Rozmaite Gackowej przypadki.
piątek, 28 października 2011
Koszmary są coraz bardziej wyrafinowane. 
Zawsze nad ranem.
Wolę się przekimać w dzień z psem w objęciach, niż budzić przed piątą z takiego snu, że....
Tylko co robić w nocy?
środa, 26 października 2011
Łapy mnie do warkoczowego swetra swędziały okropnie. 
Konkretnie do TEGO swetra. Odkąd go zobaczyłam - przepadłam. Inne mi się nie podobają.
Kupiłam książkę ze wzorem, bo z piratów nie dziergam.
Dumałam nad włóczką. Gdybym wzięła zgodnie z zaleceniem autorki włóczkę aranową, wyprodukowałabym pancerz. Na okrągłej osobie pancerne, wielkie swetry to nic ciekawego.
Tradycyjny irlandzki krój swetra zakłada spore luzy i zamierzam ten element zachować. Luz to powietrze między osobą i dzianiną. Luz to ciepło. Ale luźny sweter może się przecież lekko układać a nie sterczeć jak reklama na żywym nośniku.
No i kolor... Ciemny tweed mi po głowie chodził. Najlepiej alpaka typu mix (kolor składa się z wielokolorowych nitek a nie z monolitu barwnego). Dopadłam na e-dziewiarce co trzeba. Okazała się ta Dropsowa alpaka cieniutka jak włoczka na skarpety. A tu miałam osiągnąć 21 oczek na 10 cm w próbce ryżem podwójnym. Na szczęście w szufladzie leżała jeszcze cienka alpaka lace z Zagrody. I w pokrewnym kolorze. W dwie nitki zrobiła się i właściwa próbka i cudny, bogaty tweed, a dzianina nie jest ani siatką na motyle, ani pancerzem.
Wzór nie jest może zbyt wymagający, ale śmigać na ślepo się go nie da, jak z haftem trzeba i jak z ażurami postępować. Znaczy schemat przed oczami cały czas. Zaczęłam plecy. Wychodzi idealnie i zachwycająco. Do wiosny powinnam zrobić.
poniedziałek, 24 października 2011
Ci co twierdzą, że jest coraz gorzej i świat schodzi na psy, narzekają również na pogodę. Że niby wiosny i jesieni już zupełnie nie ma.
Faktycznie, są jakby krótsze i zdarzyło mi się ostatnimi laty wprost z kożucha wskakiwać w letnie sukienki i japonki. Jednak twierdzę, że pora przejściowa istnieje. To ten czas, kiedy letnie sweterki przestają nam wystarczać a Pan Mąż z niepokojem pyta, czy aby z piwnicy nie trzeba przynieść walizki ze swetrami i zrobić w ciasnej szafie w przedpokoju zmianę warty kurtkom. Letnie płaszcze na zesłanie, a do szafy kurtki i wełniane płaszczyki. Zaczynamy również w porze przejściowej zamykać wewnętrzne, szczelne drzwi, bo przez szpary wokół zewnętrznych, pancernych, stalowych, fortecznych wręcz drzwi ciepło z mieszkania ucieka na klatkę schodową jak para z czajnika. Zaraz potem w mieszkaniu robi się miłe 21 stopni a nie drętwe 17. 
O tej porze roku widzę niepokojące rzeczy w ubiorze bliźnich. W jednym autobusie można zobaczyć panią w pikowanej kufajce i w kozakach a obok młodzieńca w krótkich spodenkach, klapkach na bosych nogach i w t-shircie. Jedno i drugie wygląda na zadowolone.
Wracając do spraw piwniczno - przechowalniczych doznałam w tym roku bardzo nieprzyjemnej niespodzianki. Pora przejściowa łączy się u nas z wymianą kołder. Odkąd mamy sypialnię, w której się tylko śpi, w której kaloryfer jest zakręcony, a okna otwarte, w której bez problemu zimują rośliny wymagające w zimie maksymalnie 15 stopni ciepła, w zimie kołdrę musimy mieć taką po byku fest. Na lato kołdra ląduje w piwnicy. W suchej piwnicy, zaznaczam.
Pan Mąż całe lato prał w piwnicznej pralce co było do prania i męską metodą widział tylko pralkę, kurek z wodą i kabel od prądu. A tego, że z kurka kapie nie dostrzegł. Nakapało tyle, że wielka wełniana kołdra wyprana wiosną i zapakowana w przewiewną starą poszwę zupełnie spleśniała. Spleśniały również szaliki, rękawiczki, futrzane czapki, psie sweterki i inne jesienno-zimowe utensylia. Futra na szczęście były w szafie i nic im się nie stało. Kołdra po ponownym praniu i suszeniu stała się psim legowiskiem. Psy się nie skarżą. Rękawiczki poleciały do śmietnika, kurek kapiący wymieniłam na nowy.
Letnia kołdra niestety przestała nam od kilku dni wystarczać, bo Pan Mąż przez sen z zimna urządza w łóżku piesze wycieczki dla rozgrzewki ściągając ze mnie całe okrycie. W zimnym łóżku nie można ani zasnąć, ani spać.
Udałam się zatem do powszechnie znanego sklepu, gdzie bezpośrednio u producenta, za sumę nie powodującą omdleń zakupiłam drugą puchową kołdrę. Kurier ma mi ją dostarczyć niebawem. Teraz w pasmanterii nabędę białą tasiemkę i z jej pomocą, oraz z pomocą węzełka "na kokardkę" zrobię sobie kołdrę łączoną. I miejmy nadzieję, ciepłą.
Bo ciepła życzę wszystkim w porze przejściowej.

