Rozmaite Gackowej przypadki.
środa, 29 lipca 2009
Jutro świtem jedziemy. Walizki popakowane, zapas psiego żarcia jest, książki do przeczytania są, kredki zostają w domu.
Będę haftować, spacerować, pływać i bawić się z psem.
Zapraszam czytających po 16 sierpnia.

poniedziałek, 27 lipca 2009
Jak przez mgłę pamiętam co stało przy Marszałkowskiej na przeciwko Placu Defilad zanim je zbudowano - jakieś budy i ruiny. Potem wzniesiono aluminiowo - szklaną Ścianę Wschodnią. Trzy cienkie jak ołówki wysokie domy mieszkalne z maluśkimi mieszkaniami (co po układzie okien było widać z ulicy) i trzy pokracznie niskie przy tych budynkach domy handlowe ułożone jak opadnięte pasztety wzdłuż ulicy: Wars, Sawa i Junior.
Od początku wydawały mi się wstrętne. Przez nie wiadomo czemu pozasłaniane szklane ściany - po diabła budować szklane ściany i zasłaniać je prześcieradłami i żaluzjami? Przez pozornie dużą powierzchnię podzieloną stoiskami w malutkie kajutki, przez ciągły tłum głodny dóbr, których zabrakło. Przez brudne klatki schodowe i ukryte przed klientami toalety z pijanymi babciami klozetowymi.
Pamiętam nadęte sprzedawczynie, koszmarne kolejki, kartki na buty i złość, kiedy z masy zgromadzonych tam dóbr i tak nic nie pasowało na moją dość standardową figurę. Pamiętam peany, które na swoją cześć pisala w Przekroju Barbara Hoff. Nic z jej kolekcji na mnie dobrze nie wyglądało. Płótna i sztruksy udające jedwabie i tweedy były żałosne i bure. Jedyne płócienne pantofelki, które sobie u niej kupiłam zmajstrowały mi takie pęcherze na piętach, że skończyło się na pogotowiu. Po wyjściu z tych domow handlowch miałam na ogół depresję i migrenę na raz. Może to przez marną wentylację?
Po zmianie ustroju dalej unikałam tych sklepów. No, Empik mi pasował i Sephora. I na tym koniec. Czego by tam nie sprzedawali, ja się natychmiast tam widziałam w kilometrowej kolejce z kartką na buty w łapie walczącą o jakieś krzywe buciory, bo starych szewc już nawet zelować nie chciał.
Za wszystkie upokorzenia z komuny Domy Towarowe Centrum nieźle mi zapłaciły.
Zbankrutowały mianowicie. Pewnie nie tylko ja nie lubiłam tam bywać. Inni też nie lubili. I jak nie musieli, to nie bywali. Nawet do H&M i do Zary wolę wpaść przy okazji bytności w jakiejś galerii handlowej - byle nie tam.
Zbankrutowana firma wyprzedaje swoje zapasy aby zmniejszyć długi. Od jakiegoś czasu wszystko w DTC jest przecenione i zapasy z całego kraju wyprzedawane są za bezcen.
Tomek jest ode mnie znacznie wytworniejszy i czulszy na wahania mody. Wyprzedaże to jego raj. On wie co gdzie i za ile. Pamięta także kto i czego do ubrania się szuka. Ja od kilku lat szukam płaszcza na zimę. Zwykłego płaszcza, w którym nie będę wyglądać jak postument pod Kolumną Zygmunta: jednorzędówki bez poziomych szwów z pasowaną talią i dobrze leżącymi plecami. Rzecz w listopadzie nie do kupienia. Wszystkie płaszcze które mierzyłam - poza kraciakami  z poliestru z H&M - nawet z wielbłądziej wełny i kaszmiru i za 4 000 zł robiły ze mnie matrioszkę bez nóg.
Taki krój.
Poszukiwany przeze mnie fason widywałam jedynie w lumpeksach. A to z zielonego welwetu w rozmiarze 36, a to jako różowy tweed.
Nie do noszenia.
I nagle mój miły wpada do domu z kolejnymi pięknymi butami. Spenetrował bankruta i znalazł płaszcze. Pojechałam, przymierzyłam i mam. Za 275 zl i bez żadnej kolejki i przepychanek. W lipcu.
Ponownie zostałam wzięta za łeb i wepchnięta w znienawidzone wnętrze w celu znalezienia pantofli. Znalazłam czółenka marzeń. Metka mnie oświeciła, to pantofle o tęgości 1/2. Nie kłapią na moich wąziutkich stopach i na pewno nie wejdą na nogę przeciętnej Polce. Toteż z 500 zł przecenili biedactwa na 130.
Jesienią będę się przechadzać w czarnym wytwornym płaszczu i w arystokratycznych pantoflach jak jakaś dama.
Tylko Tomek narzeka, że mnie to trzeba wlec na zakupy przemocą i do czego to podobne, żeby musiał do takich rzeczy żonę przymuszać.


