Rozmaite Gackowej przypadki.
piątek, 25 września 2009
Napomykałam już gdzieniegdzie, że u mnie z gotowaniem to tak sobie jest. Nie jestem ambitna. Jedzenie ma być świeże, jadalne i codziennie, ale obiady z trzech dań, zupy, przetwory, ciasta  i inne takie to nie moja bajka. Przetwory słodzone obficie (a nawet półsłodzone) to dla osoby z cukrzycą w losie zapisaną pomysł głupi. Ciasta zdecydowanie lepiej udają się cukiernikom. Szlify początkowe zdobywałam w kuchni za pomocą Książki Kucharskiej Dla Samotnych i Zakochanych. Wyjaśniano tam jak ugotować jajko, jak usmażyć kiełbasę i zrobić naleśniki.
Moja mama mówi, żeby się nie przejmować i problem byłby, gdybym była kucharką.
Ale nie wyobrażam sobie życia z trzema potrawami obrytymi na blachę, choć i tak można żyć. Teściowa nr 1 przez 11 lat zapraszała nas na niedzielny obiad. W jej repertuarze był duszony kurczak z którego przed duszeniem sporządzano rosół lub pomidorową, mielone kotlety zwane obrzydliwie gałeczkami oraz fantastyczny biszkopt. Więcej potraw z tych 11 lat nie pamiętam.
Mój repertuar był bogatszy, jestem z natury ciekawska i dość łakoma. Mimo to teściowe byli zdania, ze głodzę męża, i dziecko.
Radziłam sobie za pomocą kucharskich książek. Niektóre z tych, które przeszły przez moje ręce nadawały się jedynie do czytania albo do rozpalenia w piecu. Inne są niezwykle pożyteczne do rożnych celów. Kuchnia Polska przypominała mi musztrę na wojsku. Znakomicie obciążało się nią tort Pischinger z wafli przekładanych masą orzechowo czekoladową. Pozostałe wydawnictwa rodzime tego typu nie nadawały się nawet do tego. Pamiętam Książkę Kucharska Oszczędnej Gospodyni, która podarowała mi teściowa. Zawierała przepisy na dania z kapusty i mięsa mielonego oraz parówek. Można się było od samego czytania porzygać, bo jakie rozkosze kulinarne mogła proponować potrawa o nazwie "gar kapuściany"?
Na 25 urodziny dostałam od męża nr 1 fantastyczną książkę kucharską wydawnictwa Good Housekeeping bardzo dokładnie ilustrowaną - narysowano tam jak się co robi, co do czego dodaje i cały spis treści jest w formie fotografii potraw. Książka zawiera cały kanon światowej kuchni, jak się potem przekonałam są tam dania podawane na wszelkich oficjalnych przyjęciach. I dobrze. Mam ją do dziś i kocham szczerze. To czego nie ma na rysunkach wyjaśnił mi słownik angielsko-polski!
Prawie wszystkie pięknie ilustrowane książki kucharskie, które zaczęto u nas wydawać w latach osiemdziesiątych były tłumaczeniami z niemieckiego. Przy trzecim podejściu pojęłam, ze to makulatura. Za dużo składników - z czego 3/4 niedostępnych w Polsce, za drogo, za długo się każdą rzecz robi. Nie dla mnie. Dziś sprawdzam, czy aby książka kucharska nie jest tłumaczona z niemieckiego. Jak jest, to nie biorę!
Druga ukochana i wciąż używana to Kuchnia Polska Marka Łebkowskiego. Genialna, pomocna - samo cudo. Kupuje się coś, o czym nie wiadomo jak to zjeść, znajduje się stronę w podręczniku i jest wszystko: jak pokroić jak gotować, jakie są możliwości przyrządzenia.
teraz do tych dwóch doszły książki Jamie Olivera i Nigelli Lawson. Jest w nich co poczytać i spokojnie można z nich gotować. Pomijając kwiecisty styl pisarski zapewniają sprawne przygotowanie ciekawych posiłkow. Tyle tylko, ze pomyślane są jako seria drenująca kieszeń nabywcy. Ceny mają od czapy. I przepisów w nich niewiele.




