Rozmaite Gackowej przypadki.
piątek, 21 sierpnia 2009
Obiecałam, ze pokażę detale haftu według wzoru Laury. J. Perin i pokazuję:













W takiej skali wygląda, ze haftowałam to liną holowniczą. A to tylko mulina Anchora i DMC: trzy odcienie melanżu zielonego DMC, dwa odcienie melanżu różowego (ten od Anchora ma żółty dodatek, jeden melanż bordo, dwie nici metaliczne i jena różowa wiskoza.
Po oprawieniu rzecz wygląda tak:
Nie dowiecie się jak, bo Blox nie chce załadować tego pliku i twierdzi, ze jest on za duży. A plik jest tak zmniejszony, ze już go prawie nie ma. :/.



czwartek, 20 sierpnia 2009
Zamówienie z nagrodami nie ma żadnego związku, poza tym, że czuję się zobowiązana je opisać i że przypomniałam sobie o nich w tym samym momencie.
No to najpierw nagrody.
Dwie.
Jednakowe. Znaczy były zasłużone!
Bardzo mnie ucieszyły, bo zarówno Krzysi jak i Dommie79 przyszło na raz do głowy przyznać mi blogowe wyróżnienie.



Bardzo się z tego ucieszyłam. Aż się zdziwiłam jak!
Niedawno posyłałam w świat nagrody i jakby mi się koncept chwilowo skończył. Zatem proszę znajome brać i się częstować i jasno pisać że to od Gackowej. I cieszyć się też proszę. Po to nam blogi, żebyśmy się cieszyły.
A zamówienie?
Było od Pana Męża. Szefowa dziekanatu zmienia właśnie pracę i z wielkim żalem trzeba się było z bardzo miłą i kompetentną panią pożegnać. Męskie prezenty typu flaszka nie pasowały do sytuacji ( jak pan dziekan miał wręczać flaszkę zmieniającej pracę pani? Nawet sam sobie tego nie wyobrażał!). Zamówił zatem u mnie malowane kwiatki. Zatem wbrew własnym chęciom zabrałam do Klebarka kredki.
Pan mąż z niepokojem patrzył na produkowane przeze mnie sweterki i hafciki i tęsknie rzucał okiem na papiery, kredki i pustą ścianę, pod którą zwykle robię w Klebarku wystawki.
Pofatygowałam się w końcu do Klewek (tych Klewek od lądowania Talibów za Leppera) i w pewnym ogródku obok biblioteki i ośrodka zdrowia znalazłam dorodne malwy. W tle nie miały żadnego pegeerowskiego bloku, tylko duże drzewo a słońce świeciło z właściwej strony.



Pan mąż widząc plon pracy sam zaproponował podróż do Olsztyna po passe partout, dobrał jego kolor i wcale nie narzekał na ceny w sklepie dla plastyków. Wiedział skądinąd, ze bez tektury kartka papieru z pudrową kredką nie wytrzyma podroży do Pułtuska.
To zamówienie sowicie mi się opłaciło. Dostałam dziś I-phona, kurtkę na jesień i worek innych potrzebnych, ale nie zupełnie niezbędnych przedmiotów. Oto, jak się handluje w rodzinie :-)))

środa, 19 sierpnia 2009
Klebark jest piękny i można tam zobaczyć rozmaite stworzenia w nieoczekiwanych pozach i sytuacjach. Pewnie mam zbyt miastowe spojrzenie na dziczyznę i strasznie mnie cieszy jak choćby bociana widzę. A jak widzę, to i pstryknę! Ten bocian sfotografowany w gnieździe drugiego sierpnia czeka aż rodzice przyniosą mu coś do jedzenia. 13 sierpnia już sam poleciał na bociani zlot przedodlotowy. Szybko się musi uczyć ptasia młodzież.



Ten stwór zazwyczaj nie fruwa. Ale tu i teraz owszem!





Jak już sobie pofruwa i się zmęczy to musi się schłodzić. Najlepiej w bardzo błotnistej kałuży. A jak przeschnie to się państwu w takim stanie gotowa wmeldować do łóżka!


