty. Po godzinie haftowania przy dziennym świetle oczy mają dosyć czarnego, drobnego tła. Co sie odwlecze, to nie uciecze, 1/3 jest już gotowa.

wtorek, 22 lipca 2008
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Odkrywam coraz to nowe, zachwycające aspekty naszego nowego mieszkania. Okazuje się, że 85 metrów kwadratowych na trzy osoby to powierzchnia idealna. W sam raz.
Planując przeprowadzkę zwierzałam się z tego moim kumom. Mniej więcej połowa z nich straszyła mnie, że będę miała strasznie dużo sprzątania. Nawet mnie to zaniepokoiło i wprowadziłam punkt pierwszy nowego rodzinnego regulaminu głoszący, że we własnym pokoju każdy sprząta sam. Tomek i Misia bardzo się z tego ucieszyli. Jedno i drugie zgodnie powiedziało, ze to cudownie i świetnie, bo nie będę im się wtrącać.
Od razu z 85 metrów do sprzątania zrobiło się 62. Ponadto Misia zajęła się łazienkami, a Tomek tarasami, piwnicą i strzyżeniem trawnika. I znów powierzchnia do zadbania się skuliła.
Mieszkanie na Starym Mieście wymagało codziennego zamiatania,codziennego mycia blatów, zlewu, łazienki, 2x w tygodniu trzeba było odkurzyć, zetrzeć meble, i umyć podłogę w kuchni; raz na miesiąc, no na dwa miesiące umyć okna. Plus oczywiście wszystkie inne obligatoryjne czynności, jak pranie zasłon, pokrowców na fotele, woskowanie podłóg itd.
Zabierało mi to dzień w dzień co najmniej godzinę, bo nie można po prostu zamieść czy odkurzyć pomieszczeń, w których w każdym kącie, pod łóżkiem, pod stołem, a potem to i pod fotelami leżą góry rozmaitych rzeczy.
Tu jest inaczej. Każde z nas ma własny pokój i każde własny bałagan składa samo. Więc po mieszkaniu nie walają się porzucone części garderoby, buty, torebki, co najwyżej moje książki, ale sama bałaganię i sama składam.
Jest tyle miejsca, że każda rzecz ma się gdzie schować i wiadomo, gdzie leży. I nie są to toboły pod kaloryferem, ani pudła po butach pod stołem. Przepastne szuflady i 10 szaf Komandor wzniesionych przez poprzedniego właściciela zapewniają dostęp do wszystkiego bez poszukiwań i złorzeczeń. Szczelne nowe okna i zieleń za nimi ograniczają dostęp kurzu. I widzę, że mimo ogródka w którym Kretka przebywa niemal bez przerwy i z którego wchodzi się do kuchni jest tu dużo mniej sprzątania. 2  x w tygodniu zamiatanie, raz na 10 dni odkurzanie i tyle. Okna myja się bez walki, otwieraja się do srodka i nie są tak wysokie. A to co trzeba zrobić codziennie to trzeba i w pałacu i w chatce na kurzej nóżce.
W moim mężu zaszła zaskakująca zmiana. Mój porywczy, przeklinający wniebogłosy choleryk bardzo sie wyluzował. Poproszony o spacer po masło grzecznie idzie po masło i zabiera ze sobą worek ze śmieciami. Nie kłóci się, że pies dopiero był i niech siusia w ogródku, tylko bierze psa, smycz i idzie do Dolinki wybiegać gadzinę. I to też chyba wpływ błogosławionej osobistej przestrzeni. Bo jak chce spać w dzień, to ma gdzie i nikt go nie budzi, a jak chce pisać w nocy, to pisze w nocy i nikomu to nie przeszkadza.
Jakim sposobem mieszkaliśmy dawniej w naszych rodzinnych mieszkaniach w znacznie większym zagęszczeniu depcząc sobie po nogach, wypędzając się nawzajem z łazienki i przepychając się w ciasnych korytarzach? Nie mam pojęcia. Rzuca to jednak pewne światło na porywcze zachowania typowe dla obu naszych rodzin.


