Rozmaite Gackowej przypadki.
czwartek, 29 września 2011
Miałam sobie pożeglować po necie i poczytać różne blogi.
I co? I pstro.
Przez czas mojej mentalnej nieobecności kto żyw bloga za-hasłował, zamknął dla obcych bywalców, a nowe, ciekawe, znalezione blogi mają, o biada, za-hasłowane archiwum.
No jak tak, to ja mam gdzieś, Was, hasłujących. Jak nie chcecie, żebym Was czytała ze zrozumieniem, to NIE.
A pies Was trącał. Własnych bajek mam aż za dużo.
Ta straszna pisownia słowa za-hasłowane to rzecz jasna pomysł "Sprawdza cza Pisowni" (jego pisownia!!! :-)))


Agnes była pierwszą lalką, którą sobie kupiłam. Pierwsza Tonnerka, wyczekana i wymodlona siedziała goła rok z okładem. Było po niej widać, że ma mi za złe. Zrobiłam jej wprawdzie buty z filcu z podeszwami z modeliny, toporne i koślawe, ale poza tymi butami nic nie uszyłam biedaczce.
Agnes jest nastolatką płaską jak deska, ma ponure wejrzenie i właściwie powinna się nazywać Adams a nie Dreary. Pewnie postaci Adamsów są chronione patentami i Tonner musiał swoją ponurą nastolatkę o nieco cmentarnych upodobaniach nazwać inaczej.
Teraz, w ramach robienia NIC uszyłam Agnieszce suknię w jej ulubionych barwach. Szukając tkaniny na tę suknię ze zdumieniem skonstatowałam, że najdrobniejsze i najfajniejsze krateczki można nabyć w postaci męskich bokserek.
Do bokserek tylko dodać garstkę pasmanteryjnych resztek i golas wygląda godnie.



Okropne buty z pierwszej edycji muszą wystarczyć nim wykonam skórkowe Mary Jane.







Sukienka zapinana jest na kryty zamek błyskawiczny. Takie zapięcie jest dla mnie znacznie mniej męczące do wykonania niż haftki czy zatrzaski. I się nie rozłazi na plecach.



Kto dobrze popatrzy, ten zobaczy nawet wykonane dziś siatkowe, czarne rajstopy.
Agnes o cmentarnych upodobaniach życzy sobie jeszcze płaszcza i czapki. Szepnęła mi, że w naszym klimacie 1 listopada to nie jest pora na łażenie w lekkich strojach. A zza niej łypie na mnie całkiem goła starsza siostra Agnes, bezimienna Sister Dreary, wielbicielka niesłychanie wyszukanych strojów  w czerni lub w szkarłacie. Jak na razie ma tylko czarne kozaki i czerwone boa, widać, że chce mnie udusić za opieszałość.
14:25, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 września 2011
Kulejąc i ledwo oddychając doprowadziłam Alicję do stanu względnej samodzielności. Je, zaczęła trochę na wadze przybierać i co najważniejsze CT wykazało, że jest czysta. Żadnych śladów jakichkolwiek nowotworów poza tym wyciętym w całości. Chemia niepotrzebna. Kontrola za trzy miesiące.
Zatem dziś spakowałyśmy wszystkie grzyboły, które Alicja u nas przez trzy miesiące zgromadziła, jeden z naszych stołków-drabinek (skakanie po wysokim stołeczku do wysoko położonej bieliźniarki okazało się niemożliwe), cały nowy sprzęt do ciągłego używania z racji mocno przefasonowanej anatomii urologicznej i teściowa wyniosła się do siebie.
Uznała, że jeżeli sama nie spróbuje odzyskać własnego życia to na wieki zalegnie w moim buduarze. I na fotelu przed telewizorem w salonie. Z włączonym przez cały dzień TVN 24, co zawsze jest nie do wytrzymania, a teraz, podczas kampanii wyborczej budzi we mnie myśli samobójcze i mordercze.
Zobaczymy jak to będzie, ale na razie cieszę się bardzo odzyskanym dla siebie pokojem i pustym stołem, na który już wyjechała maszyna do szycia.
No i udało mi się dziś przeczytać dokładnie powieść na 430 stron, co ostatnio nie jest takie proste. Głupie kryminały toleruję w postaci seriali na AXN lub innym filmowym kanale jako tło do robienia na drutach, ale poświęcać czas na czytaniu ich?
 O nie!!!
 Za dużo tego typu literatury już przeczytałam, żeby autor mógł mnie czymkolwiek zaskoczyć. Moment koniecznego oszustwa widzę jak na dłoni i tracę do autora szacunek. A Wallandery wszystkie już znam.
Minie trochę czasu nim się zregeneruję. Jestem gruba, obolała, znudzona, wymęczona i pragnę robić NIC.

