Rozmaite Gackowej przypadki.
sobota, 31 października 2009
Przyjechała do nas Alicja i rozpoczął się sezon jesienno-zimowego świętowania. Na cmentarze pojechaliśmy sami, nie dla Alicji wędrowanie kilometrami po Cmentarzu Północnym do grobu babci Tomka. Ale przyjechała do nas, powspominaliśmy naszych drogich zmarłych i tradycji stało się zadość.
Podczas porannej kawy Kretka gada wyłącznie z Alicją, do nas nie ma interesów. Po swojemu wpycha głowę pod łokieć Alicji i żebrze o bułkę.


A potem zachwycona mlaska i prezentuje piękny zgryz, bo bułka jest pyszna.



Na zajęciach nauczyłam się, ze piórkiem i rapidografem da się wykonać w trzy godziny całkiem spory rysunek. Ku memu zdumieniu takie narzędzie bardzo mi się podoba. Trzeba mieć sporo wprawy, bo żadnej linii nie da się wymazać gumką. Ślimak, który siedział na uchu kosza pod koniec zajęć był już zupełnie gdzie indziej. na rysunku został tam, gzie go umieściłam przy szkicowaniu.



Ten koszyk powstał w ubiegłą sobotę, dziś prowadząca dała nam szatańską martwą naturę z poplątanych patyków.



Coś za pusta prawa strona i trzeba będzie chyba ten karton przyciąć, ale wszystko mi się zmieściło. co nie jest takie proste. Na taki rysunek 3 godziny to trochę mało, zwłaszcza przy tym narzędziu i ogromnym formacie. W rysowaniu to przywykłam do szkicownika wielkości zeszytu szkolnego. A to ma niemal metr wysokości.

19:39, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (6) »
czwartek, 29 października 2009
W szale robienia na drutach posunęłam się o jeden sweter do przodu. Jeszcze latem zamówiłam sobie w pasmanterii dość rozrzutnie pół kilo merynosowego, niesłychanie kolorowego knitcola



prosto z Adriafilu. Wełna w kolorze 46 dotarła do mnie w połowie września i po krótkim zastanowieniu postanowiłam wykonać z niej klasyczny, najklasyczniejszy sweter w serek. Radości barw w niej wystarczy, model powinien być spokojny. W pochodzącej z środkowych lat osiemdziesiątych książce Patricia Roberts Collection znalazłam obok nietoperzy i swetrów wyrabianych w pieski, małpy i papugi idealnie spokojny, zwykły pulower. To drugi po Stillu model, który dziergam sposobem "po angielsku" czyli purlam i knitam, robię takie figury jak k2tog, m1 i s1k1psso. I naturalnie wyrabiam tyle rzędów ile kazali. Skutki są znacznie lepsze niż przypuszczałam. Własna inwencja kazała mi tylko zrobić nikłe przewężenie na talię.



To co trzymam w ręku to resztka pozostała z pól kilograma włoczki. Sądzę, że starczy jej na golf typu oszust zakładany do swetra w serek w lute mrozy. Wynika z tego, ze ten knitcol jest całkiem wydajny. Aby poprawić szansę na wykonanie całego swetra z jednej paczki włóczki - a kupić można pół kilo, albo kilogram albo półtora - ilości pośrednie nie wchodzą w rachubę, zamiast zalecanych drutów 4,5 wzięłam 4 na ściągacz i 5 na resztę. Dzianina jest właściwej gęstości i bardzo mi się podoba!


No to teraz pora brać się za skarpetki. Ponieważ dziś cały dzień spędziliśmy na cmentarzach jutro zajmę się skarpetką nr 1.


PS. Może lepiej, żeby wyrażenie "purlam i knitam" nie weszło na stałe do polskiego słownika wyrażeń dziewiarskich?

czwartek, 22 października 2009
Dostałam kolejne wyróżnienia blogowe:
od Kasi wyróżnienie wygląda tak:
Ops, nie pokażę, coś poknociłam.
A jego instrukcja dostawania i rozsyłania jest tak skomplikowana, że w tym ponurym nastroju nie mogę jej jakoś ogarnąć.
No to jeszcze raz obrazek proszę

Jest bardzo ładny, proszę się częstować.