piątek, 24 lipca 2009
Skonsultowałam z Ewcią konieczność wykonania miniaturowych bucików i innych takich rzeczy jak dla lalki. Jeszcze nie wiadomo w jakim kolorze robić, różowe czy niebieskie, więc najlepiej białe. Ale jak? Jakie rozmiary?
Z Ewcią rozmowa jest krótka: mówisz i masz, Wczoraj listonosz przyniósł podejrzanie ciężka paczkę. A w środku znalazłam !!! mąkę na żurek !!!! aż dwie paczki!
Cudnie, zażurkujemy się do cna.
A poza ta mąką w paczce znalazłam materiały informacyjne o sweterkach, bucikach, kołderkach i zabawkach dla niemowlaków.



 I jeszcze śliczne zawieszki wypchane lawendą sądząc po zapachu i szeleście wyschniętych lawendowych łodyg. Saszetka już jest w komodzie, dyndadełko chyba przyczepię do ucha nożyczek. Mąki nie fotografowałam.
Ewciu, dziękuję!
Za to materiały edukacyjne studiuję pilnie i już powstał prototyp butków. Ozdobię je stosownym kolorem jak będzie wiadomo, dla kogo są! Długo nikt ich nie ponosi, najwyżej 2 tygodnie, bo potem będą już za małe.


środa, 22 lipca 2009
Powyższe zdanie nie znaczy ze oszalałam, tylko ze pewien tłumacz nie znając się na przedmiocie opisywanym w zdaniu przetłumaczył je za pomocą słownika. Powinno ono brzmieć "Nieizolowany przewód poprowadzony jest ponad pokrywą".
Taka refleksja nasunęła mi się natychmiast po rozpoczęciu lektury ślicznej książki Mary Webb "Robótki Na Drutach". Dobrze, ze tylko wypożyczyłam ją z biblioteki!
Wydana przez Firmę Księgarską Jacek i Krzysztof Olesiejuk książeczka ma prześliczne wzory do dziergania na drutach, jest pięknie zilustrowana fotografiami i zupełnie fatalnie przetłumaczona z angielskiego. Nie da się ukryć że tłumaczka, Ewelina Wilczewska nie robi na drutach. A nawet jeśli robi, to nie nauczyła się tego w Polsce, nie uczyła jej babcia a ni mama ani żadna koleżanka Polka. Jeśli nawet Ewelina Wilczewska robi na drutach to nauczyła się tego w Nowym Jorku albo w Birmingham i nigdy, przenigdy nie miała w ręku żadnej książki po polsku o robieniu na drutach i nie spotkała się z takimi określeniami jak "nabierać oczka", "oczko brzegowe",l "narzut", "ścieg za igłą" czy "ściągacz".
Oczka się w tej pozycji wybiera, oczka brzegowe to obwódki, narzuty to nitka (po)nad (drutem), ścieg za igłą to ścieg tylny (!) a ściągacze to ściegi żeberkowe.
Być może nawet Ewelina Wilczewska zatrudniła do tłumaczenia program komputerowy, a potem tylko wstawiła nawiasy, przecinki i kropki. Zapłacono jej za robotę tak marnie, ze musiała tak zrobić. Redaktor nic nie zauważył, bo też na drutach nigdy nie robił i kto by sobie tam głowę zawracał jakąś durną książczyną dla bab. Ma wyglądać a baby mają kupić. I  w całej transakcji tylko cena (24.90) jest na poważnie, bo opisy wykonania to kpina.
Dodam tylko że "Ściegi Hafciarskie" tej samej autorki to samo wydawnictwo wydało z identycznie fatalnym tłumaczeniem. Aż się ucieszyłam ze mam tylko wersję angielską.

