Rozmaite Gackowej przypadki.
sobota, 30 sierpnia 2008
Skąd wziął się w naszym pięknym kraju obyczaj montowania w mieszkaniach przeszklonych drzwi? Zwłaszcza w malutkich pokoikach?
Nie wiem skąd, ale wzrastałam w mieszkaniu z przeszklonymi drzwiami, na których wisiały najróżniejsze zasłaniadła. Babcia swój pokój zasłaniała przed wścibstwem rodziny okropną starą zasłoną, mama matą bambusową a ja plakatem z Beatlesami. Identyczne przedmioty wisiały na wszystkich znanych mi drzwiach nastolatków i osób ceniących intymność. Jedynie ludzie samotni niczego nie wieszali na drzwiach. I mimo to niebezpieczne dla dzieci, przeszklone drzwi wciąż są montowane. Ponoć dają w mieszkaniu więcej światła. Może i dają. Ale ci, co je zakleili lub zamalowali jakoś sobie dają radę.
Uważam, że drzwi są po to, żeby móc je za sobą zamknąć. Powinny mieć klamkę, klucz i nie być przezroczyste, choćby po to, żeby nocny marek mógł się za nimi zamknąć, włączyć lampę i robić coś przy niej nie budząc całej rodziny. Na Starym Mieście takie właśnie drzwi zamontowaliśmy. W obecnym mieszkaniu niestety są drzwi przeszklone okropnymi żółtymi szybkami. Szybko ich nie zmienimy, więc cierpię w milczeniu. Na szczęście pokoje są względem siebie tak ułożone, że nikt nie zamyka drzwi, nie przeszkadzamy sobie na wzajem. Pełne drzwi mamy jedynie w kibelku. Nawet łazienka ma te paskudne szklane, żółte szybki.
Inna sprawa to okna. Powinny wpuszczać do mieszkania światło. Niech wpuszczają go jak najwięcej dla dobra naszych oczu i naszych roślin. Ale w dzień!
Jeśli to światło wpuszczane jest również w nocy ( bo się mieszka przy latarni, przy reflektorach itd) to nie można spać. Zamontowaliśmy sobie roletki. Najciemniejsze jakie były w ofercie, niemal nie przepuszczające światła. Śpimy przy nich jak dzieci, koniec z bezsennością.
Wybierając z katalogu tkaninę na te roletki nie mogłam wyjść z podziwu nad doborem tkanin w tymże. Było ledwie kilka tkanin dla światła nieprzepuszczalnych. Reszta - białe, żółte , błękitne i kwieciste nie wiem jaki mała cel istnienia. Ot, zagadka.

Wzorem Małgosi i ja wybrałam się na hafciarskie zakupy. Nowy gadget zawsze sprawia, ze hobby staje się jeszcze przyjemniejsze. Sprawdziłam na Allegro co też pan marcinekj ma nowego w swojej ofercie. I miał rzecz apetyczną, mianowicie stojak do wszelkiego rodzaju krosien bez nóg, tamborków i innych ramek dowolnej wielkości. Pojechałam i kupiłam. Zmontować dało się bardzo łatwo,
Stojak jest stabilny, wygodny i niewielki.


Faktycznie utrzymuje bez bujania i maluśki tamboreczek i wielkie krosno z naciągniętą tkaniną o szerokości 60 cm. Można zmienić kąt nachylenia trzymadła, pochylić je i nareszcie mogę siedząc na dobrym, ergonomicznym krześle haftować bez bólu pleców między łopatkami. Dziś wypróbuję ten stojak na fotelu przed telewizorem.

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Ten biedny, wciąż w robocie wieniec męczę już trzeci sezon. Pojechał ze mną nad morze i  przybyło bardzo niewiele.

