Rozmaite Gackowej przypadki.
środa, 27 lipca 2011
Kocham takie skarpety i z 2 motków Drops Delight zrobiłam sobie przedmiot nieustannego pożądania. Niby do spania są te skarpetki, ale jak się znam to będą na nogach ciągle. Na zmianę z innymi równie pięknymi.



Posiadłam w końcu umiejętność wyrabiania pięt rzędami skróconymi bez dziur, wpadłam na własny antydziurowy patent i mogę teraz takich prostych skarpet bez żadnych ozdób poza fajną włóczką robić na tuziny. Bardzo mi to jako terapia zajęciowa potrzebne, bo znów zmartwienia okropne niestety są ante portas.
Patent antydziurowy jest taki: tam gdzie po rzędach skróconych zaczynamy dziergać skarpetkę w kółko siłą rzeczy powstaje jedna dziurka. Ktoś radził dodać w niej jedno oczko. A ja wpadłam na to, żeby po prostu skrzyżować oczka przed i za dziurką i żadnej dziurki nie widać. 
Takie samo krzyżowanie 2 x 2 oczka stosuję  przy wyrabianiu dekoltu w szpic na samym szpicu, czyli tam, gdzie oczka się lubią rozłazić.
A Drops Delight jest fantastyczną włóczką skarpetkową, miłą w dotyku, o prawidłowym, mocnym składzie i naturalnie da się z niego robić bluzki i swetry.
piątek, 22 lipca 2011
Cud nastąpił 2 lipca i trwa.
2 lipca było lalkowe spotkanie w Łodzi. Jak zwykle kupiłam sobie papierosy (ostatnio już 2 paczki dziennie twierdząc za każdym razem obłudnie, że moja tylko jedna a drugą mi i tak Pan Mąż wyjara) i pojechałam do tej Łodzi. W pociągu palić nie wolno, to nie paliłam. Coś po drodze zapaliłam, ale potem spotkanie, zabawa lalkami, potem koleżanka odwiozła nas na dworzec samochodem, pociąg przyjechał, siedziałyśmy w nim godzinę nim ruszył, jechał dwie godziny i.... nic. Papierosa jeszcze w domu spróbowałam, zgasiłam, paczkę wrzuciłam do szuflady i leżą tam. A właściwie leżały, bo już wyrzuciłam.
Przestałam się dławić i chrumkać (oraz śmierdzieć). I ciekawam ile czasu to potrwa, bo palenie rzucałam w życiu wiele razy. 
Raz jeden zdarzyło się coś podobnego po jakimś wyjątkowo okropnym roku szkolnym, podczas którego zdałam międzynarodowy egzamin z niemieckiego KDS.
Pojechałam wtedy sama do Klebarka, siadłam na leżaku i tydzień gapiłam się na sadzawkę i na mieszkającą weń żabę. Nawet palić nie miałam siły. Po tygodniu wróciłam do życia i do fajek.
Tym razem trwa to dłużej i nie absorbuje mnie ani trochę. Nie ciągnie, nie ssie, nie gnębi i nie zawraca głowy. Umyłam wszystkie szyby w mieszkaniu dla pozbycia się z grubsza smrodu, mężowi zapowiedziałam, że pali na tarasie ( i pali, a sąsiadka narzeka, że cygara śmierdzą).
Oszczędziłam już tyle, że mogę sobie kupić lalkę za ułamek nieprzepalonej sumy. Będzie miała na imię Gruba Zielona Pallmalia. Albo Niepalmalia, co kto woli.