Ciekawe czy Firma Księgarska Jakub i Krzysztof Olesiejuk tak samo niechlujnie potraktowała by jakieś męskie hobby ot, kowalstwo. Czy darowano by tłumaczowi, który młotek nazwałby uderzaczem a kowadło dajmy na to wytłukiem?

Dziewczyny, nie dajcie sobie kitu wciskać. Żałuję tylko, że nie kupiłam sobie tej książeczki po angielsku w American Bookstore, bo miałabym dzięki zdjęciom jakieś pojecie jak to wszystko się nazywa naprawdę po angielsku i mogłabym swobodnie korzystać z darmowych modeli w internecie. Niestety, terminologia angielska w tej dziedzinie, składająca się ze spółgłosek podzielonych kropkami i zwykle pozbawiona schematów ściegów jest dla mnie dalej czarna magią.

poniedziałek, 20 lipca 2009
Jak na tak mokre lato to doprawdy mieliśmy szczęście z pogodą. Pan mąż pomykał rano do Szczytna uczyć policjantów jak zabić terrorystę, a my pasłyśmy oczy takimi widokami:



Siedziałyśmy w ogródku, bratowa czytała a ja wyszywałam wzorek Laury J. Perin. I wyprodukowalam wprawdzie niewiele, za to niesłychanie barwnie, teraz wzór będzie się nazywał Szalona Papuga a nie Szkatułka na Klejnoty. Papugę dokończę w Klebarku, dokąd ponownie jedziemy 30 lipca  na jakieś dwa tygodnie. Już wiem, że tego się nie da zrobić w tydzień, to jednak spory hafcik, choć łatwy do wykonania. jest tak kolorowy, że sama Orna Willis by się go nie powstydziła.



I miało być o ptaszku. No to pytam co to za ptaszek:









To bardzo malutki ptaszek, zdjęcia robiłam na maksymalnym powiększeniu. Jedyny ptak z taką pasiastą głowa i żółtym kuprem to świstunka złotawa, ale czy to na pewno ona? Powiedzcie mi to proszę, bo znów nie będę mogła spać z ciekawości.

niedziela, 12 lipca 2009
Pan mąż ma poprowadzić w Szczytnie jakieś zajęcia. Potrwa to cztery dni. Żeby nie sypiał w koszarach i nie spędzał wieczorów w knajpie Pod Celą zabiera mnie do Klebarka. Ot taki przenośny dom ma w mojej osobie. Twierdzi, że beze mnie by mu się nie chciało dojeżdżać 40 kilometrów. A jak wie, że w Klebarku siedzę i czekam to mu się będzie chciało. Zaraz zacznę się pakować i już sobie na te cztery dni przygotowałam robótkę: według wzoru Jewel Box Laury J. Perin wykonam mały haft liczony. Zaszalałam z kolorami jeszcze bardziej ni z Laura. Ona jednak zaleca używanie większości nici jednobarwnych. Ja wzięłam wszystkie cieniowane z grubsza trzymając się zaleconej kolorystyki.
No kocham zielony z różowym po prostu. Nawet wiedza, że to dość koperkowy gust mnie nie rusza. A dzięki cieniowaniu nie powinno to wyjść nudno. Oto materiały jeszcze bez koralików:



