Rozmaite Gackowej przypadki.
niedziela, 26 października 2008
Pierwszy raz w życiu mieszkam sama z moim mężczyzną. Dziecinka zabrała płaszczyk i neseserek i poszła sobie.  Pora na to już była, fakt. Choć miła ta moja dziecina bywa, to jednak mieszkanie razem z panną, której w głowie wszystko, tylko nie życie rodzinne z mamusią i ojczymem bywa niewygodne. I w cichości ducha wszyscy sobie już tego życzyli.
Ale jak wiadomo wyprowadzić się z domu jest łatwo pod most. W inne zaś warunki nie jest takie proste. A stwarzając moją królewnę Pan Bóg zapomniał jej dołożyć sporego majątku. To dość powszechne zjawisko u dzisiejszych królewien. Mało która jest kasiasta z domu. No ale się jej widać udało. Może w nowej pracy jakoś dużo zarabia.
I kiedy na nią fuknęłam domagając się licencjatu z ponoć ukończonych studiów oraz włączania się do domowych prac oraz samodzielnego zapełniania lodówki tym co ona jada panna zamilkła na dobę, oznajmiła że zniknie i znikła.
Mogła osiągnąć ten sam cel w znacznie lepszym stylu. A może nie mogła?
Teraz czekam aż zabierze swoje meble do wynajętego gdzieś w mieście mieszkania. A my w końcu będziemy spać w sypialni, a nie w salonie.

Atmosfera w domu zrobiła się dużo milsza. Mój pan znów żartuje!

wtorek, 14 października 2008
Trochę nie zrozumiałam, kiedy mam moją choinkę tu pokazać. Jeszcze termin nie minął i już nikt nie zdąży zrobić takiej samej, więc pora jest akurat.





Moja kuchnia jest ubrana na niebiesko. Porcelana jest biało niebieska, dywaniki granatowe a ścierki i inne takie tam drobiazgi staram się też trzymać w tej tonacji.  Zatem i choinka musiała być taka. Znalazł się kawałek granatowej kanwy 14 ct od Ewci. Policzyłam kratki i okazał się jak w sam raz. W skrzynce z lepszą muliną był jak na zawołanie jeden motek cieniowanej muliny DMC w odcieniu błękitu pasującym do kanwy. Wyhaftowałam choinkę, ale była jakaś goła. Dodałam jej zatem mnóstwo koralików - srebrzonych wewnątrz kryształków i konturek z metalizowanej srebrnej muliny DMC. Ponieważ metalizowana nić jest bardzo trudna do okiełznania poeksperymentowałam nieco i nauczyłam się jak ją zmusić do współpracy: trzeba ją drobnym węzlem przywiązać do igły. Nie może się wtedy rozkręcić i jest grzeczna.
Choinka nabrała wyrazu natychmiast. A jaki miał być z niej przedmiot? Obrazek oczywiście! Może zresztą posłużyć również jako olbrzymia świąteczna pocztówka jeśli ją komuś wyślę.;-)
Nabyłam granatowe passe-partout, trochę koronki i srebrnej lamówki i z haftowanej szmatki zrobiło się to:


Bardzo mi się ten obrazek podoba, ale nie pakuję go jeszcze w szkło, bo może jednak będzie świąteczną pocztówką w rozmiarze XXL. I poleci, do kogoś, kogo bardzo, bardzo lubię.