Nie jest to trudny haft, nie wymaga jakichś umiejętności niebywałych i na dodatek jest mi naprawdę potrzebny - mam tylko jedna serwetę na święta i po wigilii wygląda ona zwykle, jakby była ścierką kelnera. Jest poplamiona barszczem, olejem ze śledzi i innych ryb i zupełnie nie nadaje się do użycia w święta. Planowałam doszyć wieńcowi szeroką koronkę (albo go szeroką szydełkową koronką obrobić), i kłaść go na białym obrusie jako centralny ozdobnik, ale jak będzie się robił tak szybko jak do tej pory to będzie gotowy na święty Jury, jak w niebie bedą dziury.

Złote koła fortuny niby rosną, ale też bardzo powoli. pewnie to również sprawa czarnej kanwy, ale być może to wykręt. Całkiem spory fragment powstał w godzinę przy jakimś serialu i wieczorem. Niestety nie mogę się jakoś zebrać w sobie i skończyć tej miłej przecież robótki. Nie mogę również malować, uczyć się języka obcego, czytać książki mądrzejszej niż kryminał i skupić się na czymś sensowniejszym niż sprzątanie i zakupy. Kretka się strasznie rozbisurmaniła i ciągle mnie na spacery chce wyciągać. A ja sie daję psu zmanipulować...

sobota, 23 sierpnia 2008
Trzy tygodnie prowadziłam żywot jak przedszkolak. Pogoda była taka sobie, więc można się było wysypiać do woli. Spaliśmy znakomicie w nocy i jeszcze lepiej w dzień. Maszerowaliśmy kilometrami po mokrej plaży od Białogóry po Karwię. Bez opamiętania rzucaliśmy Kretce freesbie i piłeczki w morskie odmęty. Skutkiem tego nasza dość masywna psinka po tygodniu miała już widoczną talię, a po dwóch tygodniach zrobiła się mniej pyzata.
W tym roku w Dębkach ku zmartwieniu mieszkańców i restauratorów i ku naszej wielkiej radości było znacznie mniej narodu niż zwykle. Sezon na urlopowiczów trwa krótko, właściwie od początku lipca do [połowy sierpnia. Najbardziej lubimy te kilka dni po 15 sierpnia, gdy z deptaków znika tłum, z parkingów samochody, a pan z budki z najlepszą na świecie pieczoną golonką może z nami pogadać, bo nie ma już ogonka klientów.
Oswoiłam na tym wyjeździe mój nowy super aparat fotograficzny, a Kretusia nauczyła się pięknie biegać przy rowerze. Trzeba było trzy razy wolniutko pojeździć z nią po Dębkach ze smyczą i uzdą. Pies się wtedy nie może wyrywać do przodu ani zostawać w tyle za rowerem. Trzy jazdy wystarczyły jej do złapania o co w tym wszystkim chodzi. Potem ani smycz, ani uzda nie były już potrzebne. Gdy tylko na ulicy pojawiał się samochód, Kretusia była natychmiast po mojej przwej stronie na wysokości pedałów. Chowała się za rowerem przed samochodami. Również wszelkie spacery odbywały się bez smyczy, bo unikaliśmy fatalnego momentu spuszczania psa z uwięzi. Kretka wtedy obowiązkowo wykonuje dziki bieg na złamanie karku z wrzaskiem i bez patrzenia dookoła. Ludzie się boją, dzieci płaczą, babcie zemszczą - i mają rację. A bez smyczy pies sobie myszkuje po lesie nie oddalając sie od nas dalej niż na odległość wzroku. Mam wyrzuty sumienia wobec wszystkich ludzi, którzy boją się psów.
Naturalnie spotkaliśmy różne ciekawe stworzonka. W lesie znaleźliśmy wyjątkowo dużą mysz z długin ogonem z pędzelkiem na końcu, niezbyt bojaźliwą i poruszającą się jak kangur. Nim dotarło do mnie, ze to koszatniczka, którą pewnie zgubiło jakieś dziecko, zdążyła pokicać w zarośla. Widzieliśmy kilka przerażonych padalców, kruka, może pół metra nad moją głową przeleciał kormoran. A pewnego dnia wieczorem przy furtce natknęliśmy się na młodego jeża. Dał się obfotografować, ale gdy tylko zbliżał się do niego psi nos, zwijał się w kuleczkę.
Nie jesteśmy opaleni, ale jesteśmy wyspani, naczytani, najedzeni fastfoodów na cały przyszły rok i pierwszy raz od sześciu lat nie miałam w Dębkach żadnych alergicznych przypadłości. Ślina mi leciała jako psu, ale nie tknęłam ani ryb, ani brzoskwiń i dałam sobie spokój z pomidorami. I bingo, skóra nie swędziała. Po powrocie do domu znalazłam w lodówce kilka kilo maminych działkowych pomidorów, od których ani Misia nie puchnie, ani ja nie zdrapuję z siebie skóry. Mogę się teraz nimi paść do pełna. Co ciekawe, włoskie pomidory z puszki i suszone również nie robią nam krzywdy. A rodzimy koncentrat i sok owszem szkodzi.
Po powrocie do domu nasze mieszkanko wydaje mi się jeszcze milsze i przyjaźniejsze. Żeby te Dębki były bliżej...