czwartek, 24 września 2009
No nie wiem co robić, blog Iksińskiej, kochany i czytany regularnie jest dla mnie niedostępny. Chętnie bym się u Iksińskiej zameldowała i poprosiła o dostęp, ale jak! Na gazetowego nie dało się wysłać wiadomości. W rynnę i o parapet. :-(((
Iksińska, jeśli tu bywasz i czytasz to dopuść mnie do Twoich notek, bez nich życie jest niekompletne!

niedziela, 20 września 2009
Już wiadomo, że bratanek będzie chłopczykiem. Najpierw pokazały to badania genetyczne a potem przepiękne USG. Bratanek wszystkomający na miejscu jest kompletny i bardzo ładny. Zatem pozostało mi obdziergać białe butki na niebiesko. Dzięki e.guni pojęłam jak zrobić butki na drutach i zrobiłam!


Piękne guziki w kształcie żółtych jabłuszek kupiłam w Pasji.
No własnie co do Pasji to jestem  zdumiona i zaskoczona bardzo pozytywnie. Bo byłam tam całkiem niedawno i na miejscu urzędowała zupełnie inna pani. Pani, która jest tam zawsze, tylko poprzednio była na urlopie. Pani jest cierpliwa, bez fochów, zna się na tym, co ma w sklepie i umie się śmiać, i umie dać rabat za spore zakupy  i kartę stałego klienta. I jeszcze pani pamięta, co jest poupychane w rozmaitych kątkach.
Pokazałam pani kawałek kanwy mono.Okazało się, że pani nie znała tej nazwy, a kanwę owszem znała. Tylko furknęło i z jakiegoś s sąsiedniego pomieszczenia pani kanwę mono przyniosła. I teraz mam własną! A druty Addi są w całkiem rozsądnej cenie. Widać na tych, na które patrzyłam ostatnio cena się pomyliła.( Albo patrzyłam na grube druty...)

Nie chce mi się pisać. Nie mam teraz swiatu nic istotnego do zakomunikowania. Pogoda jest piękna i siedzę na tarasie z drutami albo książką. Mogę czytać w skupieniu! Mogę robić coś dłużej niż kwadrans! Nie mam wrażenia, że na plecach siedzi mi zły duch i biczem popedza do kolejnej aktywności. Jaka to ulga!
Co kilka dni jadę z Kretką na działkę po dojrzewające pomidory i winogrona. Ponieważ na matczyne pomidory nie mamy żadnych uczuleń i smakują sto razy lepiej niż hodowane przemysłowo nie damy się zmarnować ani jednej sztuce. Ja pedałuję na rowerze, Kretka biegnie obok. Godzi się na to byle nie była na smyczy. Siłą rzeczy trwa to dłużej, bo przed każdym skrzyżowaniem muszę zleźć z roweru, wziąć gada na smycz i dostojnie przekroczyć jezdnię z psem na smyczy. A potem odpiąć ją i dopilnować, cy pamięta, ze ma biec obok mnie.
Już zazwyczaj pamięta.
Powinnam w tym tygodniu pomalować taras drewnochronem i kupić krzewy do donic. Bo chyba można sadzić je jesienią? Obok tarasu chcę posadzić wiciokrzew a w donicy klematis. Czy sadzenie ich jesienią jest dobrym pomysłem?


 
sobota, 05 września 2009
Still to pierwszy projekt Kim Hargreaves, który dla siebie wydziergałam i pierwszy designerski sweter, który zrobiłam w życiu. I jestem z niego niebywale zadowolona!