piątek, 18 lipca 2008
Poznaję Ursynów coraz dokładniej i jestem nim zachwycona. Gdy się tu sprowadziliśmy, był dzielnicą irysów. W każdym ogródku, porzuconym studziennym kręgu i w każdej wielkiej donicy na wolnym powietrzu rosły irysy. Potem zakwitły róże. Zastanawiałam się co będzie dalej i już wiem, teraz kwitną malwy we wszystkich możliwych kolorach. Chodzę sobie po tym Ursynowie jak po ogrodzie botanicznym, bo obfitość gatunków jest zdumiewająca. I trafiają się tak piękne ogródki, że dech zapiera.
Już wiem, czemu odwiedzający tę dzielnicę mieli i mają taki kłopot z trafieniem pod właściwy adres: otóż chodzą oni ulicami przeznaczonymi dla ruchu kołowego. Przy takich ulicach nie stoją domy z właściwymi adresami. Na Ursynowie są bowiem enklawy. Taka enklawa to zwykle osiedlowa uliczka z leżącymi policjantami, samochody jeżdżą tu wolniutko, można się spokojnie poruszać na rowerze i pieszo. Między domami jest mnóstwo przejść, które ułatwiają życie mieszkańcom, a utrudniają wizytującym. Najprościej się tu poruszać na azymut. Tym bardziej, ze pod większymi ulicami są liczne przejścia podziemne, co w połączeniu z dróżkami osiedlowymi daje bardzo sprawną komunikacyjną pajęczynę.
Nie strach się nimi poruszać, bo nie ma  tu budynków komunalnych z ich charakterystycznymi mieszkańcami. Pod sklepami nie stoją sinonosi menele, w bramach nie kiwają się młodziki w dresach. Tego typu towarzystwo z Pragi i Śródmieścia nie ma tu czego szukać. Co najwyżej jakiś nurek wybiera aluminiowe puszki ze śmietnika, i dobrze, bo w ten sposób góra śmieci maleje.
Kto może porusza się na rowerze. Rower rzecz święta. Po ścieżkach rowerowych piesi się nie włóczą. A i poza ścieżką rowerową nikomu cykliści nie przeszkadzają. Ludność w każdym wieku porusza się na jednośladach na równych prawach. Starsze panie z koszykami uczepionymi przy kierownicy i na baga zniku robią spokojnie zakupy na straganach ustawionych tuż przy ścieżkach i mają wyraźnie lepszy humor, niż śródmiejskie zakupowiczki z rękami wyciągniętymi do ziemi od dźwigania siatek. Kto nie ma roweru, ma wózeczek do zakupów. A ponieważ wszelkie przejścia podziemne i przez jezdnię mają wygodne zjazdy, nie trzeba tych wózeczków ani rowerów taszczyć po schodach.
Sieć sklepów jest więcej niz wystarczająca, banki są na każdym rogu. Nie znalazłam jeszcze tylko szewca i zegarmistrza. Nawet kuśnierz jest w okolicy. A jak się ma ochotę uciec chwilowo od cywilizacji, to wystarczy zejść z wiślanej skarpy i juz się jest w polu szczerym. I można wedrować aż do Powsina.
Jesteśmy bardzo, bardzo zadowoleni z naszego nowego miejscca zamieszkania.

12:23, weisefrau
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 lipca 2008
Byliśmy wczoraj z wizytą u przyjaciół. Ubrani jak ludzie, z psem na smyczy przyjechaliśmy do Śródmieścia. W upalne sobotnie popołudnie w parku Krasińskich największe zainteresowanie ludzi i zwierząt budziła niewielka fontanna. Na ławeczkach wokół niej siedzieli sobie emeryci, matki z dziećmi rozłożyły się na kocykach na trawniku, a zmęczone upałem psy przywleczone przez właścicieli do parku wylegiwały się w cieniu krzewów.
