Rozmaite Gackowej przypadki.
poniedziałek, 25 października 2010
Pan Mąż pojechał w świat w celach naukowych i jestem 2 dni sama.
Skorzystałam z okazji i wyrzuciłam na środek pokoju moje wełniane zapasy. Tylko ta wełna do dziergania wylądowała na łóżku, na podłodze i wszędzie poza szafą.Wełna do haftowania została, gdzie była, czyli w skrzyni i w komodzie.
Pomyślałam sobie, że zdrowo się będzie skonfrontować z zapasami surowca. Bo na mole się surowiec spryska i pewnie jakiś pomysł do głowy wpadnie wykonawczy.
Poczułam rozpacz i przygnębienie. Zapasy wymykają się spod kontroli. W czapki rękawiczki i skarpety mogłabym ubrać chyba pułk wojska.





Misia obejrzała zbiory ze zdumieniem i przypomniała mi jak dawniej zbierałam jedwabne koszule w celu przerobienia ich na patchwork. W końcu zbiory wylądowały u kogo innego, bo ten jedwab był na patchwork zbyt słaby - albo koncept upadł.
Wełnę opryskałam Kapo na mole, wyczyściłam półki, pogrupowałam ją jako tako według właściwości i zamknęłam szafy.
I przypomniał się jeden sąsiad, który swoje mieszkanie, na 4 metry wysokie, zagracił tak różnymi dobrami, że miał w tych zbiorach do sufitu tylko korytarze przekopane do kibelka, do łóżka i do kuchenki gazowej. Wymiana rur w budynku ujawniła wszystkim mieszkańcom stan jego lokalu. Robotnicy bez końca wynosili od niego na korytarz worki foliowe pełne przemieszanych śmieci,  dokumentów, butelek z wódką starych lamp, szafeczek, skrzyneczek i innych szpargałów. Ewidentnie nasz sąsiad czyścił śmietniki w promieniu kilku kilometrów od wielu lat. Facet nie pozwolił nic wyrzucić i odmówił sprzątnięcia lokalu, w którym z pewnością mieszkało wszystko, co biega, gryzie i śmierdzi.
Zaczynam się bać. Ja także każdego kłębka pozbywam się z bólem serca.
Ile czasu potrzebuję, żeby moje mieszkanie przekształcić w taką stajnię? Czy tylko ja tak mam?

Ps. Na zdjęciach nie ma moherów oraz kilku porządnie popakowanych worków z większą ilością wełny wiadomo na co, czyli już w głowie zagospodarowanej. Nie ma też wełny do haftowania, której jest pewnie tyle samo, co tych motków.


piątek, 22 października 2010
Pan Mąż bywa człowiekiem pogodnym, duszą towarzystwa i jest bardzo elegancki. Kocha swoje ubrania, chętnie je kupuje, dba o nie, sam je pierze i prasuje i nie wypieram się, że skoro taki dbały, taki z niego szop pracz, to podrzucam mu do ogarnięcia i moją garderobę.
On nie protestuje, pierze i suszy wszystko co jest do prania i suszenia, prasuje wszystko, co nie jest jedwabnymi bluzkami i niby jest OK.
Tyle, że ja wciąż nie mam skarpetek.
A on ma ich coraz więcej.
Jeszcze na Starym Mieście podliczyłam raz jego stan posiadania w tej materii i wyszło, że ma 80 par skarpet. Wełniane, we wzór argyle, bawełniane, garniturowe, kolorowe itp.
Z każdej wyprawy do marketu albo outletu taszczy worek skarpet. Jedna zapodziana przeze mnie skarpetka - przed czternastu laty! - zaowocowała straszliwą awanturą oraz tym, że jego skarpetki oczekują na pranie w osobnym worku, żebym znów żadnej nie zagubiła.
Mój Pan Mąż ma stopę rozmiaru 43. Ja noszę 39 a Misia 35.
Przyduszona brakami w moim skarpetkowym pudle też sobie co jakiś czas sprawiam kilka par, ale one jakoś parują i znikają. Zostają mi jedynie różowe i turkusowe stopki oraz skarpetki pończochowe, antygwałtki.
Dziś przyłapałam Pana Męża na gorącym uczynku: moje nowe, szare podkolanówki i ciemne skarpety, już pozwijane w kłębki porwał mi wprost z suszarki do swoich szuflad. Myślał, że to jego.
Nawet się nie wypierał czynu, ale nie umiał mi zwrócić mojej własności. Kazał mi sobie samej zabrać moje skarpetki z jego komody. W oczach nie było skruchy, tylko błysk pazerności.
W komodzie znalazłam dwie przepastne szuflady wypchane skarpetami na twardo. Jest tego ze 200 par jak nie więcej. 
Muszę tam zrobić porządną rewizję, sądzę, że spory procent tych zapasów jest moja.
Sprawa rozmiaru nie robi na Panu Mężu wrażenia. Swobodnie ubiera się w misiowe skarpetki rozmiaru, jak już napomknęłam 35.