Zaraz zabieram się za taki sam, tylko mniejszy i niebiesko-zielony sweterek dla Misi. Ten jest zrobiony z lumpeksowej włoczki Mohair Mini (20%moheru 30%wełny i 50% akrylu) w uroczym różowo koralowym kolorze. Miało na niego wyjść 9 kłębków po 50 gram, a wyszło pięć i troszkę. Mam zatem jeszcze prawie 150 gramów tego tworzywa. Kim polecała do tego modelu druty nr 5, ale ręce by mi odpadły, gdybym na piątkach osiągnęła 21 oczek na 10 cm. Wzięłam więc druty 3,5, takie, jakie proponował wytwórca włóczki i wszystko się pięknie zgadza. Tylko rękawy wyszły jakieś za długie. Widać to było już przy robocie, ale powiedziałam sobie, ze skoro ona to zaprojektowała, to wiedziała co robi. Bo skoro od górnej części mankietu do pachy w najmniejszym rozmiarze ma być 40 cm,... to zrobiłam jak w tym najmniejszym rozmiarze ignorując fakt, ze mój rozmiar jest prawie największy. Na całe szczęście, bo by powstał kaftan bezpieczeństwa. Pantofle na zdjęciu to te z plajtującej Galerii Centrum.
A wyglądam jak nieszczęście bo wczoraj rano tuż po śniadaniu z przygotowanych przez męża jajek w szklance urósł mi ryj jako u świni zamiast ust. Potem spuchł policzek a potem palce. Teraz, po paczce wapna i lekach na alergię usta już powoli tęchną a na palcach w miejscach gdzie popuchły pojawiają się jakieś sine łaty. Opuchlizna boli.
Wyglądam, jakbym przeszła nieudany zabieg powiększania ust. Może powinnam sobie na okazje bankietowe fundować takie ust korale? Tylko gdzie ja do diabła te jajka kupiłam?
I przyszedł mi w związku z tym taki stary wierszyk do głowy:

Kto karty ksiąg zagina i znaki na nich czyni
Temu niech w miasto gęby ryj wyrośnie jak świni.

Tylko że ja po książkach nie mazałam!

czwartek, 03 września 2009
Futro (ang. fur) wyłazi z psa sezonowo. Niektóre psy obłażą z sierści ciągle. Podręczniki utrzymania psa zalecają wyczesywanie gada, żeby mniej kłaków fruwało po mieszkaniu.
Każdy właściciel takiego pieseczka - albo koteczka,bo koteczki tez obłażą - wie, ze wyczesywanie zdaje się psu na buty. Ja cię psie wyczeszę, wyczeszę, godzinę będę czesać, a ty sobie pójdziesz, wstrząśniesz się i znów futra nasypiesz na podłogę. I w garnki, i w talerze i do wanny i na dywan i na kanapę i do łózka i do świeżo zdjętej ze sznurka, upranej bielizny też.
Właściciele psów (i kotów) przyzwyczajają się w końcu do sierści ale czasem tęsknią do posiadania czystego domu bez kłaków.
Albo z mniejszą ilością kłaków. I tęsknią do tego, żeby ich czarne spodnie, spódnice i marynarki nie straszyły futrzastym nalotem.
W tym celu wymyśla się użyteczne gadgety: rozmaite zgrzebła, na widok których psy uciekają z wyciem albo zastygają w zrezygnowanej katatonii oraz szczotki do odkurzacza, lepkie walki i inne zbieracze kłaków.
Dotarł właśnie do Polski nowy zgrzeblany wynalazek: terminator na futro, czyli Furminator. Można go kupić na Allegro, a to jak działa zobaczyć na You Tube.
Wczoraj podczas wieczornego spaceru spotkałam panią z suką zwaną Piękna z wyrazem radosnego zachwytu na twarzy i z paczką pod pachą. Pani owa objaśniła mnie w kwestii Furminatora i oświadczyła, ze właśnie go tu w tej paczce ma. Tak się z tego cieszyła, bo Piękna mieszaniec beagle'a i krótkowłosego owczarka sieje podszerstkiem po mieszkaniu przez cały rok i czesać można ją do us... śmierci bez rezultatu. Pani zgodziła się od razu na trawniku rozwinąć przesyłkę i wypróbować to na psach.
Plastikowe przeciwzłodziejowe pudełko otwierałyśmy kluczem yale.
Furminator przy pierwszym pociągnięciu wydobył z Pięknej garść cieniuchnego podszerstka. Z Kretki też.
Psy nie protestowały i nie próbowały uciekać. Przeciwnie, nadstawiały grzbiety, pupy i boczki z lubością, a futro wyłaziło i wyłaziło.
Dziś mamy już własny Furminator, a Kretka jakby gładsza się zrobiła. Na tarasie leży wielka kupa wyczesanych kłaków - jak tyle martwego futra mogło siedzieć na tak małym piesku?
No i przy czesaniu znalazłam na kreciej szyi dwie rany od rottweilerowych kłów. Jednak rany są!