I jeden z takich psów poszedł do fontanny się ochłodzić. Chłodzenie ciała w upał jest dla psa sprawą pierwszorzędną. Pies się nie poci a jego naturalna temperatura ciała to 38 - 39 oC. Natomiast gdy temperatura ciała wzrośnie do 41 oC zwierzaka czeka niemal pewna smierć, krew mu w żyłach krzepnie. Nic dziwnego zatem, że w upały psiaki robia wiele, żeby zachować właściwą temperaturę ciała. Wygrzebują sobie doły w chłodnej glebie i sie w nich układają, kąpią się w kałużach i w fontannach.
Kosmaty, szaro bury pies z lubością ułożył się w wodzie, napił się, parsknął, otrzepał, a jakiś prawie goły, brzuchaty jegomość zaczął zemścić: " Do czego to podobne, psa w fontannie kapią, jeszcze człowiek parchów dostanie, psa to w Wiśle kąpcie" - indyczył się.
Zawstydzeni właściciele odwołali burka, który grzecznie opuścił fontannę.
A ja popatrzyłam sobie na awanturniczego emeryta: goły, tylko w majtach, skarpetkach i pantoflach na ławce w parku prezentował wątpliwe wdzięki młodym kobietom z dziećmi. Zadowolony z siebie wypinał ku słonku wielki, czerwony brzuch opadający na czarne bieliźniane majtasy.
Bardzo donośnie, nauczycielskim głosem, którego nie sposób niedosłyszeć oznajmiłam wszystkim, ze publiczne obnażanie się w parku jest niedozwolone. I prezentowanie publiczności takiego ciała to zgroza i nieprzyzwoitość. Pokazywałam przy tym palcem rozgogolonego jegomościa. Coś chciał odpowiedzieć, ale matki z dziećmi podjęły mój wątek. jedna nawet zaczęła bić brawo.
Mówię NIE gołym emerytom w parku, zwłaszcza jak zakazują zwierzakom picia wodzy z fontanny.
A żeby nie dostać parchów, należy się kąpać w basenie, a nie w fontannie.

16:48, weisefrau
Link Komentarze (4) »
piątek, 11 lipca 2008
W 1992 roku prowadzimy z mężem niemal dzień w dzień ten sam dialog opisywany potem przez Misię jako nieustająca awantura. Rzecz dotyczy stanu naszych finansów.
Tym razem jest już po 15. i widać, że pieniędzy na ten miesiąc nie starczy. Stać nas jeszcze może na 5 dni pożywienia. Potem nastąpi bankructwo. Zupełne i absolutne. I lepiej, żeby nikt nie chorował, nie wyrósł z butów ani nie zgubił plomby w zębie.
Nasze argumenty są od lat takie same.
Mąż twierdzi, że pensja asystenta wyższej uczelni i nauczycielki z niedużym stażem to kupa forsy. Fura szmalu!
Jesteśmy bogaci! Mamy gdzie mieszkać! Mamy się w co ubrać! Mamy pracę i żadnych zobowiązań!
Ja twierdzę, że nie mamy gdzie mieszkać, bo mieszkamy u mojej mamy i wszyscy mają już tego dość. Nie mamy się w co ubrać, bo on chodzi w jednych dżinsach i kraciastej flanelowej koszuli, a ja w dresie, a wszystko co mamy to dziecko, pies i kilka tysięcy książek.
Mąż na to, że nasze wydatki nie są znów takie wielkie, i że mamy mnóstwo, naprawdę mnóstwo forsy na przyjemności, czyli na kolejne książki. Przecież dużo książek, co najmniej 1/5 jest moja.
Mój głos jest już bardzo donośny, gdy oznajmiam, że mimo tego bogactwa w rodzinnej kasie nie ma już prawie nic. I że może by mąż nadgodziny wziął, albo zrobił w końcu państwowe uprawnienia do wykonywania wyuczonego, bardzo intratnego zawodu i pomyślał o utrzymaniu rodziny?
Mąż jak zwykle przy tym argumencie zamilkł, ale wnet znów odzyskał głos.
