Rozmaite Gackowej przypadki.
wtorek, 30 września 2008
Wspominałam nie raz, że książki stanowią bardzo ważny element naszego życia (i wystroju naszych wnętrz). Rozważałam ostatnio ich znaczenie dla nas i sposoby, w jaki ich używamy. I nie chodzi tu o wieszanie starszych egzemplarzy w wygódce zamiast papieru toaletowego.
Z dzieciństwa wyniosłam dwie opcje, z których każda wymagała biegłej umiejętności czytania - o książkach jako tworzywie plastycznym dla trzylatka nie będzie tu mowy, acz ślady na niektórych egzemplarzach w domowej bibliotece świadczą, że czasem trzylatki dopadły i książkę i ołówek jednocześnie.
Mama i dziadek czytali racjonalnie. Ich osobiste biblioteczki były szczupłe i doskonale przemyślane. Dziadek kupował atlasy, encyklopedie i słowniki. Pieczołowicie przechowywał książki przywiezione z Niemiec po wyzwoleniu, a beletrystyki zażywał tylko z biblioteki publicznej.  Mama ma niewielki wybór wydawnictw albumowych, ze dwie półki ukochanych książek z różnych dziedzin, między innymi Boya, Karen Horney, Jane Goodall, trochę kryminałów, oraz oczywiście literaturę fachową i słowniki. W końcu latami całymi była tłumaczem patentów. Do dziś stosuje jeśli o książki chodzi twardą selekcję.
Ani dziadek, ani mama nie używali książek jako ucieczki od świata. Babcia i wujek czynili to notorycznie. Przed babcią nie sposób było schować żadnej książki. Nawet obłożoną w gazetę przyzwoitą powieść wywąchała wszędzie. A potem tonęła w niej i niech się wali i pali. Gdy nie było nowości czytała w kółko "Życie i przygody Nicolasa Nickleby" Dikensa, "Tajemniczego Opiekuna" albo"Błękitny Zamek". Babcia nie miała w mieszkaniu własnego kąta, więc gdy życie rodzinne nieco ją przerastało znikała w książce i tyle ją widzieli. To samo robił wujek. On z kolei preferował "Dwóch Kapitanów" Kawerina. Ponieważ dzielił pokój z zesklerociałą Baborą znikał z lekturą w łazience. Szybko zdemontowano haczyk w drzwiach, aby nie blokował godzinami potrzebnego pomieszczenia.
Szybko nauczyłam się literek, ale rozkosze samodzielnej lektury zaczęły się dla mnie w trzeciej, czwartej klasie. Też tonęłam w książkach, ale potrwało, nim zebrałam sobie solidny zbiór książek typu "ucieczka od rzeczywistości" i drugi, jeszcze większy rozmaitych poradników, słowników i albumów.
Mąż nr 1 był czytaczem szalonym. Jeśli jakąś książkę pokochał, nie spoczął nim zebrał wszystkie jej wydania. Był miłym, spokojnym człowiekiem i może dlatego preferował krwawe i długie cykle o wampirach. Kiedyś pięcioma tomami Nekroskopa napaliłam w piecu w Stołuniu. Nienawidziłam tych książek tak, że na własnych plecach zawlekłam je z Warszawy pod niemiecką granicę i tam posłużyły za rozpałkę.
Misia widziała to wszystko, a jednak do czytania samodzielnego się nie garnela. Wolała utonąć w telewizorze. Gdy wyniosłyśmy się do Tomka telewizja zaczęla być ściśle racjonowana. Chodziliśmy wcześnie spać, ani Tomek ani ja nie mieliśmy ochoty po całych dniach słuchać szklanego cycka. Dzieciak był nieszczęśliwy, ale na propozycję, żeby sobie poczytała, mała patrzyła na nas, jakbyśmy jej świństwa jakieś proponowali. Byliśmy twardzi. Dostała okulary, ponudziła się jeszcze kilka tygodni i pękła. Najpierw przeczytała mitologię Greków. I udało nam się wychować kolejnego szalonego czytelnika. W chwilach stresu moje dziecko znika w świecie Hannibala Lectera!