Inne, a może takie samo wyróżnienie dała mi babastrzelec, ale nie mogę go znaleźć na jej blogu i nie wiem jak wygląda. Mimo to i tak się bardzo cieszę.
Jak widzicie nie wykazuje się sprawnością umysłową szczególnie. Minie mi jak zwykle i znów będę pisać , ale teraz mi nie idzie.
Kocyk, druty, serial ze pseudonaukowy i i tyle. Przed snem  kilka zdań po angielsku z książki kucharskiej. Może mnie oświeci?

Jesień szaleje. Po pięknej pogodzie nie pozostał nawet cień śladu. Mgła, plucha i kalosze - dobrze, ze czerwone i w kratkę. W jakimś lumpeksie dopadłam angielski wynalazek na tę pogodę wprost idealny: kapelusz z płótna olejowanego od Barboura, ma nawet przeciwdeszczową kokardę w kratkę. Jak pada bardzo, to nakładam do tego olbrzymia pelerynę jakiegoś parkingowego w przylaszczkowym błękicie i jako stwór kompletnie nieelegancki paraduję suchą nogą w suchym ubraniu i z suchą głową w potokach deszczu. Humor też mi się zrobił stosowny.
Ponury.
Nie mam pomysłów ani chęci na robótki, no druty jeno postukują, ale też bez przekonania.
Pamięć szwankuje. Zapominam zadzwonić do kochanych ludzi. Oni też zapominają i pewnie dlatego czujemy się jacyś porzuceni. Zapominam kupić na czas musztardę i sól.  W lodówce światło aby zostało i paczka jajek. Ponieważ Pan Mąż studiuje z nieobecną miną Traktat Lizboński i zamienia wszystkie swoje wykłady na prezentacje i w związku z tym obecny jest tylko ciałem przezwyciężyłam niemoc jesienną, zaprzęgłam się do wózka na zakupy i poszłam do nieodległego Leclerca. I postąpiłam na wstępie jak d... wołowa. Postanowiłam wsadzić mój wózek pod ten leclerkowy, żeby mi w zakupach nie przeszkadzał. Było tam takie poręczne blaszane ucho. Wetknęłam w nie uchwyt wózka na zakupy, a ponieważ deńdał się ten wózek niebezpiecznie, to go kopem celnym umocowałam na sztywno. Bogu dzięki, że są ochroniarze. Ochroniarz mnie wysłał z wózkiem do szatni. Wózek na zakupy nawet złożony  nie ma prawa znaleźć się na hali. I zaczęły się balety, żeby mój wózeczek z tego woza supermarketowego wyciągnąć. Skończyło sie na odwracaniu konstrukcji do góry nogami. Kobieta z owej wózkowej szatni już ochronę chciała wzywać na pomoc jako siłę wyciągającą wózek z wózka. Ale sobie poradziłam. Dobrze, że to nie było wyciągane PO ZAKUPACH.
A potem krążyłam po tym zakichanym Leclercu szukając soli, cukru, maki, musztardy, chrzanu, żarówek i innych takich zapakowanych rzeczy, które nabywam tam z ufnością.  Ponieważ Pan Mąż nie tupał obok mnie zniecierpliwiony znalazłam nawet fileciki Anchovies i wędzone szprotki.
Nie cierpię marketów serdecznie. Jutro kochany bazarek będzie grany, tam jakoś lepiej pamiętam, co mam kupić.
Niech już słonko zaświeci, bo ogłupieję do reszty.

