Rozmaite Gackowej przypadki.
sobota, 28 sierpnia 2010
Z hukiem upadł nasz stały punkt wakacyjnego programu, czyli Bałtyk w Dębkach. I Bałtyk gdzie indziej też. Jeśli taki pomysł ze strony Pana Męża wróci, to przebieg urlopu nad morzem będzie musiał ulec zdecydowanej reorganizacji.
Tomek przepada za Dębkami. Bo plaża tam piękna, bo czysto i mało tłumnie, bo to miejsce eleganckie i przede wszystkim można na plaży za Piaśnicą siedzieć bez majtek.
Tyle, że od wielu już lat mnie w Dębkach swędzi skóra. I to jak swędzi! Mogę się czochrać o tynki mijanych domów, zdrapywać skórę na rękach i nogach pazurami do krwi na zmianę płacząc i złorzecząc. Potem, przez resztę roku leczę przebarwienia.
Różne czynniki były podejrzewane o sprawstwo swędzenia: leki (zmieniłam koktajl, nie pomogło), ryby, pomidory, brzoskwinie, wszystko, tylko nie czynniki miejscowe. Tego Pan mąż sobie nie życzył i nie brał pod uwagę. Co prawda kupując kiedyś w miejscowej aptece Fenistil i wapno dowiedziałam się, że tu masę ludzi swędzi skóra i tutejszy lekarz zajmuje się głównie podrapanymi, zdenerwowanymi, umęczonymi świądem ludźmi, ale to nie docierało do mężowskiej głowy.
Zbadałam się na wszelkie alergeny, zrobiłam testy skórne na co się tylko dało. Alergolog rozłożył ręce i powiedział, że żadnych śladów alergii w moim ciele nie znalazł. To jakaś niespecyficzna reakcja.
Niespecyficzna reakcja się ujawniła i złapałam ją na gorącym uczynku. Po przyjeździe do Dębek, bez jedzenia czegokolwiek poszliśmy na plażę. Wlazłam do wody do kolan i zamoczyłam w wodzie ręce. Na reakcję poczekałam 20 minut i już było wiadomo, co jest powodem męki: morska woda + woda z Piaśnicy pełna torfowych resztek i pewnie rolniczych chemikaliów z łąk i pól. Po tygodniu kuracji wapienno - fenistilowo - telfastowej jeszcze się drapałam.
Po trzech dniach pobytu w Dębkach, po pięknych spacerach po plaży okropnie pochorowała się Kretka. Rzygała strasznie przez całą noc i kiedy nad ranem zobaczyłam zamiast silnej suki smutne pół psa nakazałam wizytę u weterynarza. U najbliższego weterynarza konkretnie.
Lekarz wysłuchał co psu jest i w try miga pojawiła się kroplówka. A do kroplówki antybiotyk, środki spazmolityczne i sto innych preparatów. Od kąpieli w Bałtyku jedne pieski dostają uczuleń na skórze. A inne pieski, popijające morską wodę chorują jak Kretka. Weterynarz już wiosną zamawia kontenerami płyn Ringera dla piesków wczasowiczów, które jak dwa a dwa cztery będą do niego przybywać przez cały sezon zapewniając mu równomierny, stały dochód.
A ponieważ Dębki nie są już ani czyste - co bardziej krzaczaste leśne miejsca  to istne gówniane zagłębia - ani puste, bo coraz bardziej przypominają Karwię to musimy sobie poszukać innego miłego miejsca na letnie wywczasy. Miejsca trochę mniej trującego.


czwartek, 26 sierpnia 2010
Pralka to sprzęt potrzebny. Rzekłabym wręcz - niezbędny.
Jako osoba chyba już starej daty uważam, że pralka dwuletnia to młodzik niegodny usterek i napraw. Powinna chodzić, prać znaczy, a nawet czasem coś wysuszyć bo konkretnie o pralko-suszarkę tu chodzi.
Niestety. Rzeczona pralka padła raz po pierwszym roku służby ( komputer i wyświetlacz do wymiany, części parę centów warte w produkcji do kupienia za ponad tysiąc złotych). Była gwarancja, naprawy dokonano, pralka prała, suszyła, co nieco tylko jej się czasem myliło. I ledwo minęła gwarancja, pralka zaniemogła ponownie. Jęczała, dyszała, ale ani drgnęła i nie prała. Od czerwca.
Byliśmy cwani i ubezpieczyliśmy ją na kilka kolejnych lat. Zatem zgłosiliśmy Hestii szkodę, czyli niemoc pralki i zaczęły się korowody. Pan naprawiacz przyszedł ii stwierdził awarię komputera. Innych awarii nie stwierdził, bo jak komputer zdechnie, to pralka nie powie co ją boli, nawet jakby zdechło jej w bebechach wszystko z kablem zasilającym włącznie. Komputer jechał miesiąc, pewnie z Chin drogą morską. Z komputerem w brzuchu pralka dała się odpalić jedynie telefonem komórkowym pana naprawcy i znów trzeba było czekać na wybierak i wyświetlacz.
Dziś wszystko nowe już jest w pralce i Marycha pierze aż miło. Nie przebrnęła przez cały dzień przez zbiory prania z całego lata i nie wykluczam, że znów padnie, a Hestia odniesie kolejne straty.
Przyciśnięty do kąta łazienki pan od napraw zdradził sekret kupowania pralki w dzisiejszych strasznych czasach: ma być najtańsza i mieć najdłuższą gwarancję. Bo i tak się zepsuje. I nikt zepsutej części nie naprawi, tylko ją wymieni na nowy, drogi moduł. Posiadacze starych mechanicznych pralek są górą, bo takie stare pralki można naprawić. Nowych, elektronicznych nie można.
Wielokrotnie tego lata, depcząc na bosaka namoczone w wannie pranie rozważałam skutki naszej bezmyślności - co robić w tej sytuacji?
Chyba kupię drugą, zapasową, najtańszą pralkę. I tak używam tylko trzech programów. Wełnę piorę ręcznie. Wstawię ją do piwnicy, gdzie i tak jest podłączona woda i kanalizacja. A jak pralko-suszarka padnie ostatecznie i ubezpieczenie jej się skończy, to zapasowa akurat się przyda i dostanie suszarkę do towarzystwa.
Czy ktoś może mi polecić jakiś dostępny a bezawaryjny sprzęt?
Deptanie majtek w wannie to zajęcie mało zabawne i wody strasznie dużo wychodzi na płukanie.