Z tego wynika, ze żeby nauczyć się biegle czytać, trzeba mieć jakiś powód. Powodem tym może być nuda. Odciąć dzieciaka od telewizora, nie dać dostępu do Video, filmów na DVD i komputerowych gier, dać okulary i bingo - umie czytać coś więcej niż emotikony komunikatora.
Już jako młoda nauczycielka zauważyłam, że niebożątka, które miały w domu do dyspozycji TV i Video jakoś z czytaniem miały poważne problemy. Nawet moje rozczytane dziecko, gdy dostało własny telewizor do pokoju po 2 miesiącach mialo w szkole same dwóje. Telewizor poszedł do dorosłych łaknących telewizora a dziecko wróciło do szkolnej normy.
A jeśli o mnie chodzi to również potrafię dobrą książkę wywąchać jak babcia. Wcale nie musze jej brać do ręki. Poszłam nawet dalej, nie raz posyłałam Tomka do obcojęzycznej księgarni, bo tam na półce po lewej stronie od drzwi, na stercie pośrodku chyba leży coś, co powinien przeczytać. A ja nie wiem, czy on już to ma. Po kilku latach ze mną, Tomek nie pyta o nic więcej, tylko gna pod wskazany adres i zwykle wraca z paczką pod pachą i oczyma jak spodki.
Tylko w EMPIKU książki milkną niestety. Tam nie chcą ze mną gadać.

czwartek, 25 września 2008
Nieoceniona popularyzatorka i nauczycielka Małgosia znów ogłosiła konkurs. Zrobiła schemat choinki do wyszycia krzyżykami. Udostępniła ten schemat na swojej często odwiedzanej stronie, zostawiła chętnym uczestniczkom wolną rękę co do kolorów, tkaniny, ozdób i wykończenia. Zgłosiło się sporo osób, i ja też, i zobaczymy jak panie swą fantazję zaprezentują. Ponieważ wyhaftowana choinka zostaje u wykonawczyni moja będzie pasowała do mojego domu!
Hafcik wykonuje się szybki i bezproblemowo choć Małgosia zastawiła w nim kilka pułapek. Taki prosty wzór bez kolorystycznych fajerwerków w postaci 80-ciu rozmaitych nitek to miód na moje serce  bo na drugim tamborku wciąż męczę wianek. Wianek się za męczenie odwdzięcza i jest niemal gotowy.

Napomykałam tu gdzieś, że mam pewne problemy ze wzrokiem. I jak ich miałam nie mieć, skoro używałam okularów do dali z cylindrami, a okazało się, że ani cylindry, ani reszta tego urządzenia do niczego mi nie jest potrzebna. I tak pierwszy raz od ponad 40-tu lat nie mam okularów na nosie przez cały dzień! A do czytania i robótkowania mam zwykłe +1,5 jak wszyscy znajomi rówieśnicy. I nareszcie mogę bezkarnie nosić ciemne okulary nie wykonane na zamówienie z recepty!

Odwiedziłam dziś pana marcinkaj, tego samego, który na allegro prowadzi sklepik internetowy "ramydohaftu". Zaniosłam mu trochę winogron z działki, które obrodziły niezwykle, i oczywiście pobuszowałam w jego sklepie. Miałam ochotę na tabliczkę magnetyczną, ale nie miał. Wyszperałam za to magnesiki do tejże z okienkami. Dopiero w drodze powrotnej do domu okazało się, że w magnesikach jest tabliczka magnetyczna, tyle że mała. Jako tabliczki mogę używać dużego blaszanego wieka od pudełka blaszanego po czekoladkach, metalowej tacy, albo kawałka blachy stalowej, dla bezpieczeństwa  z brzegami czymś oklejonymi. Panu marcinkowij jestem bardzo wdzięczna za stojak na tamborki i ramy. Sprzęt jest niezastąpiony i pewnie cały Garden of Delight na nim powstanie. no i u pana marcinkaj - uwaga, uwaga ważna wiadomość - można kupić igły tępe rozmiaru 28. Jest to jedyne takie miejsce w Warszawie i pewnie na całym Mazowszu. No i obok jego sklepu jest stragan z tymi cud różami. Kupiłam 3, dostałam 5!