- Jesteśmy w przejściowych trudnościach finansowych, bo ty za drogo gotujesz. Za dużo wydajesz na jedzenie - uściślił. Samo gotowanie mu nie przeszkadzało, ale pieniądze zostawiane w sklepach, bazarowych budkach i u pani z cielęciną wydawały mu się bezsensowną rozrzutnością. Gdybym nie bywała w tych okropnych miejscach i nie szastała tam pieniędzmi bylibyśmy bogaci jak Kulczyk i Gates.
Zamilkłam.
Z takim argumentem bez paragonów z kasy nie podyskutuję. Poza tym świat widziałam już na czerwono. Stawałam na głowie, żeby przygotowywane jedzenie było smaczne, odpowiadało wyszukanym gustom konsumentów, miało właściwy stosumek białek, tłuszczów i węglowodanów i poświęcałam mnóstwo czasu na aprowizację. Nikt nie chciał jeść salcesonu ani pasztetowej. Paradoksalnie najdroższe mięso wychodziło w potrawach najtaniej.
Ilekroć kupiłam tańsze gatunki to po wykrojeniu niejadalnych elementów i zważeniu pozostałości otrzymywałam najdroższe mięso na świecie.
Wieczorem wyprowadzałam psa. Wolałam to robić sama, bo pies się wybiegał, a ja mogłam pogadać z innymi wyprowadzającymi. Opowiedziałam całą historię sąsiadce, matce trojga dzieci i technologowi żywienia. Pokiwała głową, pomyślałai powiedziała, że najtańsza jest głowizna.
Na głowiznę było nas jeszcze stać.
Następnego dnia wracając z pracy wstąpiłam do mięsnego. Na haku wisiała jedynie głowizna - pół świńskiej głowy z wielkim ryjem, ogromnym uchem i błękitnym okiem. Poprosiłam o tę głowiznę. Sprzedawca, wielki rudy facet zamarł. Wiedział dobrze, co zazwyczaj kupowalam.
-Mąż twierdzi, że za drogo gotuję - wyjaśniłam - Piękna głowizna. Co za ucho. Proszę mi to przerąbać, żeby do garnka weszło.
-A duży ten garnek? spytał rudy.
- 30 cm średnicy, 45 wysokości.
Sprzedawca już bez słowa położył głowiznę na pniu i przeciął na pół.
W domu dokładnie obejrzałam surowiec na obiad. Babcia też obejrzała i zaproponowała, że dla dziecka ma pierogi. Dla mnie też wystarczy. A co do tego tu - tu palcem wskazała głowizną, to radziłaby opalić szczecinę.
Bardzo żaluję, że nie mogłam bliżej zapoznać się z anatomią głowizny. Czas naglił. Mąż wracał na obiad o czwartej. Zwykle po czwartej, ale ile po czwartej było nie do przewidzenia. Włożyłam zatem głowiznę do garnka, Trzeba było upychać, bo ryj wystawał. Dosypałam Vegety, pieprzu i ziela angielskiego. Dla czystego sumienia dodałam listek bobkowy. Woda do pełna i gar na pelen gaz.
Nakarmiłam dziecko pierogani, sama zjadłam i zmniejszyłam gaz pod garem. Ryj jakby się skulił, a błękitne oko zaszło bielmem.

Mąż przyszedł do domu na czas i niepomny wczorajszej wymiany zdań radośnie zapytał, co na obiad. Niespodzianka odparłam i na największym pólmisku podałam mu porąbaną głowiznę w towarzystwie kupki bardzo ostrego chrzanu.
-Co to jest? spytał mąż.
-Głowizna. Tanie danie, na które nas stać.

Jeszcze dwa tygodnie później znajdowałam na dywanie potężne trzonowe zęby. Psu głowizna bardzo smakowała.
Ten mąż już nigdy nie pisnął słowa o drożyźnie kupowanych przeze mnie wiktuałów.
