Rozmaite Gackowej przypadki.
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Umiem uszyć spodnie. Na człowieka.
Jak mam wykrój ze starej Burdy to jest to dziecinnie proste.
Ale jak wykroju nie ma, to rzecz nie przedstawia się tak różowo.
Uparłam się jednakże na uszycie Gizeli nr 3 dżinsów i dopięłam swego. 
Najpierw cięłam papierki i szmatki oraz zrobiłam absolutnie badziewny prototyp, który nauczył mnie, że w tej skali każdy szew ma być bardzo porządnie zakończony z obu stron. Bo króciutki szew (szewek?) sam z siebie w gotowym wyrobie potrafi zniknąć bez śladu. Prototyp nauczył mnie również, że jak zwykle w skali 1/6 kolejność czynności jest zupełnie inna niż w klasycznym krawiectwie. Oraz tego, że nogi niemal każdej lalki są innej długości. Nogawki o szerokości 1,5 cm nie da się zwyczajnie skrócić.
Po długiej wojnie z papierkami, szmatkami i centymetrem (centymetr jest za mało dokładny - w tej skali milimetry przesądzają o powodzeniu przedsięwzięcia) Gizela nr 3 w końcu jest prawie zadowolona. Zrzędziła, że kieszenie są tylko markowane i że dziś spodnie nie sięgają do pasa, ale przed lustrem specjalnie nie narzekała.





Na szczęście miałam ciucha od niejakiej Dagamo, mistrzyni tak małych form i obejrzałam go sobie dokładnie. Gdyby nie ten wzór, to figa by wyszła a nie spodnie.
Teraz mam wykrój podstawowy i mogę sobie go modyfikować.
W porciętach Gizela nr 3 może i usiąść i podnieść nogę!

Palec, w którym wycięłam sobie zaszewkę zagoił się genialnie. Ale też zastosowałam nietypowy opatrunek. Na ranie (bardzo głębokiej, tytanowe nożyczki cięły doskonale) położyłam po prostu własną wyciętą w wypadku skórę. Pasowała doskonale, po 2 dniach zdjęłam wszystkie bandaże i plastry. Skóra była wodoodporna, elastyczna i nie odłaziła. Jak przyszła pora to się zresorbowała, a po wszystkim dziecina zaleciła masaż odrywający zagojoną ranę od torebki stawowej. Bolało przez chwilę, a teraz tylko mała blizna świadczy o ranie zdobytej w szale szycia dla lalek.
19:34, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (13) »
niedziela, 24 czerwca 2012
Na kontrolnym oblocie w lumpeksie trafiła mi się włóczka od Sirdara z efektem fair isle. Podła w gatunku (akryl z bawełną i ciutkiem wełny), ale za psi grosz. Na dość grubych drutach powstały kolejne skarpety do łażenia po domu. Doskonale sprawdzają się z klapkami typu crocs. 



Mimo że na metce na obu motkach był ten sam symbol barwienia, to jednak kolory skarpetek się różnią. Fałszywym, szarym crocsom to wszystko jedno.
Wszystkie skarpetki, które wykonałam mają charakterystyczny styl mojej babci. Nawet jak są z porządnego surowca, ten workowaty kształt z niczym się nie da pomylić! Czym skorupka... itd.
Ale do noszenia w dziennych butach wolę zdecydowanie gładkie, cienkie skarpetki bawełniane. Co innego łażenie w domowych pieleszach, gdzie przeciągi hulają, stopy marzną i trzeba się ratować.
Kolejny sposób na rzędy skrócone opanowany. Prosty jak pasek na brzuchu: Jedziemy z robotą do oczka, gdzie się zawraca. Odwracamy robotę, nitka do przodu i mocno ją ściągamy. Powstaje tzw. podwójne oczko. To oczko przekładamy na prawy drut i mocno trzymając nitkę robimy rząd powrotny. Takie oczko traktujemy jak jedno i przerabiamy obie nitki razem. Rezultat widać na tych skarpetkach.