piątek, 19 września 2008
Obudził mnie wczoraj nadawany przez Trójkę wywiad z posłem zwanym w niektórych kręgach Maciorą. Zastrzygłam uchem, bo poseł jest straszny i śmieszny. Jego poglądy są kuriozalne i groźne dla mojej ojczyzny. Cały dzień i całą noc myślałam i myślałam i ułożyłam to sobie w głowie tak:
Urodziłam się w PRL.  PRL to była nazwa oficjalna, choć skrótowa, dla mnie to była Polska. Urodziłam się zatem w komunistycznym szpitalu, jadałam komunistyczną kaszę manną i lane kluski, chodziłam do komunistycznego żłobka, by mama mogła wykonywać swój zawód, którego wyuczyła się na komunistycznej Politechnice Warszawskiej. Potem chodziłam do komunistycznego przedszkola, gdzie bawiłam się komunistycznymi lalkami i klockami, rysowałam komunistyczne bałwanki i huśtałam się na komunistycznej huśtawce. Potem poszłam do komunistycznej podstawówki, gdzie nauczono mnie nieźle pisać i czytać, liczyć,  śpiewać, czytać mapę, fikać fikołki, grać w koszykówkę, a wszystko na komunistyczną nutę i za darmo. Komunistyczni lekarze dali mi okulary, naprostowali zęby, kilka razy uratowali życie. Za darmo. Jeździłam na komunistyczne kolonie i obozy, bo rodzice nie mieli tyle urlopu, żeby się mną zajmować w wakacje. Poszłam do dobrego liceum, gdzie dali mi w kość, ale nauczyli wszystkiego co trzeba, żebym śpiewająco zdała na UW. Zdałam i studiowałam za darmo. Nawet mi stypendium dali, bo się dobrze uczyłam, a po dyplomie całą pożyczkę na stypendium zwrotne umorzyli za piątkę na dyplomie.
Naturalnie w pewnym okresie życia zauważyłam, że nie wszystko jest różowe. Że moda jakaś jest inna niż w pismach z Empiku, że to co modne, to niedostępne, że komisy, że inny świat tam gdzieś jest bardziej kolorowy. Że na piosenki Beatlesów trzeba polować w radio, a płyt kupić nie można, że po pralkę dla wujka dziadek miesiącami stał w kolejce, że talony na samochód, że że bony do Peweksu, ze resztę w Peweksie wydają bonami, choć do kasy dało się prawdziwe dolary. I że alternatywnej historii dziadek uczył w domu sam: o 17 września, o Katyniu, i o Kulcie Jednostki. Samo się rozumiało przez się, że w szkole o tym ani mru mru.
No, było czasem niefajnie. Trochę jak w za ciasnych w kroku spodniach. Ciągle coś cisnęło i uwierało.Za późnego Gierka zrobiło się zupełnie niefajnie, bo nic już zupełnie nie można było kupić bez kolejek, strategicznego planowania i podstępów. Ale to było później i poza tym to dalej była moja ojczyzna. Może trochę dziwaczała ta ojczyzna, ale można było urodzić się w znacznie gorszym miejscu świata: Na Kubie, w Kambodży lub na przykład w NRD.
O NRD wiedziałam nieco więcej niż przekazywała do Polski bratnia agencja prasowa. Do Berlina Wschodniego jeździłam przez kila lat do zaprzyjaźnionej z moją nauczycielką rodziny Mathke aby uczyć się języka niemieckiego u źródeł.
I tam sobie mogłam obejrzeć, co to jest komunistyczny terror.