W 1983 roku wychodzę za mąż za miłego, grzecznego, wesołego chłopaka, który dużo czyta, ma ogromne poczucie humoru, nie pije i swietnie bawi się z dziećmi. W mieszkaniu mojej babci jest dużo pokojów, zajmujemy więc jeden z nich.Nie mamy właściwie nic własnego. Ja jeszcze studiuję, pan mąż ma niskopłatną posadę w instytucie mieszczącym się w jakimś baraku na końcu miasta i marzy o posadzie na Uniwersytecie Warszawskim. Moja mama i babcia są twarde, wszystkie koszty utrzymania dzielimy na 4 (bo jest nas 4 osoby) i my płacimy połowę wszystkiego. W związku z tym po wypłacie i uregulowaniu rachunków zostaje nam byle co. Mama i babcia szybciutko ustawiają męża, żeby sobie nie myślał. Przybywa mi pracy. Babcia jest już po 70., mama pracuje, mąż też, zatem dom już w całości spoczywa na moich barkach. Sprzątam, aprowizuję, gotuję, jak trzeba to wykuję rurę i ścianę potem też zamuruję. Nie wspominając o malowaniu ścian. Na fachowców nas nie stać. Ze wszystkim muszę się zmieścić do 16, bo potem mama wraca z pracy i nie chce uczestniczyć w rozgardiaszu sprzątania a pasta do podłogi śmierdzi.
Początkowo staram się bardzo, ale im bardziej się staram, tym więcej mam pracy, a studiuję i to z doskonałymi wynikami. Uczę się szyć i ubieram nas od stóp do głów. Czasem jeszcze żałuję, że nie umiem robić butów, bo z butami u nas bieda. Gdy na świat przychodzi Misia robi się jeszcze ciężej. Gdy Misia ma rok a ja do napisania pracę magisterską, pan mąż idzie w kamasze. Tak długo składał podania o odroczenie, że capnęli go w ostatnim, ale dla mnie najgorszym momencie. Zaczyna się robić nieprzyjemnie. Mąż jest w wojsku, ale widzi, że w domu wszystko gra. Wyciąga z tego logiczny wniosek, że sobie radzę bez niego. Nęka mnie jakimiś prośbami, żebym go z tego woja wyciągnęła. Po unitarce zamiast do domu trafia na 9 miesięcy do Kołobrzegu, gdzie nic nie robi i rozbestwia się do końca. Wciąz bywa wesoły i nie pije, ale już nie umie bawić się z dziećmi. Teściowie maltretują mnie przy każdej okazji i mają pretensje, że Misia jest maleńka, że palę papierosy, że chciałabym nie wiadomo co ( na przykład mieć pralkę i jakieś mieszkanie nie wspominając o kołdrze i kocu). Z mamą i babcią żyje się znakomicie, ale gdy mąż przybywa na urlop atmosfera staje się nie do wytrzymania. Zwykle zdrowa mama zapada na zdrowiu,  bierze zwolnienie zawsze, gdy mąż ma urlop i siedzi w domu w powłóczystym szlafroku nie pozwalając nam na ani jeden moment intymności.  Kończę studia, dbam o wszystko, zwijam się jak w ukropie, siedzę z dzieckiem do osiągnięcia przez nie wieku przedszkolnego w domu i wciąż wszystko jest zrobione przed 16, kiedy na stół musi wjechać obiad.
