Rozmaite Gackowej przypadki.
środa, 29 września 2010
Zmęczyłam go w końcu. I może być, choć ze względu na rozmiar i (mój) kształt mało przypominam w nim tę modelkę z oryginalnego zdjęcia.
Wszystkie części dały się bezboleśnie zeszyć, włoczka, choć mało wytworna, to nie gryzie i w dotyku jest całkiem miła.
Jak widać na zdjęciu muszę Kelmscotta ciut rozciągnąć aby mi brzuch z niego frontem nie wyłaził, da się zrobić żelazkiem z parą.
 


Nawet jeśli nie będzie to sweter na lata, to warto było go zrobić dla nauki dwustronnego ażuru, wykończenia brzegów przodów i metody na rzędy skrócone z nitką.
Już wiem z forum, że First Class się mechaci, ale w dotyku jest miły, nie gryzie wcale, wzory na nim dobrze widać, kosztuje bardzo umiarkowanie i to są zalety.
 Wady natomiast to: supły i pęknięcia na nitce, trudne blokowanie, miękniecie pod żelazkiem. Gotowa dzianina jest niesłychanie elastyczna, jak z gumy. Wydawało mi się, że włóczka jest mało wydajna, ale wyszło jej na rozmiar L raptem 11 kłębków - czyli nie jest tak źle.
wtorek, 28 września 2010
Cierpię na to schorzenie od czerwca. 
Nie mogłam gotować przez całe lato. Żywiliśmy się czym bądź, kurczakiem Wan Wan z baru Sajgon albo pizzą. No i w knajpach.
Całkiem taki tryb życia nieźle kosztuje, ale nie mogłam się za nic zmusić, nie wychodziło. A to nie dało rady nic kupić do przetworzenia, a to czegoś brakowało, a zwykle było za późno albo za wcześnie na gotowanie.
Taki syndrom miałam pierwszy raz odkąd skończyłam 15 lat.
Najbardziej demoralizujące jest to, że od niegotowania z mojej strony nikt nie umarł, niebo na ziemię nie spadło i żadne się nieszczęście nie wydarzyło.
Teraz, mając już serdecznie dość Wan Wana i pizzy kupiłam sobie kilka brakujących, kolorowych i ślicznych garnków:


Ten niebieski jest żeliwny i strasznie ciężki. Udało mi się w nim udusić wołowinę po flamandzku tak, że  w trakcie duszenia płynu nie trzeba było dolewać i rezultat olśnił nas miękkością i smakiem.
Ale chyba wyciągnę wnioski co do codziennego gotowania. Skoro całe lato nie tknęłam się garów i żyjemy, to może lepiej zamiast codziennie tylko 2 - 3 razy w tygodniu produkować cuda dla niejadka.

Ciekawam, kiedy mi przejdzie nieśmiałość wobec bloga. Niby mam co pisać, i to  ile.
 Ale też wywnętrzanie się z ponurych rozważań przed czytelnikami jakoś się w tej konwencji nie mieści.
Zatem dla osłody kilka fotek leśno psich:


Oto Misia z Zazulką. Zazulce urosły chude nogi, długa szyja i długi ogon. Wygląda trochę jak lemur. Tu Zazulka nosi granatowy sweterek.



Po kilku godzinach w lesie psina zasypia  gdzie bądź.



Suki się lubią i współpracują.
środa, 15 września 2010

Zazulka waży już ponad półtora kilo i zaczyna zmieniać futerko z dziecinnego puchu na dorosłą szczecinkę. Skutkiem tej wymiany ma łysy tyłek i nieco drżące ciało. Lekarz kazał ją... ubierać. 
Misia z dziką radością zleciła mi wykonanie ciepłego sweterka dla psiaczka. Najchętniej różowego. Po konsultacjach z Picassą i Ravelry wydziergałam to coś, co jest na zdjęciu. Samo wygląda jak obcięta skarpetka z dwoma fąflami, ale zapewniam, że z Zazulką w środku sweterek wygląda uroczo.



Niestety, dziecko ociągało się z przesłaniem zdjęć modelki w odzieży.

W piątek pojechałyśmy z psami do lasu na grzyby. Wyglądałyśmy nieco abstrakcyjnie z Kretką, bywalczynią lasów i Zazulką w różowym sweterku, błagającą przez kilka godzin o wzięcie na ręce. Kto nas zobaczył, to rechotał. Przywiozłyśmy śliczne, młode podgrzybki i borowiki w sam raz do octu. W powrotnej drodze do Warszawy psy się w pociągu pospały jak dzieciaki, a rękawki zazulkowego sweterka były zaiste brudne jak u dzieciaka.
Na dworcu Warszawa Śródmieście dopadłam na stoisku ze starymi gazetami Designers Knit za całe 8 złotych. Z tego wynika, że bywa w EMPIKu, przynajmniej sądząc po empikowej metce z ceną 39.90 naklejonej na okładce. 
Misia obejrzawszy żurnal zażądała szybkiego wykonania długiego raglanu robionego od góry. I szalika jak rybacka sieć. 
Jeszcze dwa dni przedtem zarzekała się, że chce tylko mitenki i skarpety, żadnych swetrów, a teraz taka zmiana. Jeden rzut oka w porządny projekt i proszę.
Ponieważ ręce mam wciąż zajęte Kelmscottem, to chyba jej raglan przyjdzie mi dłubać nogami.
A Kretka po leśnych ostępach znów okulała. Teraz bierze leki na układ kostny i ma 2 tygodnie ścisłej smyczy bez szaleństw i biegów. Za to dorobiła się własnych dwóch kółek, dostała mianowicie przyczepkę do roweru dla psa. Z chorągiewką. I jest najwyraźniej tą przyczepką zawstydzona.
poniedziałek, 13 września 2010