Na Ostbahnhof przyjezdnych witali równo ustawieni na peronie żołnierze z szeroko rozstawionymi nogami, trzymający ręce na karabinach, z psami przy lewej nodze. Tylko czapkami się różnili od postaci gestapowców z Kapitana Klossa. Na ulicach było pusto i sennie i bardzo, bardzo bezpiecznie.Polizei była widoczna wszędzie i budziła grozę w obywatelach. Rozmowy między sąsiadami ograniczały się tylko do powitań. Rodziny nigdy przy obcych nie omawiały swoich spraw. Po 2 dniach pobytu facet z trafiki na rogu znał moje imię, nie wiadomo skąd. Prywatka w willi na przedmieściu skończyła się po pół godzinie z powodu interwencji panów w garniturach. Moi przyjaciele wynieśli mnie z niej w walizce. Ludzie na ulicy nie patrzyli sobie w oczy i nikt z nikim nie rozmawiał, jak nie musiał. Atmosfera była ciężka. Pociechą były pełne polskich towarów sklepy spożywcze i zachodnia telewizja, którą w Berlinie odbierano bez zakłóceń. Mur był widoczny aż za dobrze. Do Checkpoint Charlie od strony wschodniej nikt za blisko nie podchodził. Wracając  stamtąd do Warszawy zawsze się bardzo cieszyłam, że mam taką ojczyznę, jaką mam - nawet jeśli brakowało w niej butów czy pralek.
Może gdybym miała jakąś inną ojczyznę do wyboru, moja własna podobała by mi się mniej, ale nie miałam innej, tylko tę.
I pewnie tylko tę jedną ojczyznę mieli ci wszyscy ludzie, którym się dziś zarzuca, że byli agentami i podpisali. I donosili. I zeznawali. Gdyby donosili i kradli cudze tajemnice tak skutecznie jak pan Zacharski, byliby bohaterami. Ale oni podpisali. A podpisali, bo gdyby tego nie zrobili, to SB urządziła by im piekło na ziemi znacznie gorsze, niż życie codzienne w Berlinie wschodnim w latach 70-tych i 80-tych. Smutne jest strasznie, że ludzie, którzy powinni to wszystko pamiętać, zachowują się teraz jakby pamięć stracili i rozum.
Bo kogo mogła chcieć zwerbować bezpieka: faceta z jajami cieszącego się posłuchem w swoim środowisku, czy maminsynka z którym nikt nie chciał się bawić i nikt go nie brał na poważnie? Dobrze rokującego, zdolnego studenta, czy wypierdka mamuta ledwie ciągnącego na słabych trójczynach? Profesora, który miał na świecie kontakty naukowe i reputację fachowca, czy  uczelnianą miernotę dopisującą się własnym adiunktom do opracowań naukowych? Ambitnego duchownego z klasą, czy wiejskiego wikarego mającego nadzieję dożyć emerytury w zaciszu swojej plebanii?
Zarzucają bliźnim, że byli agentami. Wstyd i hańba, że nazwiska agentów dostały się do publicznej wiadomości. Francuzi do dziś nie opublikowali agentów z czasów Rewolucji Francuskiej, bo rodziny do dziś są i bo tego się nie robi. Anglicy nie ujawnia swoich agentów nigdy, przenigdy. Dlaczego? Bo tego się nie robi, bo agent może się jeszcze przydać, bo żyją rodziny.
A Bronisław Wildstein opublikował swoją listę. I nawet się nie zastanowił, że są na niej nazwiska zaczynające się na Q i Y. Polacy nie miewają takich nazwisk. Co się stało z tymi ludźmi? Czy aby jeszcze żyją? A może ich szczątki leżą gdzieś na pustyni. A przecież pracowali dla mojej ojczyzny...
I teraz słyszę, że profesor Wolszczan, który odkrył planetę poza naszą galaktyką też podpisał, oj brzydki profesor. A gdzieś tam siedzi jakiś odkrywca, który odkrył teczkę Wolszczana. I które odkrycie ważniejsze?