Idę do pracy. Za pieniądze na zagospodarowanie się przysługujące nauczycielom kupiłam 3 metry chodnika i zegar z kukułką z płyty paździeżowej. Stare obyczaje nie poddają się łatwo rewizji. Obiad ma być na 16. Ale jak ma to być wykonane, skoro kończę pracę o 15.10 i muszę po drodze zrobić zakupy, zabrać Misię z przedszkola i jeszcze ten obiad ugotować? Po trzech latach takiego walczenia z czasem wypowiedziałam mamie obiady. Wtedy do akcji przystąpila babcia. Za każdym razem gdy coś gotowałam do niemożliwie ciasnej kuchni wkraczała śpiąca dotąd na fotelu babcia i zaczynała się gadka umoralniająca pt:"Powinnaś Gotować Matce obiady,Bo Ona Chodzi Do Pracy". Zaczyna się awantura bez końca trwająca do 1995 roku. Mąż uzyskał po powrocie z wojska posadę asystenta i siedzi na wydziale od 8 do 16 i nie stara się o żadne inne bardziej dochodowe zajęcie. Pytany o sprawę wprost, stawiany pod ścianą, molestowany i nagabywany odpowiada, że musi zrobić doktorat. A nawet że jest białym mężczyzną z klasy wyższej i nie zamierza rezygnować z należnych mu z tego tytułu przywilejów. Pozatym robi mi przecież śniadania i prasuje, więc się czepiam. Robił ten doktorat bez pośpiechu, całe 8 lat, jakie ustawa dała na ten cel asystentom, i wracał do domu coraz później i póżniej. Nie interesowało go własne mieszkanie, kołdra, łóżko dla dziecka. Czytał coraz grubsze książki, oglądał TV do flagi a po kupnie komputera cywilizował świat, albo układał pasjanse.
Czułam, że tonę, że ginę i że jeśli tak ma być już zawsze, to w moją skórę wejdzie jakaś nieznana mi przedtem awanturująca się, bezmyślna, okrutna swołocz. Wyglądałam coraz gorzej, przestałam sobie szyć, bo nie miałam pieniędzy na tkaniny. Chodziłam w ciuchach, które ktoś mi oddał. Zwykle w dżinsach, adidasach i bluzie z polara. Oszczędzałam na fryzjerze, kosmetykach, na własnym zdrowiu. Pilnowałam tylko, żeby leczyć zęby i zawsze spędzać całe wakacje poza domem. Przy tym wszystkim zrobiłam uprawnienia do nauczania języka niemieckiego, zdawałam jeden po drugim egzaminy aż do KDS (niech mi nikt nie mówi, ze języka obcego nie można nauczyć się samemu)i ciągle słuchałam o doktoracie, nad którym mój mąż pracował najwolniej jak się tylko dało.
Żeby na mój widok w domu się ktoś cieszł, kupiłam sobie psa. Terieropodobna kundelka, o którą mając 30 lat musiałam się w domu wykłócić i wypłakać była najmądrzejszym zakupem w życiu. Pożarła nieposprzątane buty i zabawki, odzwyczaiła mamę od powiewnych szlafroków gryząc ją po palcach i szarpiąc za poły ze zwiewnej tkaniny, zajęła się dzieckiem, głuchą babcię informowała co dzwoni w mieszkaniu i wlekła ją za spódnicę do telefonu lub drzwi, a na mój widok cieszyła się zawsze. W końcu załatwiła mi mieszkanie, przyzwoite dochody i nowe małżeństwo.
W czercu 1994 roku rzeczony doktorat został sfinalizowany. W nagrodę dla doktoranta moja mama kupiła nam wczasy na poczcie w Zwierzyńcu i.... pojechała na nie z nami. W lutym 1995 roku oświadczyłam mężowi, że go porzucam. Uniósł głowę znad grubej książki o wampirach i spytał, czy będę miała okres. Zapomniał nieszczęśnik, że okres właśnie się skończył; gdy mu o tym przypomniałam, spojrzał jakby bystrzej i zadał mi następne pytanie: Mamy przecież RZECZY, co z nimi zrobimy? Odpowiedziałam mu, żeby je sobie wziął. Chyba docierało, co mówię, bo następne pytanie było już podszyte niepokojem: A gdzie ja będę mieszkał?. Zaproponowałam mu, żeby spytał moją mamę, czy wynajmie mu pokój. A co ja powiem mamie? spytał mając na myśli swoją mamę - Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi - odparłam bez cienia litości.
Przy kolacji, która przebiegała znanym od lat trybem babcia krzyczala na nas, żebyśmy byli cicho, bo dziennik idzie. Mama ganiała mnie jak zwykle do kuchni a to po nóż, a to po sól, a to po cukier, a to po łyżeczkę. Wyciągnęlam z kieszeni na pierwszy rzut oka obce klucze, zadzwoniłam nimi najgłośniej jak umiałam i rzekłam tak: Dziś jest poniedziałek. Jak będziecie grzeczni, to zostanę z wami do piątku. Jak będziecie niegrzeczni, wychodzę z domu zaraz.