piątek, 16 października 2009
Tak jak papier toaletowy samodzielnie wyrasta na uchwycie w toalecie, tak kołdry i poduszki w domu po prostu są. Były od zawsze i są.
Ile lat powinna mieć kołdra albo poduszka nim przyjdzie czas wyrzucenia jej do śmietnika?
Zbrzydzona wyglądem wsyp i zapachem oraz sypką konsystencją wnętrza pytałam o to babcię. Babcia traktowała to jak czepianie się. I napomykała o pralni pierza gdzieś na Powiślu.
Nigdy tam nie trafiłam.
Próbowałam samodzielnie uprać poduszki stosując wskazówki z książki "Cokolwiek bądź chcesz wyczyścić" Lucyny Ćwierczakiewiczowej. Od tych prób odkurzacz mało nie skonał, a w owych czasach nowy materiał na wsypy był nieosiągalny. Tylko poduszka lepiej pachniała.
I tak pod koniec lat osiemdziesiątych wracając z pracy z trzynastką w portfelu wlazłam do sklepu z pościelą i nabyłam dwie nowe pół puchowe poduszki i jaśki. Na kołdrę trzynastki nie starczyło. Z zakupem musiałam się spieszyć nim mąż nr 1 nie zamienił gotówki na kolejne albumy ze zdjęciami Tatr i Himalajów. Spodziewałam się ze strony babci awantury bo: po pierwsze poduszki przecież mam, a po wtóre co mam zamiar zrobić z tymi co mam? Wyrzucić? Ku memu zdziwieniu babcia skapitulowała po pierwszym pytaniu z mojej strony ile mianowicie nasze poduszki maja lat. Pomyślała chwilę, oko jej błysnęło i odpowiedziała, że chyba ze 100. Wkrótce wymieniłam i kołdrę na tandetnie przepikowaną ale puchową ukraińską kołdrę z bazaru.
Tę kołdrę chyba sobie wziął mąż nr 1, a ja zaczęłam spać pod kołdrą z wielbłąda u Tomka. Może i była z wielbłąda. A może nie była. Cienka, zimna i mała. Ponoć niesłychanie zdrowotna. Żeby w ogóle móc zasnąć na kołdrę kładłam koce, narzuty i drżąc z zimna przewracałam się do rana obok gołego jeszcze nie męża. Po miesiącu z IKEA przywiozłam całoroczną kołdrę puchową, 2 x2 metry nadającą się do prania w pralce. Żegnajcie plamy i łaty, myślałam sobie naiwnie. Długo ten wynalazek nie przetrwał bo po kilku praniach cieniutka się kołderka zrobiła niestety bardzo. A mój naturysta domagał się w nocy kontaktu ze skórą a nie z flanelową piżamą.
W międzyczasie u Misi rozwinęły się obawy alergii na roztocza między innymi. Zatem miałam okazję wypróbować wszelkie antyalergiczne ale nie puchowe kołdry z poliestru. Ciepłe były do pierwszego prania. Potem zamieniały się w derki bardzo przewiewne. W tym samym czasie zaczęli nas nękać telefonami sprzedawcy pościeli wełnianej, takiej za krocie chwaląc ją pod niebiosa. Poszłam zatem do małego, specjalistycznego sklepu z kołdrami, odczekałam aż klienci wyjdą i ucięłam sobie gadkę ze sprzedawczynią. Wyszłam z ogromną (2x2.20 m) kołdrą wełnianą, grubą i ciężką. Za 200 zł a nie za 4 tysiące. I pokochałam ją od pierwszego spania. Potem taką samą nieco mniejszą kołdrę sprawiłam dziecku. Pakowanie jej do zamrażarki skutecznie tłukło roztocza, a trzepanie pozbawiało ją alergizujących resztek po tych stworzeniach.  Tylko Tomek trochę narzekał, bo kołdra ciepła, ale nie otulająca i jak dobrze popedałował przez sen, to mu dołem wiało. Na to żeby włożyć skarpetki nie wpadł. Teraz mamy 2 kołdry: letnią puchową i mojego wełniaka kochanego na zimę. Wełniak rzeczywiście skutecznie rozprawia się z bolącymi stawami. A szwedzkie piankowe poduchy dają się prać, nie śmierdzą i utrzymują szyjny kręgosłup w stanie bezbolesnym.
W dobrym utrzymaniu pościeli bardzo pomaga słoneczny taras, na którym można ją regularnie wietrzyć. Kto nie ma tarasu czy balkonu albo sznurka na świeżym powietrzu musi częściej kołdry i poduchy kupować.