Teraz można być pewnym, że nawet jeśli profesor Wolszczan będzie wiedział coś ważnego dla naszych służb, to nigdy, przenigdy im tego nie powie. On też pewnie się zastanawia, ile ma ojczyzn.

sobota, 13 września 2008
W rocznicę zamachu 11. września miałam noc pełną pracy. Jak co roku Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas zorganizowało imprezę upamiętniającą ten dzień. Trzeba było obfotografować gości, dyskusję panelową, krewnych i znajomych Centrum. Drugi fotograf udzielił mi porad dotyczących lampy błyskowej.
Fotografuję od dziecka, ale z lampą nasadzoną na aparacie, z lampą, którą mogę dowolnie obracać, nachylać, popędzać do pracy i wymuszać jej błysk - nie miałam nigdy do czynienia. Owszem, kiedyś tatuś podarował mi lampę błyskową do Zenita. Ponieważ aparat odmawiał współpracy z lampą, a raczej lampa z aparatem, bo naświetlała jedynie połowę klatki, odłożyłam ją najpierw do archiwum, a potem oddałam komuś, kto twierdził, ze sobie z usterką poradzi. Miałam straszną tremę, ale okazało się, że oba urządzenia z jednej stajni Canona dogadują się bezbłędnia i nie trzeba im wcale pomagać.
Drugą nowością, której się trochę bałam są pliki RAW. No, na 4 gigowej karcie Rawów wchodzi około 200. Największych JPG mieści się tam około tysiąca. A ponieważ nie byłam pewna jak moje programy wywołują RAWy kazałam aparacikowi zapisywać i jedno i drugie. Trochę trwało skopiowanie tego do komputera, drugie trochę nagranie 4 płyt dla Centrum, ale różnica jakośći zdjęć jest widoczna nawet na miniaturkach. No i koniec problemów z niedoświetlonymi zdjęciami. Jak mi aparat meldował, że jakieś miejsce jest kompletnie prześwietlone, to ufna w RAW robiłam drugie zdjęcie słabiej naświetlone. Kilka niemal czarnych klatek w RAW doprowadziłam do porządku jednm rucherm suwaka. W JPG była by z tego kasza gruboziarnista. Lubię RAWy. W końcu nie trzeba ich przechowywać w komputerze.
A po powrocie do domu zobaczyłam widok z okna w kuchni. Postawiłam aparat na statywie i zrobiłam to:


Zdjęcie wygląda na poruszone, bo trudno było wytłumaczyć gałęziom modrzewia, żeby ani drgnęły przez prawie minutę. Za to krople wody na cisie wyglądają jak diamenty.

środa, 10 września 2008


Odkurzyłam dziś moje kredki, były nieużywane prawie półtora roku. Wprowadzając się do mojego buduaru starannie, celowo i rozsądnie cały malarski szpej umieściłam pod ręką, w szufladach biurka, które dostałam w spadku po Misi. Największe pudło pasteli nie zmieściło się w biurku i muszę je niestety wyciągać z podokiennej szafki, ale chyba zrobię kipisz ponownie i jedna z szuflad komody zostanie przeznaczona na duże papiery i owo pudło.
Myślałam o tych różach, myślałam i w końcu zamiast pracowicie haftować wianek wzięłam się dziś za ich studium. Nie jestem nim zachwycona, ale czego się można spodziewać po półtorarocznej przerwie?
Powalczyłam dziś z kolorami. Kłopot z pastelami jest taki, ze barwy tylko do pewnego stopnia dają się mieszać. I właściwego koloru niemal nigdy się w pudełku nie znajduje. Zatem malując pastelami trzeba raczej znaleźć właściwe relacje kolorystyczne, a nie liczyć na odwzorowanie koloru. Bo to się niemal na pewno nie uda.
Wartości tonalne też są do kitu. No cóż, Jutro rano pewnie powstanie szkic w ołówku lub sepii żeby rozkuć budowę kwiatu i tony; kolejny pastel może się objawi jako lepszy.