Zaniedbałam nieco Kretkę. 
Ostatnio pilnowałam tylko, żeby choć trochę schudła. Niestety, znów schudła Muszka (wygląda z tym wyśmienicie) a Kretka dalej przypomina wałeczek bez talii. Ma co najmniej 2 kilo do zrzucenia, ale walczy o każdy kęs zaciekle i wyjada z miski Muszki wszystkie resztki. Zmywa po obiedzie i jest jaka jest. 
Nie dostrzegłam natomiast, że psu oczy się jakieś małe zrobiły, a zmętnienie rogówki wzięłam za początki zaćmy. Sztywność ruchów też kładłam na karb zwyrodnień w kręgosłupie. Na dodatek ulubiona pani wet otwierała nowy gabinet. Nim do niej dotarłam pies był już bardzo umęczony. 
Na obu rogówkach ma bakteryjne owrzodzenia, zapalenie spojówek i teraz przed nami 5 tygodni wpuszczania kropli do oczu. Suka widząc, że biorę buteleczkę siada grzecznie i podstawia kolejno oczy do zakroplenia. Już się te oczy większe zrobiły. Kolejna dawka Trocoxilu w 12 godzin uruchomiła zwierzaka i znów są susy, biegi i można kręcić ogonem.
Obie panie cieszą się ogródkiem, cienistym tarasem i trawką w ogródku.



Przed Alicją badanie kontrolne. Panikuje bardzo i jest szara ze strachu. Tak kombinowała z zapisami na tomografię i do lekarza, że z czerwca się sierpień zrobi niechybnie. Nie zawieziemy jej w początku sierpnia do Wieliszewa, bo musimy chwilę wypocząć. Znajdzie sobie transport jak ją znam.
Alicja twierdzi, że Muszka jest pieskiem na stres. Przytuli się do zdenerwowanego człowieka, połasi, podsunie swoje mięciutkie futerko do głaskania i stres ucieka do mysiej dziury.

Moje cielsko odnosi wiele korzyści z misiowej nauki. Skończyła dopiero pierwszy semestr szkoły masażu, ale ręce ma złote. 
Głowa mi się przestała obracać w prawo. Dziecię przyszło, popastwiło się nade mną, umazało mi fryzurę oliwką do masażu, ale nim słońce zaszło głowa kręciła się swobodnie. Młoda rzuciła tylko mimochodem: o, naderwałaś sobie dźwigacz łopatki. Nie rzucaj piłki psom przez tydzień.
Mam diagnozę i leczenie w jednym! bez kolejki do ortopedy, bez Ketonalu!

Pamiętacie śliczną Poppy, którą fotografowałam w listopadzie w białym futerku? Powiedziała, że jest lato i futro idzie do szafy. Kazała dać sobie letniego ciucha i też się w ogródku wałkoni.



Żeby jej nie było smutno przybyła właśnie do domu kolejna Poppy, tym razem stylizowana na Sabrinę. Integrity Toys nie ma praw do wizerunku Audrey Hepburn. Poprzednia seria lalek ze strojami ze Śniadania U Tiffanyego miała lalkę ani trochę nie przypominającą aktorki.
Tym razem kiecki Sabriny prezentuje właśnie Poppy. Krótkie włosy, trochę inny makijaż i mam w końcu lalkę w ulubionym typie. Kupiłam bez kiecek, bo kiecki tak samo kosztowne jak lalka i poza tym umiem ją ubrać sama.



Dobra, dosyć tego, idę pędzić kwas chlebowy.
poniedziałek, 18 czerwca 2012
ale niestety nie mam nic do zakomunikowania, poza tym, że żyję, jestem, ale myślę tak intensywnie, że na nic więcej energii mi nie wystarcza. Treść przemyśleń na bloga się jeszcze nie nadaje.
Muszę się z różnymi potworami i demonami uporać, one nie chcą sobie pójść i ogólnie jest dość do doopy.
Bardzo dobrze, że mam psy.