niedziela, 12 października 2008


Wianek wyszyty i trzeba go jakoś wykończyć. Myślałam nad doszyciem kupnej koronki, ale skoro wzór jest okrągły, to kwadratowa serwetka głupio by z nim wyglądała. kwadratową serwetkę obszyć kupną koronką każdy głupi umie, ale okrągłą, niezbyt wielką już trudniej jest niestety. Przeleciałam się po pasmanteriach i nie znalazłam koronki, którą bez szkody dla jej wdzięku dałoby się tak wszyć, żeby płasko leżała przy okrągłej serwecie. W archiwum rzeczy zrobionych i niewykorzystanych znalazłam 2 metry wydłubanej niegdyś koronki. Pasowała akurat, dorobiłam raptem 3 motywy, z kwadratu kanwy zrobiłam kółko metodą szpilki, nitki i ołówka, materiał wił się przy tym jak węgorz - z trudem udało się to kółko narysować, obrzuciłam koło owerlokiem, podszyłam zapas pod spód, przyszpiliłam koronkę, przyszyłam na maszynie ( bez czepiania się o lenistwo proszę) i wianek na razie wygląda tak. Może się złamię na konturki jeszcze. A poza tym wykończyłam i obfotografowałam choinkę z wzoru Małgosi, uprasowałam górę pościeli, wybiegałam burka i niedziela poszła sobie.
czwartek, 09 października 2008
Jestem palaczką. Od urodzenia a nawet nieco wcześniej. Gdy mama była w ciąży w domu palili wszyscy i to co popadło. Babcia paliła póki w domu były jakiekolwiek papierosy. Dziadek palił tak dużo, że w pewnym momencie zaczął ciąć Sporty żyletką na pół, żeby to jakoś ograniczyć. Ojciec palił, wujek palił i wszyscy goście też palili. Mama w ciąży nie paliła, bo jakoś jej nie szło, ale potem też zaczęła. Wychowałam się w kłębach dymu i kiedy już dziadek i babcia palenie rzucili a ojciec i wujek się wynieśli sama zaczęłam kontynuować tradycję rodzinną. I tak palę już dzieści lat.
Najgorszym momentem w tej karierze był czas, kiedy papierosów nie można było kupić a można było upolować w kiosku worek wyrobu papierosopodobnego, o nierównej długości i po części wykruszonych, fuj, i jeszcze kartkę za to zabierali. Byłam i jestem najprawdziwszym nałogowcem - na fajki kasa musi być. Przez te dzieści lat nie zabrakło mi fajek. Nawet Tomek się nauczył, ze żonie lepiej ostatniego papierosa nie wypalić cichaczem. Jak wypali, to ma przegwizdane. I dlatego zainwestowałam w maszynkę do skrętów i tytoń w torebce. Nie jest to wprawdzie preferowane zielone Marlboro, ale w chwili nędzy starczy.
Nie lubię palić. Śmierdzi mi to. Kosztuje od cholery, kaszlę, ale smród jest najgorszy. I co jakiś czas rzucam palenie. Mniej więceej 2 x do roku.
Czasem idzie łatwiej, czasem trudniej, ale zwykle wytrzymuję bez papierosów około 3 miesięcy. Niestety, zawsze wracam do palenia.
Kilka razy udało mi się niepalić ponad rok. Ale to było dawno. Obecny mąż pali z upodobaniem, twierdzi, ze lubi i nakłania do złego sam o tym nie wiedząć.
Przyszła pora na kolejną próbę rzucenia palenia. Przez trzy miesiące będę ładniej pachnieć i nie dusić się wieczorem w łóżku.

poniedziałek, 06 października 2008
Jedziemy na kilka dni do Klebarka, nie byliśmy tam już wieki całe, bo od lutego!
Zrobiła sie złota jesień i mam nadzieję upolować ją moim aparatem fotograficznym. Przez ostatnie parę lat złota jesień nie nastąpiła - piękne Klebarskie klony zamiast pożółknąć traciły liście w stadium sucho - burym. Trzeba łapać okazję!