Poza tym obrazkiem same sukcesy.  Pierwszy raz odkąd skończyłam 2 lata z błogosławieństwem okulisty mogę chodzić po świecie bez okularów. Już od jakiegoś czasu nosiłam okulary na czubku nosa. Mogę je sobie darować i mogę sobie kupować modne ciemne okulary i nie wydawać bajońskich sum na progresywne szkła. A do czytania i do haftowania mam zapisane jak prawie każdy człowiek w moim wieku marne +1,5 bez żadnych cylindrów. Teoretycznie mogłabym je kupić w Rossmanie za 5 złotych.
Marny ten pastel, to fakt, ale jak mi dobrze na psyche zrobił :-)
poniedziałek, 08 września 2008


Kiedyś przechodząc przypadkiem ulicą Chełmską rzuciłam okiem na stragan sprzedawcy kwiatów. I zobaczyłam tam róże, jakich nigdy przedtem nie widziałam.
Wzięłam wszystkie jakie mieli. A właściwie wzięłam pięć, a dodali mi resztę za darmo. I do domu doniosłam to, co widać na zdjęciu.
Już kilka razy wracałam do starszego pana po te róże. Napatrzeć się nie mogę na kombinację spłowiałego ni to różu, ni fioletu z wypłowiałą ochrą płatków; na to, że każdy kwiat jest troszkę inny,  na intensywnie wybarwione brzegi płatków. Sprzedawca zdradza mi coraz to nowe szczegóły. Najpierw powiedział, że to Róża Marrakesz. Przeszukałam internet wzdłuż i wszerz  i nie znalazłam takich róż. Potem powiedział, że w Warszawie jest aby dwóch hodowców tej odmiany, ze mają około 200 krzaczków i że on bierze od nich wszystkie kwiaty - cały hodowlany urobek jest do kupienia jedynie przy Chełmskiej. Pan ponoć musiał mocno namawiać klientki, żeby zechciały nabyć tak brzydkie róże. A ja się zakochałam od pierwszego wejrzenia. Dziś sobie też przyniosłam spory bukiecik. Może uda się je w końcu sportretować? Miała bym na zimowe miesiące między grudniem a marcem, kiedy te róże zimują w szklarni i odpoczywają ich obraz przed oczami.
A wiosną.... wiosną ukradnę te róże. Kupię kwiat z oczkiem i zaszczepię ją sobie na moim czerwonym, pnącym ramblerze.
sobota, 06 września 2008
Od czasu reformy służby zdrowia jak większość rodaków przeżywaliśmy medyczny koszmar. Tomek był z początku poza tym koszmarem, bo zawsze miał sprawną zakładową służbę zdrowia, ale Misia i ja byłyśmy zupełnie i do końca zreformowane. Do przychodni można było pójść na szczepienie przeciw grypie z kasą w garści, albo z katarem. Wszelkie inne schorzenia były przez dwie głupie baby-emerytki w naszej przychodni ignorowane lub diagnozowane tak nieudolnie i przewlekle, ze flaki się wywracały. No, jeszcze nadciśnienie panie umiały zdiagnozować, ale już nie leczyć. Jak nam coś dolegało, chodziłyśmy do przychodni Bonifratrów. Byli tam i specjaliści, i analityka. Tam zdiagnozowano i skutecznie leczono misiowe alergie, moje wrzody dwunastnicy i Tomkowe łatki na skórze. Bonifratrowy ortopeda zoperował oba misiowe halluksy. Tylko jeden był problem - kasa. Bolący nadgarstek kosztował mnie jakąś zawrotną sumę: 4 wizyty u ortopedy, USG stawu, badania krwi. Operacja halluksów w prywatnej klinice to 2 500 PLN za jedną nogę.