sobota, 16 lipca 2011
To bardzo proste. Kupić sobie za parę groszy ( za 7.99 konkretnie) Wakacyjnego Omnibusa Polityki, czyli ćwiczenia umysłowe dla dorosłych.
Okładka z Mikołajem Kopernikiem obiecuje, że sprawdzę moją wiedzą, wyćwiczę pamięć i wyobraźnię oraz wytrenuję logiczne myślenie.
I co? I pstro.
Czuję się jak imbecyl. Nie wiem jak wygląda i gdzie jest Most Anioła i Most Vasa, od jakiego przymiotnika utworzono jaką nazwę kraju (poza niemymi Niemcami - ale o to akurat nie pytają), nie znam się na heraldyce, zapomniałam co nie graniczy z Peru, nie wiem w jakim herbie jest grzechotnik, a kozę kojarzę z Lublinem a nie z państwem. Nie wiem kto dostał Nobla "za wspaniałe dzieła epickie" a kto "za zasługi dla fizyki teoretycznej"
Takie rozkosze łamania głowy to szybka ścieżka do przekonania się, jakim jest się durniem. Pozostaje najpierw przeczytać odpowiedzi, nauczyć się ich na pamięć ii udawać mądrą, albo na piechotę posprawdzać te wszystkie cuda w encyklopedii. Tylko po co? Będę od tego mądrzejsza?

sobota, 09 lipca 2011
Wpis jest z gatunku sztubackich. Osoby bardzo poważne, dorosłe i skłonne do irytacji uprasza się o nie czytanie.

Pewna marka jogurtu od dłuższego czasu prowadzi nasiloną kampanię reklamową. Reklama jest zapewne skuteczna, robiąc zakupy widzę charakterystyczne opakowania w niemal każdym podjeżdżającym do kasy koszyku. Inne jogurty stoją na półkach i pies z kulawą nogą ich nie bierze. Ja wcale nie kupuję jogurtu bo go nie lubię.
Miało być o reklamie tegoż cudownego, mlecznego napoju. Otóż reklamodawca obiecuje nam, że ów jogurt nas uwolni. Jakiś czas temu na filmiku smutna kobieta wlekła wszędzie ze sobą wielką i bardzo ciężką torbę. Picie jogurtu uwalniało ją od torby i od ciężaru. Niestety, po wypiciu cudownego środka przez kobietę torba nie biegała za panią na swoich nowo wyrośniętych torbowych nóżkach. Rysunkowa animacja wyjaśniała nierozgarniętym, że chodzi o coś zgoła innego. Na konturze kobiety w elegancko pofałdowanej, wyobrażonej rurze coś porusza się z góry w dół. Wielka strzałka wskazuje kierunek poza obrys ciała kobiety.
Mniam mniam. 
Ponieważ animacja nie wskazuje, czy chodzi o frakcję stałą, czy gazową, ten temat wyczerpuje rzeczona wcześniej torba. Pozostaje jeszcze zagadka, czemu w reklamie tego specyfiku biorą zawsze udział kobiety? To proste, one robią zakupy. Faceci raczej na pomysł kupna jogurtu nie wpadają.
Ostatnio nieco zmieniła się historyjka w reklamie rzeczonego jogurtu. Pani oświecona daje pani nieoświeconej kamerę, żeby pijąc przez 2 tygodnie to cudo mogła widzom relacjonować cudowne skutki. Pani nieoświecona godzi się na to z radością i niestety wątek kamery się urywa. Następuję gadka o uwolnieniu. A szkoda. To by dopiero była relacja godna telewizji i czasu antenowego w okolicy kolacji (albo obiadu, zależy kiedy rodzina ogląda TV). Pani nieoświecona doznająca oświecenia przy pełniuśkiej misce klozetowej. Kto ciekawy znajdzie takie relacje na Naszej Klasie, nie w związku z jogurtem, a w związku z życiowym osiągnięciem tego czy innego młodego człowieka, który innych życiowych osiągnięć poza pełnym sedesem nie ma.
Uwolnienie mediów aż tak daleko nie zaszło. Można się uwalniać, ale bardziej bezpośrednio niż wspomniana animacja tematu srania, gówna i pierdzenia się przez grzeczność przy posiłkach nie porusza.
Tak zinterpretowali reklamę rzeczonego jogurtu prześmiewcy niemieccy. Dla zrozumienia treści nie trzeba znać niemieckiego, wystarczy uważnie słuchać.