A kiedy wyrzucić starą poduszkę? To zdradziła mi dopiero Anthea Turner: jeśli trzymana na ręce wisi po obu stronach jak naleśnik mimo wstrząsania i wietrzenia to pora się z nią pożegnać. To następuje znacznie prędzej niż po stu latach używania.

czwartek, 15 października 2009
W jeden z ostatnich ciepłych dni wybrałyśmy się do lasu. Misia zapakowała do swojego starożytnego Forda moją mamę, mnie i obie nasze suki. Wzięłyśmy mało klamotów, wygodne buty i pod pozorem zbierania grzybów kilka godzin łaziłyśmy po lesie w Pogorzeli.



Psy w mieszkaniu nie do pogodzenia w jednym pomieszczeniu, zachowywały się jak damy. Pilnowały nas czujnie w pełnej zgodzie, nie oddalały się na krok i używały wolności po kokardkę. Planowałyśmy ponowny wypad po jakichś deszczach, bo z grzybów to znalazłyśmy aby dwa podeschnięte podgrzybki i mnóstwo purchawek zwanych przez mamę uroczo byczymi jajami.
No i doczekałyśmy się opadów.
Z grzybów już pewnie w tym roku nici. Chyba ze na gąski się jeszcze wybierzemy. Ale pewnie się nie wybierzemy, bo dziecko zmieniło pracę. Miało już dość wybryków szefa i woli sprzedawać buty w cichym i czystym sklepie na Mokotowskiej, niż użerać się o każdy grosz, wstydzić się przed klientami i usprawiedliwiać nieobecności i niesłowność oraz opóźniające się opłaty niedokonywane przez szefa cierpiącego na pewną nadzwyczaj w Polsce pospolitą chorobę, nie kojarzoną zazwyczaj z wyższym szczeblem kierowniczym, skutkującą znikaniem z konta firmy każdej zarobionej sumy.
Sikorki już w zeszłym tygodniu zaczęły popatrywać, co leży w karmniku. No to im sypnęłam. I bogatki i modraszki już się wokół karmnika kręcą. A przed śnieżycą ostrzegły nas znacznie sprawniej niż Omena Mensa.
Zimno się zrobiło i ciemno. Pod ciężarem śniegu fuksje całe jeszcze w kwiatach połamały się doszczętnie. Zdążyłam posadzić w ogródku worek narcyzów i tulipany. Wiosną powinny się pokazać. Nikt ich tu nie zje, bo nie mamy nornic ani kretów.
Kretka zaczęła się zachowywać jak normalny, stateczny pies. na spacerach bryka, biega i skacze, ale w domu zazwyczaj już poleguje.
W jednym jest podobna do rozpuszczonego trzylatka - zna mianowicie wszystkie sklepy z akcesoriami dla zwierząt i nie da mi koło takiego sklepu przejść. Zawsze jakoś wlezie do środka i nie zadowala jej nabycie jedynie żarcia, wywącha stojak z piszczącymi lateksowymi zabawkami i dotąd przy nim podskakuje, błaga, aż coś ode mnie wycygani. Potem biegnie w podskokach do domu z piszczkiem w zębach i rozśmiesza ludzi po drodze. Podrzuca takiego świniaka albo lateksową kurę, goni go, zabija na niby a potem w domu zasypia trzymając to coś w objęciach. teraz leży obok mnie ściskając fioletowego ducha. Jak się obudzi to mu piszczałkę z tyłka wygryzie. Stateczne zachowanie psinki nie obowiązuje, gdy przychodzą goście. Wiadomo, ze goście są po to, żeby się z psem bawić.W związku z powyższymi okolicznościami oraz stosownym czasem kalendarzowym ogłaszam Wiedźmi Czas za rozpoczęty. Pora szykować wełniane kocyki i skarpetki, wieczorem siedząc w fotelu przerabiać nici i przędze na wyroby dekoracyjne i użytkowe oraz knuć intensywniej niż wiosna i latem babskie czary!