piątek, 01 sierpnia 2008

Dziś w nocy jedziemy jak co roku do Dębek. Różnice w stosunku do corocznego standardu są dwie. Po pierwsze nasza furka ma na dachu zamontowany bagażnik na rowery, po drugie po mieszkaniu nie walają się od dwóch tygodni walizki. Zwykle z radości, że wakacje blisko Tomek zwlekał z pawlacza bagaże i pakował się 2 tygodnie. A jeszcze wcześniej układał na wierzchu sterty książek "do przeczytania na wakacjach".

Tym razem odczekał z walizkami do dziś. Poszedł do piwnicy, przyniósł torby, zabrał się za ostatnie prasowanie i pakujemy się teraz powoli nie wchodząc sobie w drogę, co nie znaczy, że znoszę to lepiej niż zwykle. Nie cierpię się pakować. Być może są to reminiscencje z czasów, gdy jeździłam po całej Polsce i za granicę z malutka Misią a potem i z psem mając jako środek transportu własne plecy, ręce, i perspektywę, że jak czegoś nie zabiorę, to nie będę miała i koniec. W czasach słusznie minionych na prowincji nie dało się ot tak kupić butów czy przeciwdeszczowego płaszcza. Nierzadko taszczyłam ze sobą również prowiant.

Teraz nie wleczemy ze sobą kuchenki i lampy gazowej, ale za to mamy inne chałabuzie. Kawę konkretnej marki i takąż herbatę, gatunkowe chrupki dla psa, lampkę do haftowania, worek leków na receptę - broń Boże zapomnieć. Kosmetyki nie do kupienia w kiosku ruchu,książki, akumulatory i ładowarki do naszych finezyjnych zabawek no i łachy. Sama bym tych łachów aż tak wiele nie brała, ale Tomek na wakacjach jest elegancki.  Kolekcjonuje sportowe koszule, spodnie, bluzy i zabiera je na wypoczynek hurtowo. Skutkiem tego zawsze jest efektowny, odprasowany i nigdy nie poplamiony. A ja mam tendencje do plamienia sobie frontu przy każdej okazji. To ma jakiś związek z rozmiarem, okrągłościami i jedzeniem. Za plamy na spodniach i spódnicach odpowiada Kretka. I jakoś mi niezręcznie chodzić przy moim doktorze jak fleja. Poza tym nigdy nie wiadomo, jaka będzie pogoda. No i robią się tych bagaży sterty nieprzytomne. Dobrze, że furka ma olbrzymi bagażnik.

Ale i tak stresu mam dużo, aż mnie boli brzuch. Pakowanie się w powrotnej drodze to mikuś, trzeba tylko upchnąć w walizkach zawartość pokoju.

W tym roku darujemy sobie letni Klebark. W naszym ogródku jest w końcu bardzo ładnie.

Wszystkich cztających zapraszam ponownie za trzy tygodnie - teraz nastąpi przerwa urlopowa :-)