Byli grzeczni. Zostałam do piątku

Co roku przed Świętami Wielkanocnymi i przed Bożym Narodzeniem pan mąż pakował plecak, zabierał ciężkie buty i kangurkę i zmywał się z domu w Tatry. Tak na mniej więcej 2 tygodnie. Wracał dzień przed uroczystościami pewien, że wszystko, co powinno być kupione i zrobione jest kupione i zrobione. Zwłaszcza w wesołych latach 80. Podobno wszystkie odczyty z limnigrafów w potokach Tatr Zachodnich, które przez cały rok zbierali nędznie opłacani gazdowie MUSIAŁY być od tych gazdów zabrane akurat wtedy, gdy żony pracowników naukowych Wydziału Geologii UW stały w kolejkach, liczyły z rozpaczą mizerną forsę, myły okna, szorowały parkiety, piekły kartkową chabaninę by udawała staropolskie mięsiwa i błagały ciasto drożdżowe, by rosło. Żony dla odmiany mogły jeszcze prać obrusy i pościel, by na święta bielizna była naprawdę nieskazitelna. W pralce Frani, rzecz jasna. Dzika przyroda i majestat Tatr były z pewnością milszym towarzystwem niż żona, teściowa i babcia żony znana z wybuchowego charakteru. W roku pańskim 1985 wszystko szło ustalonym trybem. Mąż znikł jak zwykle a mnie pozostawiono z robotami domowymi. Uporałam się z licznymi oknami, z 62 metrami kwadratowymi parkietu, z praniem, z zakupami i miałam właśnie rozpoczynać przygotowywanie wielkanocnych specjałów, gdy poczułam, że balansuję na niewidzialnej granicy między byciem kobietą bezdzietną, a byciem matką. Fakt, ze wszystkich wyliczeń wynikało, że to nieco za wcześnie. Ale z faktami się nie dyskutuje - pojechałam do szpitala.
Doświadczone koleżanki uprzedzały mnie, że klinika położnicza to folklor nie do opisania i doświadczenie traumatyczne, ale tego się nie spodziewała. W ciągu kilku minut z wolnej osoby stałam się upokorzonym więźniem niezrozumiałego systemu, rozebranym do rosołu, przyodzianym w brudno białą koszulinę do kolan, za to z cyckami na wierzchu, pozbawionym majtek, prawa do odwiedzin bliskich i telefonu ( automat był zepsuty) poddanym oględzinom przez nieznanych mi wcześniej ludzi, skoszarowanym na smutnym oddziale patologii ciąży. Dobrze, że długo tam nie pobyłam, o pierwszej w nocy faktu, że dziecko pragnie już być na świecie nie dało się już dłużej ignorować. Zaaplikowano mi zatem słynną przedporodową lewatywę, która pewnie nie była znana nawet chińskim specjalistom od maltretowania ludzi. Śni mi się to po nocach do dziś. Po 20 minutach pielęgniarka wywlekła mnie z ubikacji, pouczając, że nie jest to miejsce stosowne do rodzenia dzieci i zaprowadziła na porodówkę. Schody pokonałam pieszo niosąc swoje bagaże osobiście.

Na porodówce kazano mi się wdrapać na sięgajacy mi aż do pach i bardzo wąski mebel, który w myślach nazwałam katafalkiem. Wiłam się na tym katafalku usiłując z niego nie spaść w ciemnościach, a położna, nieco pachnąca wódką żytnią udała się na spoczynek za kotarę. I tak się wiłam, aż o świcie, o 5. 50, dnia 1. kwietnia urodziłam ważąca całe 1600 gram Misię. Jakoś szybko zapalono światło, zaroiło się od ludzi w białych kaloszach, a mnie zaczęto rugać okropnie, że nie zameldowalam o wcześniaku, bo by mnie wtedy inaczej obrabiali. Nawet nie miałam siły tłumaczyć, że mieli przecież dokumentację ciąży, i że w końcu całkiem sprawnie obrobiłam się sama. Pokazano mi malusieńką Misię kichającą i wrzeszczącą wniebogłosy, bardzo podobną do mojej teściowej. Potem ją zabrali i nie powiedzieli dokąd.