środa, 06 czerwca 2012
W jakimś lumpeksie dorwałam tzw. trupka. Za trzy trzydzieści, bo na wagę.
Trupek to lalka uprzednio używana przez dzieci. Trupki zwykle mają kołtun na głowie, pogryzione ręce i nogi i są pomazane długopisem. Ten trupek był w stanie nienagannym, włos nieco zmierzwiony poddał się reanimacji w dwie minuty. Lalka pochodzi z bardzo szanowanej niemieckiej firmy Goetz i ma charakterystyczną, trochę płaską buzię. Firma Goetz nie sprzedaje swoich wyrobów za trzy trzydzieści. Mają zupełnie inne ceny.
Tyle że panienka była goła.



Zabierałam się do niej jak pies do jeża, ale się w końcu zabrałam.
Ma majtasy, topek z napisem na przedzie, marszczoną spódnicę, skarpetki, buty i sweterek.







Okazało się, że z dzianinki szyje się dla lalusiów całkiem przyjemnie, a wskazówki z lalczynego forum są na wagę złota.
Dokonałam swoistego odkrycia jak zrobić wykrój z dzianiny. Okręcamy lalkę dzianiną - z wyczuciem, nie za mocno, i ołówkiem rysujemy na dzianinie linie tam, gdzie powinny być szwy. potem trzeba skroić, zeszyć i leży jak ulał.
Wskazówka dla matek nie mogących patrzeć na kudły lalki: kłaki dokładnie zmoczyć, natrzeć obficie odżywką do włosów i czesać. Jak są już rozczesane, to polewać wrzątkiem i czesać dalej aż odzyskają gładkość. Na koniec polać zimną wodą.

Spyta ktoś czy nie mam nic innego do roboty. No cóż, muszę się grzecznie bawić, bo Pan Mąż od stycznia pisze rozprawę habilitacyjną. Jest obecny jedynie ciałem a i to nie zawsze. Duchem jest nieobecny zupełnie. Czyta mądre książki, zapisuje grube zeszyty i ma nieobecny wzrok.




14:50, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 04 czerwca 2012
Wieści z psiego frontu są znakomite.
Wszyscy w okolicy znają mnie bo różnię się od innych nieustającą obecnością dwóch grzecznych, futrzanych satelitów. Chodzą bez smyczy, pilnują się i są niesłychane grzeczne.



Kretka, szlachetnie urodzona, ma figurę, pokrój, grację w ruchach i małe bystre oczy.
Muszka ma tylko wdzięk, wybałuszone oczy i żadna część jej ciała nie pasuje do reszty. Natomiast gdy bliżej przyjrzeć się jej ślepkom, to zawsze widać w nich mnie.



Muszka waży około ośmiu kilo. Misia mówi, że to osiem kilo czystej, nieskażonej, rafinowanej miłości. Każdy ma taką miłość, na jaką zasłużył.


13:11, weisefrau , pies
Link Komentarze (6) »
sobota, 02 czerwca 2012
Sweter gotowy. 
Żadne z niego dziwo, zwyklak taki, do zwykłego noszenia. Milutki, mięciutki, długi za d..., żeby d... nie marzła.
Bez kołnierza, bo i tak szyi prawie nie mam.
Zamiast zaszewek zrobiłam na plecach partię ze ściągacza. Ponoć ta włóczka lubi się rozwlec. W ten sposób, jakby się nie rozwlekła jakieś pozory talii będą zawsze.


Włóczki jeszcze zostało około 8 deko. Mógłby sweter być dłuższy, ale przy mojej figurze, coraz okrąglejszej, żal mi zasłonić nawet centymetra nóg. Zatem z resztki powstanie coś innego, mitenki może? Bo rozwlekającej się czapki nie chcę zdecydowanie.



Na listwie jest 12 dziurek na guziki, jak je kupię, to przyszyję. Nie mam parcia na szczelne zapięcie w czerwcu.