Kocham druty Addi. Powiedziała mi o nich Ewcia (dzięki Ewciu!) i choć mam do dziewiarstwa stosunek ostrożny, to jednak kocham gadgety. I w Zamotane.pl
 kupiłam sobie te druty. Faktycznie to mercedes wśród drutów. Żadnego zaczepiania żyłką oczek, żadnego mocowania się z drutami, żyłka elastyczna i miękka. Bajer.
Szukając Alize Bamboo trafiłam do przeniesionej z eleganckiego Blue City do baraku w podwórku na Wałbrzyskiej pasmanterii Pasja znanej z posiadania na stanie rożnych różności. Druty Addi mieli, owszem, po 10 zł drożej niż w Zamotane. Za sztukę. Bezczelnie spytałam czemu tak drogo. Plątali się w zeznaniach, że w sklepie internetowym to wprost z pudła, a u nich z eleganckiego wieszaka. Zapomnieli jakoś o tym paskudnym podwórku i strasznym baraku. I nie wiedzieli,  że Zamotane to też sklep, tyle że w Poznaniu.
A kiedy napomknęłam, że kordonki to wolę kupować w Pas Gali niż u nich, bo za 3/4 kilograma daję 35 albo 40 złotych pani w Pasji mało nie zemdlała. Miała taką minę, jakby mi urosły rogi albo jakbym weszła do jej baraku całkiem goła. "No jak Pani tak może się przyznawać?" pytała z pobladła twarzą. Widać jestem prostak i cham bo nie wzrusza mnie wytworna Pasja. Nie przepadam za tym sklepem i nie będę po nim płakać.
Ad rem do drutów Addi. Bluzka z bambusowej włóczki powstaje i coraz bardziej prawdopodobne staje się istnienie rękawów. Jeden motek, ciut większy od pięści starczył na plecy do pachy i jeszcze 6 centymetrów.



Dzianina z bambusowej włoczki jest niesłychanie elastyczna. Po pierwszym podejściu sprułam zaczęte plecy i nabrałam znacznie mniej oczek. Gdyby zostały zgodnie z obliczeniem zrobiłabym szerokaśną lejbę a rękawów nie byłoby wcale. A ponieważ jestem coraz mniejsza i dotychczasowa odzież zaczyna na mnie wisieć zrobię tę bluzkę przyszłościowo - taką akurat.

piątek, 10 lipca 2009
Ewcia prosiła o zdjęcie swetra ale ze mną w środku. Lilka  chciała zobaczyć taras. Oto ja w swetrze na tarasie w towarzystwie chorego ramblera, zdrowych hortensji, Kretki i kapci ogrodowych zawieszonych wysoko na kracie. Kapcie muszą być wysoko, bo jak są nisko to Kretka wynosi je do ogródka i chowa pod tujami.



To taras widziany od strony ramblera. Obsadzony gazon to mała róża, która się w międzyczasie zrobiła duża. Puste gazony będą miały za zadanie hołubić klematisy, ale to już w przyszłym roku. Jeśli bym je teraz zamówiła, to najwięcej pielęgnacji będą wymagały akurat jak będziemy na wakacjach i nic z nich nie zostanie. Naturalnie te klematisy nie będą stały w tym miejscu. Jeden pójdzie na taras frontowy, drugi zostanie na kuchennym miedzy poręcza tarasu a kuchennym oknem - obok hortensji. W przyszłym roku lub jesienią posadzę również obok wielkiej róży pachnący wiciokrzew.



Taras jest trochę szerszy niż poprzedni, bo szkoda nam było obcinać desek i produkować odpadki. Deski biegną wzdłuż szerokości, jest minimalny spadek, żeby nie stała na tarasie woda. Meble to sprawa przyszłego roku, krzesła poprzedniego właściciela łamią się, pękają i szczypią w tyłek i plecy a mój stary stół spleśniał , wykrzywil się i widać że nie jest meblem ogrodowym.
Największą przemianę przeszły schody: stopnie są 2 razy głębsze niż były, z odpływem wody, i nie są nachylone do przodu - nie będę z nich zjeżdżać karmiąc w zimie ptaki. Naturalnie karmnik też jest umocowany jak trzeba!



Cała konstrukcja jest stabilna i wytrzymała, nic się nie buja, nie załamuje. Pan hrabia zrobił cementowe wylewki na kotwy, w tym obsadził belki pionowe i poziome. Zamiast czterech punktów podparcia jest ich teraz aż dziewięć.