środa, 19 października 2011
Ten zwrot w rodzinie oznacza dobre rady dawane nam przez bliźnich, niechciane, denerwujące i takie, których nikt nie słucha.
To teraz ja podenerwuję czytelników i dam kilka dobrych rad.
Rada pierwsza:
Z rozmaitymi ortopedycznymi bólami iść do rehabilitanta a nie do ortopedy. Jak trzeba będzie iść do lekarza, to rehabilitant nam o tym powie.
To prawda, że za wizytę trzeba zapłacić, ale bardzo wiele dolegliwości da się usunąć szybko, bez leków i powikłań za pomocą masażu lub gimnastyki. Da się, o ile rehabilitant weźmie nas w obroty szybko. Nim nam mięśnie stężeją na kamień i ponadrywają ścięgna. Nim gangliony wylezą z torebek stawowych na stałe i nim pochewki ścięgien przyrosną do tychże na amen. A tak się stanie, gdy będziecie czekać w kolejce na zapis do ortopedy, potem do rehabilitanta a w końcu dostaniecie termin na zabiegi. Tu akurat czas ma znaczenie.
Moim plecom wystarczyły 4 (słownie cztery) półgodzinne masaże i jestem wolna od dolegliwości. W jakiś cudowny sposób rozluźnienie mięśni grzbietu uciszyło też stopę. Wczoraj z psami zrobiłam ze 16 kilometrów po lesie i obyło się bez cierpień.
Druga rada dotyczy pielęgnacji skóry dręczonej trądzikiem. Niestety, z trądzikiem nie rozstałam się nigdy. Najpierw był młodzieńczy, potem dojrzały a niebawem będę miała chyba trądzik starczy.
Nienawidzę zabiegów w gabinetach kosmetycznych. Nie cierpię, jak mi ktoś gmera przy twarzy, leżenie godzinami na kosmetycznym katafalku to dla mnie tortura, a wprowadzona tam ostatnio moda na szlafroki i pozbawianie na dzień dobry ofiary jej własnego odzienia to zupełna rozpacz. No i z cenami zabiegów w gabinetach pogodzić się nie mogę. Za teoretyczną przyjemność, która jest torturą, za wykonanie rzeczy, które mogę zrobić sama za mały ułamek ceny mam jeszcze płacić? Wolę za tę pieniądze kupić sobie naprawdę drogie perfumy.
A z trądzikiem i przebarwieniami poradziłam sobie tak: krem Skinoren z apteki (50 zł tubka) stosowany oszczędnie rozprawia się z problemem. Peelingi z kwasów owocowych (dostępne na Allegro) likwidują przebarwienia, szary kolor skóry i nadmierne rogowacenie.
Niestety, te preparaty nie są dostępne w drogeriach ani w aptekach. Stężenie kwasów musi być wyraźne. Przed zastosowaniem należy ze zrozumieniem przestudiować sposób użycia i przypomnieć sobie kurs chemii ze szkoły średniej, żeby sobie biedy nie napytać. Zwykle 1 ampułka kwasów starcza na kilka razy, powinna być zatem zamykana. Jeśli nie jest, przechowuję zawartość w małej strzykawce. Jeden zabieg z kwasów u kosmetyczki kosztuje minimum 200 zł. Powinno się ich wykonać całą serię. Jeżeli wydałam na ten cel więcej niż 100 zł na cały rok to niech mnie kaczki zdepczą.
Latem na twarz nakładać krem z filtrem 50+ i używać kapelusza.
Nie eksperymentuję z kremami do twarzy, bo skutki są zwykle opłakane. Mnie pasuje jako wersja wypasiona i luksusowa krem Nuxe Aroma-Vaillance, a jako wersja tania krem Ziai anno d'oro za całe 11 zł. Oba są jednakowo dobre. 
Eksperymenty w tej dziedzinie kończą się fatalnie więc nie eksperymentuję i zawsze przy droższych kosmetykach proszę o próbki. Nie kupię nic droższego niż ta Ziaja bez uprzedniego wypróbowania przez przynajmniej 2 tygodnie produktu za pomocą bezpłatnych próbek.
Stosując się do powyższych rad mogłam w ostatnich latach niemal zredukować do zera używanie kryjących podkładów, bez których dawniej nie ruszałam się z domu.
Pozdrawiam
Ciocia Ficia