środa, 21 września 2011
Jestem spokojna i uprzejma. Klnę wprawdzie czasami brzydko, ale  wtedy teściowa zwraca mi uwagę, że dzieci się uczą czegoś złego.
Ale ostatni byłam grzeczna, robiłam na drutach i pielęgnowałam chorych.
Za karę moje wewnętrzne ja, ego za Freudem cytując, zrobiło mi spasa i kuku. I te dwa mięśnie wzdłuż kręgosłupa zbiły się mi na kamień. Ani w lewo, ani w prawo, ani w przód ani w tył. Mało tego, oddychać też nie można., Bojąc się uduszenia zjadłam Ketonal 100 po św. p. mamusi. Pomógł.
Pani doktor dodała jeszcze inne lecznicze pyszności. Przestają działać około czwartej nad ranem.
A potem to jest czysta makabra.
Gdzieś ten stres musiał się schować.
Ale dlaczego w moich schabach???
 
niedziela, 18 września 2011
Dłubałam go i dłubałam. Miesiąc z okładem. Na drutach nr 3 powstało cielsko szala a na 4 koronka brzegowa. Ma kilka pomyłek, no ma, nie przeczę. Ale nie dało się spruć już zrobionej części aby dotrzeć do błędu. Jest jak jest i inaczej nie będzie. Z błędów wybrnęłam na tyle, że liczba oczek w rzędzie się zasadniczo zgadza i oczka nie lecą.
Wyszło nań prawie 6 motków kid moheru od Adriafilu a rozmiar jest imponujący: 2,05 x 0.9 metra! I gdybym miała na czym go bardziej rozciągnąć to byłby pewnie jeszcze większy.





Bardzo się cieszę, że nie mam więcej kid moheru do przerobienia. Szale pożarły wszystek. Zostało aby po ratunkowym kłębuszku na ewentualne naprawy.
 Jak estończyk wyschnie to dostanie zdjęcie mniej techniczne, a bardziej romantyczne. A ja mam na jakiś czas dosyć bąbelków estońskich.
środa, 14 września 2011
Nie lubię Candy. Zazwyczaj.
Ta rozdawajka zapaliła we mnie dzikie pożądanie.
I nie było rady, wzięłam udział.
wtorek, 13 września 2011
Zrobiłam się nudna dla bliźnich. Sprawy bezpośrednio mnie dotyczące zwęziły się do jednej - najważniejszej, i w przeciwieństwie do młodych matek, które gadają w kółko o swoich dzieciach wcale nie mam ochoty o niej rozprawiać.
Robię z prawdziwą radością to, co powinnam i... na tym koniec. Zorganizowałam się nieźle, dom chodzi jak zegarek, poczytam sobie nawet jeśli jest coś ciekawego, ale poza domowymi sprawami jadę na jałowym biegu. Nie pogada ze mną dziecina o ciuchach, ploty damsko męskie mam w nosie, a może i głębiej, kadryl polityczny też mi dość wisi. Alicja żyje życiem politycznym więc z rozbawieniem zerkam od czasu do czasu w telewizor zadziwiona jedynie co wyplatają ludzie i robię swoje. A jak swoje zrobię to z audiobookiem na drutach chwilę mogę podłubać.
Ponieważ minęła właśnie 10 rocznica zamachu na World Trade Center to miałam dwa dni pracy z aparatem non stop. Jak zwykle takie konferencje i ta skończyła się późną nocą w knajpie. Dopiero po mocnym espresso i jakimś posiłku przyjęłam stosowne płyny w ilości niecodziennej i... nic. Reset był potrzebny widać. Nawet sobie potańczyłam, co dla mnie jest zajęciem bardzo niecodziennym. Walkę Adamka z Kliczką obejrzałam otoczona dużymi, policyjnymi ciałami w gęstych oparach stężonego testosteronu. I następnego dnia nijakich skutków opilstwa nie było. Znaczy nie ważne co jak i gdzie, a ważne z kim.
A teraz te setki zdjęć muszę obrobić, żeby się do publikacji nadawały. Coraz więcej stałych bywalców naszych konferencji domaga się swoich zdjęć.
Niby każdy ma teraz aparat, ale jak przychodzi do wyboru fotki na okładkę książki albo fajnego zdjęcia pamiątkowego to cienko z tym jest. Przy okazji nawiązuję bardzo ciekawe znajomości.
W tej masie fotograficznej roboty nawet nie chce mi się lalek fotografować. Muszą bidne poczekać na lepsze czasy. Teraz są inne priorytety.