Na powyższym zdjęciu pani doktor Michalina Wisłocka wraz ze swą chrześnicą Michalinką podpisują egzemplarze "Sztuki Kochania" na kiermaszu z okazji Dni Oświaty Książki i Prasy w maju 1988 r. Nim doszło do takiej zażyłości i wręcz kumoterskich powiązań - wszak chrzestna matka dziecka to kuma rodziców tegoż, minęło wiele lat znajomości z panią doktor mojej mamy a potem i mojej. Kiedy mama była ze mną w ciąży pani Wisłocka opiekowała się jej ciążą. Przyjmowała w Poradni Świadomego Macierzyństwa przy Placu Trzech Krzyży w Warszawie i miała doskonałą opinię jako lekarz.  Pacjentki pod jej opieką nie roniły i rodziły zdrowe dzieci, choć nie używano wtedy USG, a maluchy pani doktor podsłuchiwała drewnianą trąbką. Mama przyzwyczaiła się do cierpliwej, wesołej lekarki, a lekarka przyzwyczaiła się do bystrej, oczytanej pacjentki. Po kilku latach znajomości gabinetowej panie zaczęły spotykać się na gruncie prywatnym. Zawsze miały o czym rozmawiać i bardzo się lubiły.
Kiedy pani doktor zamieszkała na Starym mieście miałyśmy do niej naprawdę niedaleko, mama często odwiedzała ją w domu i coraz częściej zabierała mnie ze sobą. Ja miałam wtedy około 13 lat, a pani Wisłocka właśnie skończyła pisać "Sztukę Kochania" i szukała dla niej wydawcy. Właśnie skończyła jest wyrażeniem nieścisłym "Sztuka Kochania" była napisana od 8 lat, gdy w końcu Iskry ośmieliły się ją wydać. Lobby rodzimych uświadamiaczy pod przewodnictwem niejakiego Mikołaja Kozakiewicza, z wykształcenia specjalisty socjologa od kobiety wiejskiej, robiło wszystko, by ta książka się nie ukazała. Świetnie wiedzieli, że po takiej publikacji nie sprzedadzą już nikomu swoich uświadamiających wypocin. Nim ją jednak wydano miałam okazję od strony autorki przyjrzeć się drodze przez mękę tej znanej pozycji. Mogłam sobie czytać różne wersje maszynopisu, widziałam jak w przychodni studenckiej w Mikrusie, gdzie pani doktor udzielała studentom porad antykoncepcyjnych Sztuka Kochania leżała wyłożona w poczekalni w postaci maszynopisu, żeby ludzie się nie nudzili dłuuuuuugim zawsze czekaniem na wizytę. Bo 45 minut na pacjentkę to było zdaniem pani doktor akurat. I ani minuty mniej. Widziałam w końcu jak po sukcesie wydawniczym nieszczęsna autorka zmuszona została do morskich podróży i kupna działki gdzieś w lesie, bo podjęcie pieniędzy z honorarium i wydanie na coś innego obłożone było drakońskim podatkiem.
Mamy jeszcze w domu pierwsze wydanie Sztuki Kochania z dedykacją autorki, tak zaczytane, że trzyma się razem za pomocą gumki recepturki. Wydano ją bowiem na byle jakim papierze i sklejono byle jakim klejem. Powinna się rozpaść po trzech czytaniach, a zniosła dużo, dużo więcej. Mimo to moja wychowawczyni w liceum , gdy przyszła jej kolej na lekturę, pouczyła mnie, że to wstyd tak nie dbać o książkę.
Seksy seksami, ale pani Wisłocka do dziś jest dla mnie wzorem lekarza. Bo naprawdę była ginekologiem ze stażami u największych polskich sław w tej dziedzinie, ale prawdziwy talent miała do patologii.
Tylko tam pacjenci niezbyt rozmowni byli. Żadna komórka ludzkiego ciała nie miała przed nią tajemnic. Wolała pracować z żywymi ludźmi.Wszystkie podejrzane cytologie swoich znajomych pań oglądała sama i sama wyrokowała, czy to co widać, to coś złego, czy lekarz opisujący preparat się nie znał.  A na różne choroby miała nosa jak dr. House. Różne nowotwory wykrywała u swoich krewnych i znajomych, jakby miała na nie radar. Większość jej interwencji była skuteczna. Mamę kiedyś wysłała na Wawelską z powodu niegojącej się kurzajki na ręce. Zmianę wycięto z ogromnym marginesem i nigdy więcej się nie ujawniła, ale nie była to kurzajka, niestety. Kurzajki dobra pani doktor kazała leczyć lizaniem przez psa. Gdybym sama swoich w ten sposób nie usunęła, to bym w to nie uwierzyła. Miała pani Wisłocka wielki czerwony zeszyt z różnymi złożonymi lekami do robienia w aptece. Nigdy nie kosztowały więcej niż 5 złotych i zawsze skutkowały. Czy migrena, czy grzybica, czy zapalenie pęcherza zawsze znalazł się jakiś cudowny i tani sposób w opłatku albo w płynie.
Kiedy miało się urodzić moje dziecko, pani doktor nie była w stanie prowadzić mojej ciąży. Dostała zawału i zamiast opieki lekarskiej dostaliśmy do zaopiekowania sie jej jamnika Dusiołka. Dusiołek spędził u nas prawie pół roku!
Postanowiłam nazwać córkę Michaliną, bo zdaniem Pani Doktor to imię świetnie się nosi. Ma mnóstwo zdrobnień, jest oryginalne i do wymówienia przez wszystkich ludzi na świecie. gdy to sobie planowałam pani doktor mruknęla, że nie ma ani jednego chrześniaka, że Michałów na jej cześć było sporo, ale Michalinki ani jednej. No i poprosiłam ją w kumy. Nie było by to wykonalne, gdyby w mojej parafii proboszczem nie był biskup Miziołek, on nie mógł udawać, że nie wie o przepisie, w myśl którego ewangelik może być rodzicem chrzestnym katolika, a pani doktor była ewangeliczką. Misia potwierdza, że jej imię jest bardzo wygodne w noszeniu.
Misia mówiła do niej zawsze Matko Krzesna.
Tęsknimy za Nią.
Mam po niej tę drewnianą trąbkę, którą podsłuchiwała dzieci.