Oto Misia w poprawionej tunice i w mitenkach jej własnej produkcji. To jej pierwszy wyrób na drutach.
Mimo obecności w domu wszelkich włóczek, drutów i szydełek, nitek, igieł i centymetrów krawieckich linia demarkacyjna pomiędzy dziergajacymi i niedziergającymi przebiegała w rodzinie w trwale wyznaczony sposób. Mama i Misia brzydziły się tymi zajęciami, a babcia i ja oddawałyśmy się im z pasją.
Jeden z wielbicieli mej córki przyniósł jej kiedyś kłęby czarnej włóczki i zażądał, żeby wykonała mu z tego szalik jako dowód jej miłości do niego. Młoda wykonała może 5 centymetrów szalika i rzuciła to w diabły.  Walczyła wtedy z napięciem mięśniowym i dzianina wyszła jak druciak, jej kłębkami można było zabić, a ręce bolały ją potem 2 dni. 
A tym razem poszło łatwo. Po pierwsze mitenki są mniejsze nią szalik. Po drugie dostała grubą wełnę i druty nr 4.5, po trzecie siedziała obok mnie i pytała jak i co zrobić. Mitenki powstały na 2 posiedzenia i przez ten czas Misia bez obrzydu nauczyła się nabierać oczka, robić oczka lewe i prawe,  dodać oczko bez tworzenia dziur, zamykać oczka, dorobić oczka, uff. 
A z pozostałego kłębka łaciatej, grubej wełny powstaje kołnierz -kominek. Ryżem, na drutach nr 12. Inspiracji do tuniki i komina dostarczył mi letni numer Designers Knitting kupiony na dworcu Warszawa Śródmieście w kiosku z prasą z przeceny.
Jak widać Zazulka urosła, ma piękne puszyste futro i na całe szczęście kosmaty łeb. Właśnie wymienia zęby na stałe i waży aż 2 kilo! Ma niesłychanie długi i puszysty ogon.


wtorek, 19 października 2010
Każdy się czegoś uczy. Egunia osiągnęła niebywałą biegłość w przędzeniu, Ewcia opanowuje swoje młodsze dziecko, Kankanka gotuje barwiące zupy dla wełny a brahdelt maluje lalki i szyje im ubrania.
Zaczynam powolutku po okresie czarnej rozpaczy móc myśleć i pora to wykorzystać. 
Przesiadłam się wiosną z HP na Maca z wielkim tabletem, kupiłam najnowszego, legalnego Photoshopa (zleciłam to wszystko Panu Mężowi, który w czasie maminej choroby czuł się kompletnie niepotrzebny, bezradny i ogłupiały - miał zatem stosowne dla jego kwalifikacji zadanie zamówienia, przyniesienia do domu i skonfigurowania całości w system) i w końcu pora to okiełznać. 
Moje biurko wygląda teraz zabawnie. Ponieważ niektóre płyty, niestety te z lekcjami edycji, umie otworzyć tylko HP, mąż oddał mi do dyspozycji starutkiego laptopa z odpowiednio przestarzałym, darmowym oprogramowaniem. Mam tu zatem dwa komputery z różnych stajni, stertę książek sprowadzonych z daleka, bo do CS5 jeszcze naszych podręczników nie ma i mam teraz najszczerszy zamiar nauczyć się po co w tym programie jest tyle przycisków i opcji.
Co z tego, że podstawową edycję opanowałam, skoro nie umiem nawet otworzyć kilku zdjęć w różnych oknach? I boję się Bridge?
Sterta zdjęć z różnych uroczystości wymagających niezbyt pilnie edycji urosła tak, że pora coś z tym zrobić.
Podróżując autobusem i czekając w różnych kolejkach do lekarza czytam zatem grube, nudne książki i gryzmolę na ich marginesach.
Niech mi się uda.