A po co ja to piszę? Bo w końcu po miesiącach słuchania tych głupot dotarła do mnie figura stylistyczna copywritera, zrównująca defekację z uwolnieniem, znaczy kuzynem wolności. 
Wolność rzecz piękna, krwią zapracowana bądź polityką zagraniczną rozsądną, a tu nagle występuje jako równoważnik gówna i bąków.
No i teraz widząc gówno na trawniku lub czując smród nie do opisania w autobusie należy się radować, bo to objawy Wolności.

A dla łasych uwolnienia podaję kilka alternatywnych  metod skuteczniejszych niż jogurt w dążeniu do wolności: olej rycynowy, laksigen, senes, herbatki odchudzające, xenna, otręby pszenne preparowane, rzewień, boldaloina, raphacholin, aqua slim, lewatywa itd itp itd.

Śmiem dodać cichutko, że producent jogurtu ma kilka spraw sądowych za fałszywe informacje podawane w reklamach. Jego produkt jest zwykłym jogurtem i na "uwolnienie" ma identyczny wpływ jak inne jogurty, czyli taki sobie. Uczuleni na produkty mleczne mogą po nim dostać sraczki. Niemniej widać opłaca się płacić kary i emitować skuteczną reklamę.


piątek, 08 lipca 2011
W Stu Latach Samotności Marquez opisał deszcz padający na Macondo przez kilka lat bez przerwy. 
Wystarczyło w Warszawie kilka dni deszczu bez przerwy, żeby jego wizja stała się bardziej realna niż na papierze. Co prawda z dachów nie zwieszają się mszyste i wilgotne nawisy, ale już ręczniki w łazience zdążyły nabrać charakterystycznego zapachu. Pościel z wieczora jest tak samo niemiła w dotyku jak rankiem i dziwnie pachnie. Pranie na sznurku gnije, psy po spacerze całkiem mokre nie schną i domagają się wycierania, a cała armia pięknych, letnich butów stoi nieużywana, bo do spacerów nadają się tylko kalosze. 
Łączka przed SGGW zamieniła się w trawiastą kałużę o olbrzymiej powierzchni i właściwie tylko stada kaczek na niej brak. Potok Służewiecki wylał tak, że przy każdym mostku postawiono strażnika pilnującego, żeby dzika i spieniona woda nie porwała jakiegoś dzieciaka albo zwierzaka.
Trawniki tak namiękły, że się nawet qupy po psie nie da sprzątnąć. No zapadam się w nich jak w bagnie. Za to posiana wiosną trawka rośnie bardzo szybko. I trzeba wylewać trzy razy dziennie wodę z podstawek pod donicami na balkonie. Niektóre rośliny gniją od takiego potopu bezdyskusyjnie. Róże trzeba opryskać na grzyba, ale nie ma jak, bo ciągle leje.
Jednego sobie tylko gratuluję - że nie jestem teraz na żadnych wczasach i ten potop nie trzyma mnie w małym, zatęchłym i wilgotnym wczasowym pokoiku....
czwartek, 07 lipca 2011
Spamuję, toteż notka krótka.
Pisałam o praniu Malabrigo Lace i o preparacie, który polecił do prania producent włoczki Malabrigo, czyli o Eucalanie.
Eucalan można już w Polsce kupić. 
O TU.