Przed Wielkanocą ruch na porodówce był ogromny. Widać nie tylko mój mąż pojechał przed świętami w siną dal i nie tylko u mnie szorowanie parkietów skutecznie wywołało akcję porodową. Wszystkie sale były pełniutkie, poleżałam sobie więc na tym strasznym katafalku do popołudnia obserwując bardzo intymne przeżycia innych kobiet i urywając się tylko na chwilę, by pocwałowć w niekompletnej odzieży przez szpitalne korytarze, wpaść do jakiejś sali od frontu, wychylić się do pasa przez okno na pierwszokwietniowy chłód i na cały głos z 2. piętra złożyć z wydarzń poprzedniej nocy sprawozdanie ojcu dziecka. Telefon na korytarzu szpitalnym nie działał, ale inne telefony chyba były sprawne, bo ojca powiadomiono o fakcie urodzin dzieciny błyskawicznie. Położnice jeśli chciały o czymś zawiadomić rodzinę musialy to również ujawnić wszystkim ludziom, którzy w tym czasie przechodzili ulicą.
W końcu przeniesiono mnie na zbiorową sale, ale kilka dni nie dawano dziecka, bo najpierw było w inkubatorze, potem było za małe, potem za żółte i potem w końcu po awanturze dano mi je nakarmić. Siedzenie na twardym drewnianym krześle z kroczem pociętym i zeszytym, z maleńkim noworodkiem przy piersi i prawie nago to kolejna tortura komunistycznego położnictwa. Nikt mi nie powiedział ile czasu tak będziemy w tym szpitalu siedzieć. Okazało się w końcu, że Misia nie jest wcześniakiem, że cech wcześniaczych nie ma, że inkubator jej nie potrzebny, że potrzebne jej częste karmienie i tyle. No to karmiłam.Podziwiałam moje malusieńkie dziecko, które miało kończyny jak patyczak, fryzurę irokeza i było niewiele cięższe niż torebka cukru. Poza tym wisiałam przewieszona przez parapet i udzielałam rodzienie instrukcji co do koniecznych nabytków i sprawozdań z naszych postępów, bowiem wizyty na oddziale położniczym były w tych wesołych czasach streng verboten (surowo wzbronione).

Fala urodzin nieco zmalała i personel znów mógł cieszyć się Świętem Zmartwychwstania Pańskiego. Wszystkie położnice zbierały codziennie mleko dla wcześniaków i na karmienie noworodków o północy. Którejś nocy usłyszałam potworny huk na korytarzu - to kompletnie pijana położna przewróciła się wraz z wózkiem pełnym butelek z mlekiem z całego dziennego udoju. Położna gramoliła się na czworaki, potem po ścianie, biała struga mleka płynęła po linoleum, głodne dzieci darły się w swojej sali, a do mnie docierało, ze ludzie z pijaństwa nie mogący się utrzymac na nogach mają w swoich rękach los mojej córeczki, a ja nie mogę na to nic poradzić. Następnego dnia poprosiłam o wypis na własną prośbę wraz z dzieckiem. Usłyszałam coś o matkach, które chcą zamordować swoje maleńkie, bezradne dzieciątko. Podzieliłam się zatem z ordynatorem obserwacjami z mininej nocy. Zapadła grzeczna cisza, dostałam wypis i pojechałyśmy do domu. Byłyśmy wolne.

Po kilku latach dowiedziałam się, że moja teściowa kupiła wtedy dziecku piękną, maleńką, białą trumnę. Zupełnie niepotrzebnie.

Na załączonym zdjęciu Misia ma 2 tygodnie i jak widać kąpana jest w umywalce.
 
1 , 2