piątek, 15 października 2010
Takie rzeczy czytam w niemal każdym blogu o robótkach.
Skarżą się na niewłaściwe kolory zdjęć i hafciarki i dziewiarki. 
Oglądając w naturze wyrób wcześniej widziany na blogu niejedna zgłasza zastrzeżenia, że na ekranie monitora kolory były inne. Nie ma w tym nic dziwnego.
Nawet jeśli autorka zdjęcia skorzysta z programu edycji zdjęć i postara się podrasować kolory fotografii, aby jak najwierniej odpowiadały rzeczywistości, to wcale nie znaczy, że inni zobaczą kolory jak trzeba.
Bo czy poza fotografami ktoś kalibruje monitor?
Najprościej użyć dodatku do Photoshopa, Adobe gamma i podążając za zaleceniami okna dialogowego podkręcić jaskrawość na maksa a potem poprzesuwać kilka suwaków, ustalić neutralną szarość i sprawa jest z grubsza załatwiona. Ale żeby odbiorca fotografii zobaczył ją tak samo, i on powinien zrobić to samo ze swoim monitorem. Nie wspominam rzecz jasna o tak drogich i skomplikowanych metodach ustalania kolorów monitora jak kupowanie kalibratora za minimum kilkaset złotych i regularnego kalibrowania monitora co tydzień. A kto chce drukować zdjęcia w kolorach wiernych tym na monitorze powinien skalibrować profesjonalnie i monitor i komputer i drukarkę.
Zatem nie ma sensu zastrzegać, że kolor jest taki czy inny.
I nie należy przesadnie wierzyć fotograficznym ofertom sklepów internetowych. Bo kolor kupionej włóczki, nitki, butów, czy spódnicy z allegro zobaczymy naprawdę, jak już do nas przybędzie.


Powstała bardzo szybko na drutach nr 5 z wełnianego tweedu w kolorze dżinsu.



Tweed pochodzi z lumpeksu i był w jednym, ogromnym firmowym motku o wielkości piłki do rugby, całe 35 deko na raz.
Pojechałam z robotą na lenia od góry, nie wiedząc, jak wydajna jest włóczka. W robocie zastosowałam świeżą wiedzę z kelmscotta: brzegi dekoltu wykończone  2.op 1.ol. od brzegu i wzmocnione potem rzędem oczek ścisłych szydełkiem. Nic się nie zawija i nie rozciąga.
Liczba oczek na dole wyniosła 165, więc bezmyślnie uznałam, ze dzieli się tylko przez pięć, i ściągacz na dole jest 3/2. Dopiero przy przerwie na reklamę, jak CSI złapało zbrodzienia, dotarło do mnie, że 165 dzieli się również przez 3 i miałam inne możliwości.
Zakończyłam to wszystko elastycznie żeby dziecko mogło swobodnie wejść do autobusu, a nie kicać jak spętana koza.

Ha, tunik jest spruta do pasa. Będzie ponownie dłubana bez rozłożystych bioder. Wrrr
Ale znowu się czegoś nauczyłam.


poniedziałek, 11 października 2010
Skarpetki są bardzo w modzie. Moja córka, dość stała w upodobaniach kocha w skarpetkach spać i łazić po mieszkaniu, ale w stroju oficjalnym raczej ich nie eksponuje. A ostatnio wspomina o nich coraz częściej. W kontekście mojego dziergania, naturalnie.
Mnie też coraz bardziej rajcują pokazywane tu i ówdzie przepiękne, ażurowe modele. Obowiązkowo do kolan albo i dłuższe i nawet do szpilek.
No ale jak się robi skarpetkę, to i piętę. A pięta zdziera się błyskawicznie i żal robić wymyślnych skarpetek, żeby za tydzień straszyły dziurami.
Wiem oczywiście, że istnieją specjalne, niezdzieralne włóczki skarpetkowe, ale mam tyle wełny 100%, w kolorach tak apetycznych, że serce boli kupować jakieś mieszanki i upychać w szafie kolejne motki.
No i znalazłam poradę którą dzielę się już natychmiast.
Otóż należy dołączyć do nitki roboczej trwałą, cienką nić. Nie jakąś anilanę czy inne sztuczydło, a dość grubą nitkę poliestrową do szycia na maszynie.
Po pierwsze łatwiej do cienkiej wełny dołączyć nić do szycia maszynowego niż grubszą nić dziewiarską nie tracąc efektu, jaki daje cienka włóczka. Po drugie, nici do szycia są dostępne w pasmanterii w setkach kolorów, po trzecie takiej nitki nie trzeba dużo: wrabia się ją jedynie w pietę, a właściwie w tylną jej część.
No i przędzy do wzmacniania skarpet na piętach od lat nie ma u nas w sprzedaży. Jedynie na allegro można ją czasem trafić u użytkownika andopl, występuje tam jako przędza do ... wyszywania.
Uzbrojona w taką wiedzę mogę się brać za skarpetki.
Trzeba sobie tylko zachować resztkę włóczki po wykonaniu parki skarpet na ewentualne późniejsze cerowanie.
Bo na osnowie z nici maszynowej cerowanki udadzą się lepiej niż na gołych dziurach.
W rzeczy samej, czy ktoś jeszcze umie cerować skarpetki?

Możliwe, że moja niechęć do włoczek skarpetkowych, skądinąd ślicznych, ale dość drogich bierze się z rodzinnych tradycji.
Babcia nigdy nie wyrzucała nawet najmniejszego kłębuszka. Potem nazbierane kłębuszki przerabiała nam na domowe skarpety w nieregularne paski. Może stąd właśnie miłość Misi do takich za dużych, dziwacznych futerałów na stopy.