18:24, weisefrau , pies
Link Komentarze (10) »
środa, 02 września 2009
Najpierw sprobuję pokazać kafelek w oprawie


Cud, za drugim razem się udało. Tyle tylko, że pass.part. jest zielone, a nie granatowe. To bardzo ciemna zieleń wpadająca w turkus, ale zieleń.

Jak widać nie mam teraz melodii do pisania. Robię na drutach jakby mnie opętało i czytam, bo stosik nieprzeczytanych rzeczy na biurku przypomina kształtem wieżę z klocków. Jak co jakiś czas sobie nie poczytam, to wpadnę we wtórny analfabetyzm, a tego sobie nie życzę. Zatem czytam cztery okropne książki na raz i jeszcze słucham słuchowisk na mp3, zwanych teraz audiobookami.
Od tych audiobooków zaroiło się w mojej rodzimej bibliotece publicznej i to jest jednak genialny wynalazek. Zamiast grać w kulki siadam sobie w pokoju z robótką a komputer czyta mi bajki. Przy audiobooku nie da się w nic grać, bo dźwięki gry zagłuszają aktora czytającego tekst. Robótki przyrasta, a kolejne książki z listy do odrobienia same się przyswajają. Panie z biblioteki pozwoliły mi skopiować książki na dysk i na odtwarzacz mp3. Teraz nawet jak Kretka biega dwie godziny, albo jak mam zrobić 21 rzędów ściegiem pończoszniczym to nie drepcę znudzona tylko żegluję w jakieś inne, wymyślone światy.
Pogoda jest do chodzenia genialna. Piękne niebo w coraz bardziej turkusowym kolorze, liście już zaczynają zmieniać subtelnie kolory, a topole, blaszane drzewa, prezentują światu to, co mają najpiękniejszego, czyli zapach świeżo opadłych liści. Ciepło jest, rozkosznie, na moim frontowym słonecznym tarasie w końcu mogę w slońcu posiedzieć nie dostając udaru cieplnego. W skrzynkach panoszą się ogromne fuksje, jeszcze kwitnie lobelia, no rozkosz po prostu...

Kretka dziś marna, bo pewien szczeniak z nagła dorósłszy spuścił jej niezłe manto. Szczeniak rottweilera płci żeńskiej konkretnie. Własciciele szczeniaka zauważyli jego zachowanie i nie uciekli, wiem gdzie ich szukać, ale na Kretce śladów pogryzień nie ma. Tyle, ze smutna jakaś i leży cichutko w kąciku. Ale jak piłkę rzucić to goni. Dam jej spokój, je, pije, siusia znaczy dojdzie do siebie. Obserwuję tylko.

Obserwuję również jak zawsze ludzkie buty. Jeszcze wiosną na wystawach sklepów stały wyłącznie obcasy. Wysokie i wytworne. Natomiast na nogach królują płaszczaki. Od trampek przez japonki po balerinki. Jeśli trafi się na 10 kobiet jedna na obcasie to dużo.
I wystawy się zmieniły. Już na wystawach stoi pól na pół obcasów i płaskich pantofli. I słusznie. Jakby kobiety miały chodzić na obcasach, to by im te obcasy same na piętach rosły.

Coś mi dziś nie idzie pisanie, lepiej sobie stąd pójdę do sweterka.