środa, 06 lipca 2011
Przeszłam się po mieszkaniu i podliczyłam wszystkie moje lalki. Łącznie z maminą z dzieciństwa i moimi obecnymi od zawsze i od dawna mam ich teraz 34. Siedzą sobie na mojej komodzie, wypędziły z witryny w salonie zdekompletowany serwis do herbaty po jakiejś cioci (nigdy nie używany, bo za każdym razem po użyciu robi się go jeszcze mniej), gdzieniegdzie między kilometrami książek można jakąś na półkach napotkać.
Lalki spełniły swoją rolę. Dopieściłam się nimi i są wspaniałym ostatnim prezentem od mamy. Pożądanie kolejnych zdecydowanie zmalało. Teraz te co są trzeba jakoś ubrać. Siedzące golasy wcale nie wyglądają ładnie.
Lara Croft dostała mundurek współczesnej wojowniczki na swobodnym urlopie. Ma nawet nieśmiertelnik. Nie w głowie jej kuse topiki i szorty.



Nad krojem współczesnych spodni muszę jeszcze podumać, ale nie jest źle. A Lara jest ok.



Na następny ogień poszła kupiona na dawcę ciała dla Lary lalka o wschodnich rysach twarzy, tonnerowa Layne Reese. Ta lalka była wykonana pierwotnie jako postać Mamehy z filmu "Wyznania Gejszy", została zatem u mnie Mammehą. Trafił się piękny kawałek materiału w sam raz na kimono i...








kupiona na dawcę ciała lalka zostaje u mnie na komodzie a nie w pudle pod szafką.
Mam z tego tyle frajdy, że aż pisać trudno.
Aż dziwne, że tyle czasu z tymi lalkami czekałam. Rozum się od nich leczy.
wtorek, 05 lipca 2011
Kiedyś już pisałam o książkach kucharskich, ale wrócę do tematu. Bo nie ogarniam tego.
Książki kucharskie Julii Child rozumiem i lubię. To samo z Nigellą Lawson. Obie mają pewien konkretny gust, podobny chyba w dziedzinie kulinarnej do mojego. Julia nie roztacza przed czytelnikiem niesłychanej palety posiłków, uczy jak smacznie przyrządzać podstawowe rzeczy i jak na podstawie podstawowych przepisów robić wariacje. Jest to nadzwyczaj praktyczny kurs gotowania umożliwiający zrobienie wszystkiego praktycznie (co się lubi).
Nigella pokazuje popisowe potrawy zazwyczaj proste w wykonaniu i smaczne, choć czasem z niecodziennych składników. Kiedyś wyjęła z własnej śpiżarni wielkie świńskie ucho i z kapiącą śliną rozprawiała o jego zaletach, ale dań ze świńskich uszu nie zaproponowała szerszej publiczności. I dobrze, u mnie w domu świńskie uszy dostają do zabawy psy.
Ale jak to jest w przypadku takiego Łebkowskiego: książka kucharska opasła, znakomita, zawiera wszystko z kuchni polskiej i zagranicznych przyswojonych i ma jednego autora. I on sam to wszystko napisał. 
Jak to możliwe, żeby doskonale gotujący człowiek nie miał żadnego gustu kulinarnego? Żeby jednakowo sprawnie opisywać wypiek bezów, ciasto z marchewki, grzyby w occie i parzybrodę oraz płucka na kwaśno. Nie wierzę, że istnieje człowiek, któremu smakuje wszystko. Nawet mój okropnie łakomy dziadek, który łykał wszystko co mu podano jak kaczka miał potrawę znienawidzoną: zupę z dyni. Niektóre potrawy się lubi a innych nie. I to jest normalne zjawisko. Owo lubienie i nielubienie - produktów, przypraw, technik wykonania jest podstawą gustu. Jak znać się na czymś gustu i niechęci nie mając? No niepojęte.
Pachnie mi to kompilacją.
Podobnie jak wiele innych książek kucharskich jednego autora zawierających po prostu za dużo treści jak na wykonawcze możliwości jednego człowieka. Bo żeby coś umieć zrobić, trzeba poćwiczyć. Zmierzyć i zważyć nie raz, żeby mieć pewność ile czego dodać dla pysznego smaku. Jeden człowiek tego nie ogarnie, nie ma siły.