sobota, 10 października 2009
Pierwszy raz rysuję ołówkiem na takim formacie. Ołówek ginie w oczach od ciągłego temperowania.
Dopiero po zrobieniu zdjęć widzę, co muszę poprawić w obu rysunkach niezwłocznie. W mniejszym formacie widzę sama z siebie, ech... 
To są kwiatki z zeszłego tygodnia. Kwiatkom już nie pomogę, ale maska może zyskać jeszcze jednakowe oczy. Facet za oknem zrobił się sam.

 

A to poniżej to draperie z tkaniny. Powinnam takich wykonać kilkadziesiąt, może by coś pomogło.



Coś tu z walorem nie gra , nie zgadza się prawa i lewa strona. No nie mówiąc o ilości i jakości tych fałdek.
Kto się uczy, ten skuczy.

Miałam pewnie ze 14 lat, gdy z mamusią pojechałam na wczasy do Świnoujścia. Z naszej kwatery do plaży trzeba było iść ponad 20 minut i minąć koszary pełne matrosów bratniej floty radzieckiej. Zazwyczaj matrosi byli niewidzialni.
Ale pewnego dnia, gdy sama wracałam z plaży jeden nietrzeźwy matros objawił się w całej nachalnej okazałości. Nie było ciemno, ale jak okiem sięgnąć dookoła poza nim nie było żywej duszy. Matros bardzo chciał dotrzymać mi towarzystwa. A ja nie miałam na to ochoty. I wystraszyłam się nie na żarty.
Nie ufałam także za grosz lekcjom języka rosyjskiego wyniesionym ze szkoły. Czytanki o tym jak się Lenin uczył i szto diełała Katja s babuszkom w niczym by mi tu nie pomogły.
Zaufałam dziadkowi. Zbieg okoliczności chciał, że kilka miesięcy wcześniej mama przywiozła z wczasów narciarskich jakieś urywki niesłychanie sprośnego, po rosyjsku, kazania popa do parafian. Przedwojenni Polacy wiedzieli,. ze takie kazania w anegdotach to był istny stek piętrowych i okropnych przekleństw. Dziadek zabrał się do redagowania fragmentarycznej opowiastki i całą ją dokładnie zrekonstruował. A potem wygłosił wszystkim całość przy stole. Odpytał nas, czy dobrze zapamiętaliśmy kolejność opowieści, wyjaśnił wszystkie obelżywe słowa (a były tam niemal wyłącznie obelżywe), poprawiał nasze udarienija, wyjaśnił mi cerkiewne obyczaje - po co temu popowi był złoty dzwon i złoty krzyż i świece. I nie odpuścił, aż każde z nas recytowało bezbłędnie.
I tym właśnie tekstem, a właściwie jego finalną częścią zaczynającą się od " Aż ty w cara imperatora i jego.... taka to a taka twoja mać" potraktowałam pijanego matrosa. Matros zesztywniał, otrzeźwiał i znikł a zza rogu wyszedł jakiś starszy stopniem ze złotymi pagonami i grzecznie spytał, czy są jakieś problemy. Powiedziałam mu że były, ale znikły. Ten mi zasalutował i poszłam do domu.
Dwadzieścia lat później pewien kelner w Erfurcie po usłyszeniu tego kazania upuścił z radości tacę pełną piw i wina, a rosyjskie nauczycielki na wymianie językowej posikały się ze śmiechu.
Brzydkie słowa trzeba znać, bo są potrzebne!