poniedziałek, 05 września 2011
No bo bez dłubania nie ma nawet śladu po minionym czasie i bezpowrotnie zamienia się on w nicość.
Zatem pomiędzy doglądaniem Alicji, aprowizacją, gotowaniem i innymi tak radosnymi zajęciami dłubie sobie, a co mi tam.
Idzie jak zwykle powolutku, ale idzie.
Kolejny szal estoński dziękczynny jest w połowie gotowy. Teraz pójdzie szybciej, bo już znam wzór na pamięć. Po siedmiu powtórzeniach krowa się nauczy.



Jak widać aparat wciąż mi fika, coś z ostrością mu się nie zgadza. Będę musiała z nim poważnie porozmawiać. Nim zrobię szal do końca aparat miejmy nadzieję odzyska sprawność. Albo ja sobie przypomnę jak ustawić autofokus.

W zeszłym roku zrobiłam dwa modne kominy na zimę. Niestety, dziecina porwała mi oba prosto z drutów. Tym razem nie dam. Nie dam i już.



Niektórzy mają piękną figurę a inni mają piękne kolory. W zeszłym roku w Berlinie nabyłam sześć motków włoczki Jawoll Magic od Lang Yarns. To cieniowana skarpetkówka z której zamierzałam zrobić cienki sweter. Zaczęłam dłubać od góry w dół i chyba będzie z tego tunika do spodni. Jedna podróż do Wieliszewa w korku daje tunice 4 cm przyrostu. Nawet mogę już czytać dłubiąc w kółko te prawe oczka.



Naturalnie mam mnóstwo planów. Jeden z nich - szal z malabrigo lace się właśnie klaruje w łepetynie.
Kupiłam 3 motki dla miękkości i z konieczności posiadania PRAWDZIWEGO MALABRIGO. Kolor, poetycko nazwany Paryska Noc, zdaniem mojej przyjaciółki przypomina kolor majtek do gimnastyki, jakie nosiłyśmy na WF za głębokiej komuny. Bury granat burzy o zmierzchu. Sam w sobie mało inspirujący. Ale znalazłam cekiny w szalonej barwie i w dwóch rozmiarach. Za pomocą szydełka nr 0.5 dają się nawlec na nitkę. Z tymi cekinami ponury granat wyglada zupełnie inaczej.



I żeby sobie zrobić frajdę nabyłam tropioną od dawna alpakę w e-dziewiarce. Jak zwykle newsletter przyszedł by, gdyby po tym kolorze został tylko powiadamiacz. Pewien od dawna wymarzony sweter chyba doczeka się realizacji.