niedziela, 05 października 2008
Wyszyty jak na razie tylko krzyżykami. O konturkach jeszcze pomyślę. Wianek nie będzie wisiał na ścianie za szybką, nie będzie ozdobną poduchą, tylko przy wigilii na swe plecy ( a może na swój brzuch?) będzie przyjmował kapnięcia barszczu, oleju z ryb i krople herbaty uronione z imbryczkowego dziobka. Wianek będzie zatem prany co jakiś czas i pewnie nie będzie mi się chciało do prania rolować go w batyst i razem z tym batystem fastrygować dla ochrony delikatnego haftu za igłą i nakładanego. Zatem konturki być może wcale nie powstaną. Za to kwadratowa kanwa zostanie przycięta do kształtu okrągłego. jeśli dostanę stosownie szeroką koronkę, ładnie się poddajacą w szerokości na układanie, to ją przyszyję. Jesli koronki nie kupię, to obszydełkuję wienieć własnoręcznie.
Za każdym razem gdy kończę jakąś przewlekłą robótkę zaskakuje mnie na nowo okropny odór, jaki wydaje ona w praniu. I gwałtowna i szokujaca zmiana barw haftu. Niby mam nici w sorterze i widzę co robię, a po upraniu kolory aż lśnią i są tak żywe, że oczy bolą. Niby myję ręce przed każdą hafciarską sesją, przy dużtch pracach poświęcam tempo wykonania staranności i napinam dzielo na ramę, a jednak jakoś to się zawsze tak upaprze, ze wstyd.
No... być może prosty fakt, że robiłam to przez trzy lata - no przez trzy kwartały poprzedzajace sezon świąteczny ma tu coś do rzeczy - ale nigdy przecież nie zostawiam robótki nieprzykrytej ani niezabezpieczonej opakowaniem w przerwach między sesjami. muszę być jakimś strasznym niechlujem i brudasem.
Wianek pokażę, jak już go całkiem skończę. Piszę o nim tylko dlatego, że ostatnie trzy dni spedziłam nad nim z zaciśniętymi zębami robiąc przerwy tylko na tak niezbędne czynności jak spanie, jedzenie i spacer z Kretką :-)

piątek, 03 października 2008
Koresponduję z Ewcią na gg regularnie i codziennie od niemal trzech lat. Poznałyśmy się osobiście gdy przyjechała na wystawę haftu w Blue City, a potem na kilka spotkań robótkowych. Dobrze mi robią rozmowy z Ewcią.
zaprosiła mnie do siebie do Jaworza i wyjechałam z domu na dwudniowe wagary.
paniom w średnim wieku wagary należą się częściej niż uczniom w średniej szkole, a mimo to rzadziej sobie na nie pozwalają.
Rozpustnie pozwoliłam sobie na przejazd pociągiem EC. Miał wprawdzie internet w wagonie i wodę w toalecie, ale mial również 40 minut opóźnienia, bo na magistrali katowickiej wiatr jakieś kuku trakcji zrobił. Dobrze, że istnieją telefony komórkowe.
Jakoś dojechałam do Jaworzna przesiadłszy się w Katowicach w pociąg, który był pociągiem lokalnym ( ładna lokalność - od Gorzowa po Zamość), brudnym, miał wagony dla palących ale przyjechał o czasie.
Najwięcej czasu na gadanie miałyśmy w autobusie z dworca, bo potem porwała mnie w obroty Weronika - prześliczne dziecko o wyglądzie psotnej, rudej wróżki. Weronika ma ogromnie bogate słownictwo, cudowne wyczucie ruchu, gestykulację filmowej gwiazdy i ogromne poczucie humoru. I nie lubi, żeby nią dyrygować. Potem poznałam Nukę, strategicznie zamkniętą w warsztacie w czasie gdy wchodzilam do domu. Nuka pilnuje domu Ewci i traktuje ten obowiązek śmiertelnie powaźnie. Ale skoro już byłam w domu to pozostało nam się tylko czulić. fajnie jest głaskać takiego dużego, przyjaznego rozsądnego psa. Nawet buziaki mi dawała i turlała się ze mna po podłodze.
Ładnie Ewcia mieszka, ma piękny, duży ogród, dużą śląską kuchnię i widok na wille i trawy  wokoło. No i nauczyła mnie robić śląskie kluski. Były dziś na obiad i zostały pożarte w try miga.
Szybko nam czas zleciał, w powrotnej drodze nie miałam zaufania do pociągów i Ewcia z mężem odwieźli mnie do Katowic na pociąg bezpośredni do warszawy. Miałam co taszczyć, bo obdarowano mnie orzechami z Ewcinego drzewa i teraz wszyscy są zajęci łupaniem pysznych orzechów - miód już czeka, żeby się z nimi w słoiku zakolegować.
Ewcia wyposażyła mnie we włóczki na skarpetki, w prześliczną serwetę i gwiazdkę do obszydełkowania a Tomek dostał aniołka do swojej kolekcji - dziękuję Ci Ewciu za takie fajne, październikowe wagary!
A pociąg Eurocity w drodze powrotnej nie wiadomo jak nabawił się 50 minut spóźnienia!
Kretka dziś łazi za mną trop w trop i nie spuszcza mnie z oka, żebym znów gdzieś nie uciekła.