Latka leciały i nagle zrobiliśmy się dość gwałtownie już nie tak bardzo młodzi, jak się nam wydawało. Tomek już nie ma zakładowej służby zdrowia. Chora kasa nie zapewniała żadnej profilaktyki. Wszystkie rentgeny, gastroskopie, mammografie, analizy krwi robiliśmy sobie za własne pieniądze i kiedy nam wpadło to do głowy. W pewnym momencie byliśmy już naprawdę wystraszeni, a lekarze w przychodni dalej udawali, ze są niespełna rozumu i nie wiedzą co się robi z pospolitymi schorzeniami właściwymi dla osób po czterdziestce.
W końcu funkcje naszego lekarza rodzinnego zaczęła bez entuzjazmu pełnić zaprzyjaźniona dentystka. I poleciła nam wykupić prywatne ubezpieczenie premium w Lux Medzie. Wdawało się, ze składka 260 PLN na kwartał to sporo, ale podliczyłam kwitki od Bonifratrów za ostatni rok i wyszło, że nie jest to za wiele. Wykupiłam polisę Misi i sobie.
W ciągu miesiąca młoda miała usunięte podejrzane znamiona i zdiagnozowane bóle głowy za pomocą tomografii komputerowej, a nie EEG. Teraz wiemy, że to migreny, a nie rak, czy tętniak. 8 lat państwowa służba zdrowia nie mogła tego dokonać.
Mnie też wzięli ostro w obroty. Ortopedzi, endokrynolodzy, chirurg, pulmonolog, dermatolog, okulista internista i diabetolog sprawdzili wszystko co mogli, ponaprawiali co się dało i pilnują, żeby badania były wykonywane. Cukry i cholesterole co trzy miesiące, mammografia raz do roku, usg i tomografia bez czekania tylko dlatego, że powinna być wykonana. Cud normalnie.
I chociaż składka podrożała, będę kontynuować to ubezpieczenie. Na myśl o moich orlicach z przychodni skóra mi cierpnie ze strachu.
Tomek też już wykupił ubezpieczenie zdrowotne w PZU.

poniedziałek, 01 września 2008
W każdym miejscu zamieszkania prześladuje mnie jakiś labrador. Wychodzę z Kretką na ranny długi spacer z piłeczką, żeby zganiać to diablę i zapewnić sobie w dzień trochę spokoju. Kretka aportuje piłeczkę, gania ją z wrzaskiem i nagle na skraju pólka pojawia się Nieszczęsna Istota z labradorem. Labrador przygląda się nam przez chwilę a potem ucieka od Nieszczęsnej Istoty i mając gdzieś nawoływania i błagania porywa naszą piłkę i nie chce oddać. Jeżeli mam ze sobą dwie piłki, to jedną rzucam Kretce, drugą labradorowi. Zwykle nienawykły do biegania zwierzak ma po chwili dość. Ale nawet jak ma dość, to wspina się na mnie szukając kolejnych piłeczek, obrywa mi kieszenie, liże po ubraniu, stempluje brudnymi łapami odzież, jest nachalny i źle wychowany. I bardzo spragniony sensownej psiej zabawy i jakiegoś zajęcia. W tym czasie Nieszczęsna Istota, której powierzono spacerowanie z bydlakiem wpada w słowotok, prawi mi głupie komplementy ( ja sobie z nią poradzić nie umiem, a pani to taka zdolna) i nawet jej do głowy nie przychodzi, że mam ją ochotę smyczą ćwiknąć po chudych ( albo grubych) nogach, żeby zdjęła ze mnie potwora i sama się nim zajęła. Dziś było gorzej, bo miałam tylko jedną piłeczkę. Labrador porwał ją i nie chciał oddać. Nie dał się skusić starymi skórkami od chleba, miał i mnie i Nieszczęsną Istotę głęboko w nosie. Jakoś mu tę piłkę w końcu zabrałyśmy, ale po powrocie musiałam się od stóp do głów przebrać.
Czy nim się kupi psa nie można chwilę pomyśleć? Czy kruche staruszki i zapracowane bizneswoman z leżącymi mamusiami na stanie muszą mieć akurat labradory???
15:31, weisefrau , pies
Link Komentarze (4) »