Miła buzia, ale nic szczególnego w tej studentce Politechniki Warszawskiej nie widać. Trwała na włosach postarza i uroku nie dodaje.


Eureka! Lata sześćdziesiąte przyniosły ze sobą tapirowane włosy i kreski z tuszu na powiekach. Tapir wybawił od trwałej, spania w wałkach i wyglądu młodej emerytki. No, to wygląda zupełnie inaczej.



Jeszcze żakiet i broszka i oto najładniejsza pani inżynier w całym ZBiŚCie (a potem w Instytucie Łączności). Taką śliczną mamę miałam. 
Kreski na powiekach mama przestała malować, gdy przestała dobrze widzieć. Zamieniła je na wielkie, ciemne okulary. Koka nie pozbyła się nigdy.
Życzę wszystkim czytającym by odnalazły swój charakterystyczny, prosty, genialny sposób na bycie kobietą piękną bez żadnych wątpliwości..

wtorek, 07 września 2010
Będzie autobiograficznie. 
Od tygodni gadam w głowie z własną, całkowicie niemal pomarłą rodziną, czytam ich listy, oglądam zdjęcia, rozwiązuję paczuszki z papierkami, czytam je wszystkie uważnie, coby żadnej ważkiej rzeczy nie wyrzucić i naturalnie przypominają mi się drodzy najbliżsi w najdrobniejszym szczególe.
I dzieciństwo mi się przypomina naznaczone - podobnie niestety jak młodość i wiek wczesnośredni - babcinym gderaniem.
Babcia bowiem gderała. Gderaniem w każdym razie rodzina nazywała baaardzo długie i baaaaardzo głośne przemowy zaczynające się od zwrotu "Posłuchaj, co Ci powiem...." (zamiast wielokropka wstawić imię).
Przemowy miały na celu podnieść morale interlokutora, zwrócić jego uwagę na jego okropny charakter i prawość oraz  pracowitość babci, na jej wysiłki, żeby wszystko szło jak powinno, na fakt, że ona jedna w tym domu wszystko robi, na co jej to było, jej się nie wolno denerwować  itd itp.
Babcine oczy ciskały gromy. Źrenice robiły się maleńkie, a tęczówki jaśniały jak u jastrzębia.
Jeśli przemowa zaczynała się cichym głosem, to w ciągu 3 minut głos rósł, podnosił się do niebotycznej wysokości i słyszeli go wszyscy w siedmiopiętrowej kamienicy
A pewnie i w domu na przeciwko.  Niejedna uczennica operowego śpiewu terminująca u pani Barbary Nieman dwa piętra nad nami pewnie zieleniała z zazdrości. Jeśli wrzask następował natychmiast, to trwał, i trwał i przechodził w wielogodzinne gadanie. Wszyscy sąsiedzi znali nasze przewinienia i domowe zbrodnie. Wiedzieli, kto stłukł jajko, kto wyszczerbił filiżankę, kto żyje w tym domu tyle lat, i wciąż nie wie, gdzie leżą półmiski. No i kto nachlapał na podłogę i będą plamy, a kto chodzi bez kapci i włazi z brudnymi nogami do łóżka.
Nigdy nie było wiadomo, co wywoła wybuch i kiedy. Byliśmy udręczeni, sterroryzowani, spacyfikowani i szalała w nas żądza mordu, lub co najmniej walnięcia krzykaczki butem w głowę, żeby się wreszcie zamknęła. Mieliśmy ciągłe wyrzuty sumienia z tego powodu, bo trudno, bardzo trudno jest kogoś kochać i nienawidzić na raz.
Dziadek był dżentelmenem, mama i wuj bali się tych wrzasków tak samo jak ja. Babora z Alzheimerem nic nie rozumiała. Kto mógł uciekał z domu gdzie oczy poniosą: do parku, do pracy, do kina...
Babcia zatruwała nam życie, czuliśmy się w domu tak bezpiecznie, jak w magazynie prochu. Koleżanki bały się do mnie przychodzić, bo nigdy nie było wiadomo, czy babcia nie wybuchnie. W szkole miałam przechlapane. Mama w tajemnicy powiedziała mi kiedyś, że wolałaby dostać lanie, niż słuchać tych strasznych wrzasków przez całe dzieciństwo.
Teraz wiem, czemu babcia gderała. Wiem, bo sama miałam gderający epizod w życiu, tak pod koniec małżeństwa nr 1. Wydawało mi się, że jak powiem mężowi nr 1 dobitniej i głośniej o co biega, to on pojmie. Nie pojął, a ja tak tłumaczyłam coraz głośniej kilka lat. Gderanie to oznaka desperacji, oznaka, że gderający nie ma się gdzie podziać, nie ma gdzie uciec przed stresem i nic z tym nie może zrobić. 
Potem się rozwiodłam i przestałam gderać. A babci wycięto z powodu nowotworu jedną strunę głosową i zapadła cisza. Oraz zaczęła babciunia korzystać z mózgownicy i poczucia humoru, które gdzieś tam w niej siedziało.
Wyniosłam się z rodzinnego domu i najbardziej lubię błogą ciszę. Ponieważ Pan Mąż też miał gderającą babcię, ciszę pielęgnujemy we dwoje.
Niestety, jestem skażona. Jeśli słyszę dzikie wrzaski gderającej baby, to mam ją ochotę udusić. Rąbnąć w łeb, byle tylko zamilkła, niech się wykrwawia w kąciku, byle po cichu. Jeśli Pan Mąż zaczyna się wydzierać w mgnieniu oka budzi się we mnie furia o morderczych skłonnościach.
Gderanie na dłuższą metę jest tak samo trujące jak seksualne molestowanie, przewlekłe maltretowanie, napaść fizyczna czy wyzysk.
Pamiętajcie o tym gderacze.