Pod tarasem mam skład potrzebnych ogrodowych bambetli. Jak widać nie jest to jakaś wypasiona, królewska budowla. Miało być bezpiecznie i wygodnie i jest.

czwartek, 09 lipca 2009
Widziałam mianowicie swoją bratanicę lub bratanka! Dzieciak machał łapkami - a przy każdej ma 5 widocznych palców, kopał nogami, odwracał się do nas a to głową, a to pupą, płci nie zdradził, za to dał sobie zmierzyć ucho. Ucho bratanicy lub bratanka ma 1 cm i 3 mm długości. Jak na 16 tydzień ciąży to zupełnie prawidłowo, ale zaskakująco dużo.
Bratowa w zeszłym tygodniu miała amniopunkcję, nie jest z niej już taka znów dzierlatka osiemnastka, badanie zdaniem lekarzy było konieczne. Ponieważ jednak nie jest ono całkiem dla płodu bezpieczne wczoraj poszłam z nią na kontrolne USG w szpitalu.
Pani doktor pozwoliła mi wejść do gabinetu i sobie nowego członka rodziny obejrzałam. Żebra było widać i bijące serce też.  I oczy i buzię i nos! Widząc mój zachwyt lekarka zaczęła nam pokazywać po kolei ramiona, nogi, grymasy na buzi, no i zmierzyła ku naszej radości to ucho. Bratowa spięta procedurą widząc części ciała dziecka rozkrochmaliła się i przestała się bać. Za dwa tygodnie dowiem się, czy to będzie bratanica, czy bratanek.
 Będę ciocią, a co! jak wszystko będzie dobrze (a będzie) to otwieram pracownię bieliźniarską dla dzieciaka. Trzeba malucha obszyć i obdziergać na powitanie.

Co poza tym? Schudłam kolejny kilogram. Włóczki Alize Bamboo nie starczy na sweter z rękawami.  W Warszawie nie ma chyba już ani jednego kłębka. Jeszcze nie spenetrowałam Pragi i Żoliborza. Trudno, będzie bezrękawnik.

Mała róża bierze się za ponowne kwitnięcie. Mimo, że stała na tarasie w deszcze i pluchy grzyb się jej nie ima. Wielki pnacy, czerwony rambler wyglada jak nieszczęście. Chyba ma na raz mączniaka i jakąś czarną zgniliznę na owocach. W gazonie od pana hrabiego posadziłam dwie hortensje, mała róża siedzi w drugim . Jakoś miesciła się w niewielkiej doniczce a zajęła wielki betonowy gazon sama. Nic jej się już do towarzystwa nie da dosadzić. Mój piekny taras jest już wyszlifowany, pomalowany i na dodatek ukwiecony. Tyle, że nie można tam z powodu deszczu przesiadywać.

Bociana spodziewamy się na gwiazdkę.

wtorek, 07 lipca 2009
Tęczowy moherowy sweter jest gotowy. Robiony szydełkiem z cieniuśkiego, 100% moheru w podstawowych barwach jest kolorowy jak letni ogród:



Oczywiście wyszedł duży, ale dzięki pasowaniu w talii nie jest za duży. Rękawy musiałam spruć o 20 cm. Diabli wiedzą, czemu takie zrobiłam.
Całość sięga do połowy uda i tak ma być. Mimo ażurowej struktury jest to bardzo ciepły, choć cieniuteńki wyrób. Wejdzie pod zimowy płaszcz i będzie mi w zimie grzać to i owo. Nada się również jako akcent kolorystyczny do całkiem białych i całkiem czarnych strojów.
Wzór jest prościutki, jedyna finezja to fakt, ze muszelki przy dekolcie wykonane są szydełkiem 2,5 a całość szydełkiem 4.

 
Szukając wczoraj po warszawskich pasmanteriach jednego motka Alize Bamboo w kolorze papuzim dowiedziałam się, że takie nici to koszt ok. 700 - 1000 zł za kilogram. Gdybym wtedy w lumpeksie o tym wiedziała, wzięłabym wszystkie nici a nie tylko te marne 4 kilo!
Ze swetra na sweter wychodzi tego moheru mniej, pewnie dlatego, ze używam coraz grubszych narzędzi.