piątek, 14 października 2011
Ostatnie tygodnie były dla mnie nieszczególne. Wczesna jesień zawsze jest pełna pułapek i przeciwności.
Mgła zaczyna się jednak przecierać, możliwe że za sprawą miłej, młodej masażystki, która robi co drugi dzień jakieś cuda z moimi plecami.
Ból mniej dokucza to i umysł nieco odżył. Na szczęście akurat w porę, żeby zrobić te wszystkie codzienne, niemiłe, upierdliwe rzeczy, których ostatnio unikałam. Ot, odpływ w lodówce się zatkał i ruszywszy dziś do boju z entropią odkryłam to na kilka minut przed potopem. Z szafek, w które ostatnio wrzucałam przedmioty na pysk i upychałam kopytem, zaczynało już na łeb lecieć. Prognoza pogody mówi, że rośliny tropikalne na tarasie dłużej stać nie mogę. No i dałam sobie dziś w palnik: lodówki, szlafroki, szafki, tarasy, doniczki, i... ostatnie rzędy mankietu w kolorowej tunice.
Nie mam na tym zdjęciu ani makijażu, ani stosownych legginsów, ani obligatoryjnych obcasów ani ludzkiej fryzury. Natomiast mam moją wymarzoną, wściekle kolorową tunikę (a może to już sukienka?) ze skarpetkowej wełny przywiezionej w zeszłym roku z Berlina. Pani sprzedawczyni trochę się zdziwiła, po co mi aż 600 gramów tej cienizny. A po to:



Beze mnie w środku wygląda chyba korzystniej, ale nie dam jej leżeć bezczynnie. Nie gryzie, sięga za tyłek i wobec braków w szafie po wydaniu bliźnim przechodzonych egzemplarzy aż piszczę do tej tuniki.


To prawda, że na drutach nr 3 robi się powolutku, choćby ręce poruszały się bardzo szybko. Ale też dzianina wygląda jak powinna. Nie jest to rzadka rybacka sieć, a całkiem zwięzły i nieprzezroczysty kawał ciepłego odzienia. Jutro premiera!