sobota, 04 września 2010
mamidana zaprosiła mnie do tej zabawy.
Mam wymienić dziesięć rzeczy, które lubię.
Oto one:
1. Lubię czytać i się uczyć. Większości rzeczy, które umiem nauczyłam się sama z książek.
2. Lubię wygodne ubranie, które nie drapie, nie uciska i zapewnia komfort termiczny. To dotyczy również butów.
3. Lubię moją najbliższą rodzinę i psa.
4. Lubię rozmawiać z mądrymi ludźmi.
5. Lubię chodzić pieszo i jeździć na rowerze - tak pokonuję wiele kilometrów.
6. Lubię herbatę, piję jej bardzo dużo i podpijam rodzinie resztki. Mąż nazywa mnie herbacianym złodziejem.
7. Lubię kolorowe nitki, wełny i kredki - robię z nich użytek.
8. Lubię moje mieszkanie - meble, zasłony w kapuściane róże, dzbanki na herbatę, książki, wełniane koce w kratę, obrazki, książki, lampy i durnostojki.
9. Lubię The Beatles
10. Lubię święty spokój i go sobie zapewniam!

Lubię wiele, wiele rzeczy.

Teraz powinnam wymienić , kogo zapraszam do zabawy. Chciałabym wiedzieć, co lubi Ewcia, Kankanka, xhaftx, ziczac, bietas, iksińska, dagi 35, poppy, babcia bez mohera i inni, ale nie będę ich nagabywać i molestować. Jak zechcą, to przecież napiszą ;-)


środa, 01 września 2010
Warto kupić profesjonalnie zaprojektowany wzór dzianiny. I to nie jakiegoś prostaka robionego dżersejem, a coś bardziej wypasionego.
Sweter Kim Hargreaves, który popełniłam w dwóch egzemplarzach w zeszłe lato nauczył mnie gdzie w swetrze powinna być talia i jak powinny wyglądać plecy, co by się garby i worki nie robiły.
Teraz dłubię sobie powolutku Kelmscotta z Twist Collectiv i przy drugim przodzie czuję się znacznie bardziej profesjonalnie. Kelmscott pokazał mi sprytny sposób robienia rzędów skróconych - żadnego owijania, kombinowania, sama prostota i rozkosz i jedynie kawałek nitki potrzebny do wykonania, a mowy nie ma o żadnych dziurach i eleganckie oczka wychodzą. Na przednich panelach ćwiczę ażur dwustronny i wychodzi wyśmienicie. No machnęłam się ze dwa razy, ale co to wobec dwóch ogromnych przodów z koronki.
Objawieniem było dla mnie wykończenie brzegu przodów bez dorabianych plis i cwane wyrobienie dekoltu w serek. Nigdy więcej zawijających się przodów z prawych oczek! Mój Kelmscott nie będzie tak śliczny jak oryginał, bo powstaje nie z luksusowej mieszanki wełny z angorą, a z First Class od Rozetti, więc zgrzebny jest ciut. mam nadzieję, że staranna obróbka nada mu troszkę klasy.
Nim się rzucę na wody samodzielnego projektowania to jeszcze kilka swetrów o bardziej wyrafinowanym kroju i wykończeniu popełnię. Na dzianinę zeszywaną z czworoboków szkoda mi czasu.