Ważny moment z życia Kretki nie został niestety uwieczniony na fotografii. Kretka wie, że ma biegać za piłeczką albo patykiem. Niestety natknęła się na kreta. I po chwili było definitywnie po krecie. Teraz psica bardzo poważnie traktuje kretowiska. W każdym w końcu pachnie tym zwierzęciem, które dało się tak łatwo zabić. Za to dla równowagi nasz dzielny pies myśliwski wystraszył się muchy.
Mucha została zręcznie złapana w locie i niedogryziona zębiskami na śmierć zaczęła fruwać w psiej paszczy. Kretka zdumiona wypuściła zdobycz, a zobaczywszy, że paskudztwo dalej bzyka i kręci się w kółko na podłodze uciekła jak niepyszna pod łóżko.
Na łąkach można niespodziewanie zobaczyć różne zwierzęta, ot choćby takie:


A jak się ma fart i aparat przy sobie ( z dużym zoomem) to  uda się zobaczyć taki zlot żurawi:

Chyba zima przyjdzie wcześnie w tym roku bo ptaszyska jeszcze chwile pochodziły, pokonferowały


A potem wszystkie razem podfrunęły, sformowały elegancki klucz i poleciały!



 I tyleśmy je widzieli!



20:28, weisefrau , ptaszyny
Link Komentarze (5) »
niedziela, 16 sierpnia 2009
Jesteśmy w domu, wszystko poprane, wisi na sznurku i schnie, mieszkanko stęsknione uśmiecha się na powitanie. Trawa w ogródku do kolan, oczko wodne na pól wyschnięte ale kwiaty dzięki Alicji trzymają się mocno.
Wyciągam z walizki plon wakacyjnej pracy, czyli dwie papugi. Haftowana Szalona Papuga ponownie nazywa się Szkatułką Na Klejnoty. W przyszłym tygodniu dostanie kwadratową ramkę i passe partout. Mam tylko kłopot ze znalezieniem w moim ciemnawym mieszkaniu miejsca tak dobrze oświetlonego, żeby wszystkie metaliczne i jedwabiste nici pokazały swój urok. W słońcu haft lśni jak klejnot:



Nie wzięłam ze sobą do Klebarka dużego zapasu koralików i pasowały mi tylko jedne z tych wziętych. Na takich też się skończyło:



Haft jest niesłychanie dekoracyjny. Każda nitka tego kawałka lnu jest policzona i opracowana na wiele sposobów. Haft zajął mi 60 godzin pracy ( pracy a nie picia herbaty, ględzenia i oglądania chmur). Jak na powierzchnię średniej wielkości kafelka ceramicznego to bardzo dużo czasu. Ile coś takiego mogło by kosztować? Czy godzinę należy liczyć jak dla kogoś wykwalifikowanego, kto rozumie angielskie opisy i ma trochę oleju w głowie żeby dobrać kolory, czy jako najniższą wyobrażalną stawkę, bo nici drogie a co to w końcu za robota i do czego potrzebna?
Tak czy inaczej wychodzi suma astronomiczna. Tego rodzaju dobra luksusowe w naszej cywilizacji można zrobić w prezencie sobie samemu, albo komuś, kogo się bardzo kocha. Albo się jest mu niesłychanie wdzięcznym. Inni sobie mogą popatrzeć albo kupić w lumpeksie.
Druga papuga była znacznie mniej pracochłonna. 40 deko Alize Bamboo w kolorze papuzim dało się przerobić na krótką, ale nie za krótką bluzkę w rozmiarze 44/46 z rękawami 3/4. Rękawy robiłam od góry, żeby wyszły jednakowe i żeby włóczki starczyło. Po zeszyciu całości zostało może 5 metrów.  Niespodzianką było to, że jeden z kłębków miał nieco inne kolory niż pozostałe. Symbol na banderoli był identyczny. Wrrr. Trzeba uważać przy kupnie. Ale skoro to były ostatnie 4 kłębki w Warszawie to już nie narzekam.