Na tunikę zużyłam nieco ponad 40 deko włóczki. Zostało jeszcze co nieco, ale się zużyje, nie ma wątpliwości.
sobota, 08 października 2011
Jesień dla Kretki jest wyjątkową porą roku. Trwa sezon polowań i ona o tym wie. Ryje w każdym napotkanym trawniku dziury i biegała by bez przerwy.
Będzie chyba sroga zima, bo Kretusia bardzo nagle zmieniła suknię na nową. Zrobiła się jakaś taka szorstka i bez połysku, futerko jej sterczało na wszystkie strony, jakby było przesuszone, albo po trwałej.
I któregoś dnia futro zaczęło się z niej sypać. Tak gwałtownego linienia jeszcze nie widziałam. Za pomocą furminatora wyczesałam z niej prawie całe futro! Przy skórze został jakby welur z nowo rosnącej sierści. Wyskubałam ręcznie kłaczki, których furminator nie wyrwał i moim oczom ukazał się pies szczuplejszy, lśniący, gładziutki i w nowej szacie. 
Muszka nie linieje, za to pokazała mi swój następny talent. Otóż dla krótkonogiej, grubiutkiej Muszki nie ma płotu nie do przebycia. Wystarczy kilkucentymetrowa przerwa miedzy sztachetami a ziemią, by Muszka rozpłaszczyła się na ziemi jak kartka papieru i błyskawicznie przepełzła na drugą stronę. Widząc taki manewr Kretka głupieje, bo ona tak nie umie.
Jeżeli sztachety płotu sięgają ziemi, to wystarcza troszkę większa między nimi przerwa, by Muszka spłaszczyła się pionowo i by wlazła na ogrodzony teren jak piesek w kreskówce. Jak zachodzi taka potrzeba, to Muszka robi się dwuwymiarowa.
Muszka siedzi przy mnie wieczorami na kanapie. Właściwie to leży i chrapie. Kretka długo obserwowała ten rytuał aż w końcu nienawykły do takich pieszczot terier poprosił, by też ją przytulić na tej kanapie. Dużo czasu zabiera jej takie wyluzowanie się, by smyranie po brzuszku było dla niej przyjemne, ale w końcu się udaje. Mam wieczorami obok siebie oba futrzaki. A w nocy....



W nocy na moje kanapie obie psinki śpią w przykładnej zgodzie. To zdjęcie jest dowodem na to, że psa znienacka podejść się nie da. Niby śpi głęboko, ale zdjęcie z fleszem ujawni prawdę.
Wydaje mi się, że Kretce zaczynają mętnieć oczy. Mięśnie ma też już nie takie twarde jak dawniej.
A dopiero co była malutkim szczeniakiem, który przywieziony przez hodowcę płakał na naszym łóżku za mamą.
21:02, weisefrau , pies
Link Komentarze (10) »
sobota, 01 października 2011
Niespodziewany bo z lumpeksu, dokąd raz na dwa tygodnie pilnie chodzę wypatrując ciekawych fantów.
Tym razem trafiły się zestawy do haftu gobelinowego razem z wełną od Appletona, instrukcjami i niedostępną u nas kanwą mono bardzo przyzwoitą. Za trzy zestawy i wór dodatkowej wełny dałam 50 zł, ułamek tego, co bym za gotowy zestaw sprowadzony z UK zapłaciła.
A najważniejsze, że motyw jednego z nich, kompletnego niemal, to Złodziej Truskawek projektu Morrisa. Zaczajałam się na niego tu i tam, ale cena zawsze była nieziemska, tym razem wyceniono go na 15 zł. Może byłby droższy, ale uświadomiłam paniom sprzedawczyniom, że poza mną nikt na to nawet nie spojrzy. Ha ha ha.
Zestaw jest wykonany z brytyjską iście hipokryzją. Niby jest kompletny, ale instrukcja, bardzo rozumnie zaleca wykonanie go ściegiem koszykowym, nie deformującym kanwy ale włóczkożernym. Natomiast nici wystarczy na wykonanie go zwykłym półkrzyżykowym. Czeka mnie zatem napinanie z użyciem dużej siły i kilku par rąk.
Naturalnie w zestawie podany jest adres, skąd można sobie brakującą wełnę dokupić. Tylko tam nie ma adresu mailowego, czyli zestaw przeleżał nieruszony w czyimś archiwum ze 20 lat!



Oto zestaw jakim go z lumpka przyniosłam napięty już na ramce.
Te dwa ciemno zielone motki były pełne, widać na kanwie ile dało się zrobić zielonych gałązek ściegiem koszykowym. Nie da rady, dalej lecimy półkrzyżykowym.
Ale i tak strasznie się cieszę z tego łupu.
Trochę potrwa nim go zrobię, bo od kataru ledwie na oczy patrzę i ani haftować, ani czytać nie bardzo się da. Po trzech miesiącach stresu organizm błaga o litość, zmiłowanie i tkliwe zajęcie się nim, na razie odporność padła. Alicja kichnęła dwa razy i pojechała do domu, a mnie został katar po pas, kaszel z gatunku tych wyrywających płuca na zewnątrz i samopoczucie grochu przy drodze.
Minie.
A w związku z nastałą wreszcie jesienią wiedźmi czas pełen wełenek, igiełek, drutów i szmatek ogłaszam za rozpoczęty!