 

wtorek, 06 października 2009
A wybrałam się na nie, a co.
bardziej jestem haftująca niż drutująca, ale nikt mnie nie wyrzucił, nabyłam od Eli sześć okrągłych drutów do robienia golfów i nagadałam się o robieniu na drutach za wszystkie czasy. A jeszcze nauczyłam się robić oczka prawe i lewe od lewej do prawej. Dziunia mi to bardzo cierpliwie i łopatologicznie tłumaczyła. Idzie mi to kulawo i nierówno, ale jakby sie przydarzyło wyrabianie jakichś bąbelków to się obejdzie bez kręcenia całą robótką w tę i nazad.
A potem trzeba było wrócić do domu po zmroku.
Czyli trzeba było przejść kilkaset metrów po ciemnych uliczkach do metra.
No niby nic takiego, ale jako kobieta podlegam przecież godzinie policyjnej. W dzień nic się nie dzieje nawet jak mam na sobie spódnicę i pantofle na (mikrym) obcasie. Ale po zmroku? Po zmroku odkąd skończyłam 13 lat zaraz zza drzew albo samochodów wylania się facet i sunie za mną chyłkiem. Albo po cichu podąża moim śladem, albo nawołuje już z daleka. Czasem chce mnie podwieźć samochodem.
Ten był z gatunku nawołujących. Nie sądzę, że chciał mi podać coś, co zgubiłam. W każdą dłoń chwyciłam zatem po parze drutów, warknęłam mu, żeby spadał i na ile obcas pozwalał potruchtałam do metra.
Wypadłam chyba przekonywająco, bo znikł w krzakach. A mnie stanęły przed oczami różne typy, które spławiałam w ciemnych ulicach. Kiedyś wracając z dworca nocą wyciągnęłam z plecaka spory nóż kuchenny i obiecałam gnidowatemu natrętowi, że jak podejdzie to mu to i owo utnę. Przed innym zmykałam bardzo prędko aż mnie sąsiad rozbójnik z opresji wybawił.
Jednak  już od bardzo dawna nikt mnie nie zaczepiał. Albo z powodów hm... biologicznych albo z powodu terierki obecnej niemal zawsze u mego boku.

A na spotkanie terierki nie wzięłam. I to był błąd.
Drugi błąd to obcasik, trzeci błąd to płaszczyk, a czwarty to spódnica. Trzeba chodzić wieczorami w adidasach albo w osiołkach, w kurtce do pasa opiętej na wydatnym brzuchu, w dresowych portkach i ze złym psem u boku. Wyglądać na starą, sprawną i chronioną.


sobota, 03 października 2009
Wędrując niedawno z zakupami obok Domu Sztuki na Ursynowie zobaczyłam w oknie plakat, ze są tu zajęcia plastyczne dla dorosłych. Weszłam, zapytałam co i jak, zadzwoniłam do instruktorki i dowiedziałam się, że jeśli zbierze się grupa pięciu chętnych to zajęcia ruszą. Dziś na spotkanie początkowe przyszło nas sześć.
Instruktorka powiedziała dzień dobry, rozdała nam kartony i ołówki, ustawiła martwą naturę i przez trzy godziny nie było mnie dla świata.
Bardzo się cieszę.
Miałam dziś okazję popracować na stojąco przy dużych sztalugach. Wymęczone kwiatki w dużym, niezwykłym dla mnie formacie mają iść na wystawę. Chyba Dom Sztuki nie ma czym ozdabiać swoich korytarzy. Doprawdy widziałam lepsze rysunki. Ale jak chcą, to proszę bardzo.
Poznałam kilka wesołych kobiet i już mam zapewnione zajęcia w sobotnie przedpołudnia!
A jak się rozmaluję tam to pewnie i w domu zacznę pracować w tej dziedzinie. Ktoś mnie musi przymusić  i tyle.

 
1 , 2