niedziela, 05 lipca 2009
Pies zdrowa, Koła zrobione, oprawione i na ścianie. Haft mi na jakiś czas obrzydł ze szczętem. Ale nie ma życia bez robótek.
Dziewiarka ze mnie nieszczególna. Mam w dorobku wiele swetrów, ale nie jestem w tej dziedzinie utalentowana. A może nauki babci nie były zbyt szczegółowe? Babcia nie była cierpliwą nauczycielką, pokazała prawe i lewe oczka, o próbce tylko wspominała "że się ją robi" a jej jedyna książka o dziewiarstwie recznym składała się z niejasnych wskazówek dla wtajemniczonych i modeli z przełomu lat 40 i 50. robionych dżersejem na drutach nr 2.
Jak musiałam, to wykonywałam sweter unikając jednak tego zajęcia. W latach 80tych moje swetry nawet się nadawały do noszenia. Modele były wtedy tak luźne, że niedoróbki nie były widoczne. Wszystkie części na ogół były prostokątami i tyle.
Nigdy nie nauczyłam się równo robić oczek prawych i lewych, mój dżersej zawsze jest  uśliczniony dodatkowymi, nierównościami. Lubię warkocze i Arany, nie przepadam za ażurami. Mam tendencję do robienia za długich i za wąskich rękawów, w obcisłych modelach mojej produkcji ramię sterczy albo robią się buły pod pachami. Jeśli robiłam sweter z opisu w piśmie, był zwykle 2 razy większy niż trzeba.
Na dodatek jestem wełnianą mistrzynią recyklingu (po babci odziedziczone) i jak mam kupić nową włóczkę na sweter to mi wąż w kieszeni syczy. Nie wiem ile czego potrzeba. Jak ma zostać to się  trochę wkurzam, jak ma braknąć, to się wkurzam kosmicznie. A babciny sposób sztukowania inną włóczką jest mi wstrętny do bólu. No nie znoszę paprania fajnego modelu byle czym, bo zabrakło właściwej włóczki.
Postawiona w dobrze zaopatrzonej pasmanterii przed ścianą włoczek dostaję odjazdu. Bardzo rzadko podoba mi się kolor. Jeszcze rzadziej jakość. Jeśli mam kupić nowa włóczkę, to nie widzę powodu żeby płacić za nienawistny mi akryl. Akrylową bluzkę mogę kupić w lumpeksie za 5 albo 12 zł jako towarzystwo do posiadanego stroju, jeśli do niego  pasuje. Nałożę ją raz czy dwa pamiętając, aby przedtem użyć mężowskiego antyperspirantu i talku na całe ciało oraz włożyć miły w dotyku i ciepły podkoszulek. Jak mam płacić naprawdę, to ma być wełna albo inne naturalne włókno.

No i trafiłam na włóczkę, która natychmiast ( no, po konsultacji z Kankanką) kupiłam. Bambusowe włókno bez domieszek w wariackim, papuzim batiku.
O niezwykłym wydarzeniu zawiadomiłam teściową.
Alicji - słychać było przez telefon - zaświeciły się oczy. Przybyła na wizytę konsultacyjną uzbrojona w literaturę przedmiotu. Zrobiła próbkę. Zamiast tę próbkę zmierzyć od razu, zaczęła ją prać, szarpać suszyć i dopiero potem kazała mierzyć. I już jest jasne, czemu moje swetry maja takie ogromne kadłuby. I potem dla równowagi takie wąskie rękawy!
Potem Alicja sprawdziła jak robię na drutach. Wszystko źle - źle nabieram oczka na druty, źle robię oczka prawe i lewe, źle, źle źle.
Za to zostawiła mi Dziewiarstwo Dla Prawo i Leworęcznych. I z popełnianych według autorki dziesięciu najczęstszych błędów popełniam nałogowo 5 : za krotka pacha z tyłu, źle wyrobione skosy ramion, byle jakie obliczenia, zeszywanie grubą nicią, brak napinania obecnie zwanego blokowaniem.
Starczy. Przy nici w cenie bardziej światowej szkoda psuć materiału.
Gackowa wraca do szkoły! A w tej pradawnej księdze z lat 70tych jest wszystko o robieniu z dołu do góry i  z góry do dołu, o raglanach i obliczeniach, o skarpetach, żakietach,wykrojach. I nawet zrozumiale.
Dzięki Alicjo!


 
1 , 2