W każdej sesji z moim dzieckiem MUSIMY zrobić głupie zdjęcie. Tu dworowałyśmy sobie z wymyślnych póz, jakie potrafią przybierać na zdjęciach modelki. Psy przyglądają się zdumione, ludzie to mają pomysły...
A poza tym kręcę się i obijam o różne sprzeczności. Stłuczony tyłek powoli przestaje boleć, ale homeostaza organizmu została poważnie zakłócona. Niemożliwość stania, chodzenia i noszenia zakupów oraz co się samo rozumie, gotowania, spowodowała trzytygodniowe żywienie się na wynos. Ten "na wynos" donosił ofiarnie Pan Mąż.
Nawynos podarował mi kolejne niechciane kilogramy. Zrzucanie ich oraz Ketonal podarowało mi fatalne zupełnie samopoczucie i strajk tego, co kobieta ma w środku. Cała struchlała myślałam o kolejnej kuracji, która znów dała by mi dodatkowe dzieścia kilo.
Dalej nie mogę usiąść na rowerze ani robić brzuszków, nie da się i jeszcze długo tak będzie. A bez porządnej porcji ruchu nie schudnę. Depresyjni nie mogą się odchudzać restrykcyjnymi dietami ani głodować. Druga dolegliwość uaktywnia się natychmiast. Mąż mówi, że woli mnie grubą i wesołą. Diabetolog mówi coś zgoła przeciwnego.
Niestety, jak nie kijem ją, to pałką.
czwartek, 24 maja 2012


W sobotę przywiozłam z byłej maminej działki pąki irysów. Mało ich bardzo w tym roku. Obecną właścicielkę kwiaty raczej nie obchodzą, woli hodować szpinak, sałatę i ogórki. Pozwoliła mi wziąć kwiatów ile chcę. 
Inne irysy będę malować już z cudzych ogródków i ze starych zdjęć. A wolę żywe.
Jeszcze kilka dni i będą peonie. Ale to dużo większe wyzwanie niż dość proste w budowie irysy.


Poczytałam, co ostatnio tu napisałam i widzę, że zaczynam wyłącznie narzekać.
Ponieważ damie narzekanie nie przystoi, a mam ochotę narzekać jeszcze bardziej, chwilowo zawieszam pisanie. Nikt narzekań nie ciekaw i nie ma co ludzi dręczyć.
Może się zestarzałam i przynudzam.
Może.
14:12, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (15) »
piątek, 18 maja 2012
Passe partout, czyli po ludzku mówiąc paspartu potrafi wiele, potrafi pomóc nawet najmarniejszemu gryzmołowi. I pomogło.



Nareszcie w mojej okolicy pojawił się sklep z przyborami do takiej twórczości, ryknęłam i zawyłam z radości znalazłszy wielkie pudło tektur przyciętych już do standardowych rozmiarów.
Niestety, pastelowych obrazków nie da się bez nich nawet przechowywać. Sucha kredka się osypuje nawet po użyciu fiksatywy. A fiksatywy trzeba używać z umiarem, bo pożera kolor.
No i teraz mam sklep z papierami, fiksatywami i innymi cudami na podorędziu, nie trzeba po to do śródmieścia jechać. I dobrze, bo takie tektury się piekielnie niewygodnie transportuje.
Jutro jadę z Canonem pod pachą na działki na kwiatkowe łowy, coś się potem narysuje! A jeżeli przywiozę żywe irysy, to się narysuje i namaluje na bank. Za irysami przepadam, ale nie mam ani jednego obrazka, poszły do ludzi.
Szkoda tylko, że tan sklep z pomocami do malowania powstał na miejscu jedynej w okolicy księgarni a nie w miejscu jakiegoś banku albo sklepu z materacami. 
No ale książki to już się teraz tylko w Merlinie kupuje, a akurat punkt odbioru Merlina jest na miejscu.

22:27, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 maja 2012
Ach, mieć znów siedem lat, siedzieć w kącie z górą gałganków i szyć lalkom!
Wziąć od babci krawieckie nożyczki (ale pamiętaj, odłóż na miejsce!) i niczym się nie przejmując ciąć gałgany, owijać lalki strzępkami i mieć z tego kupę frajdy.

W końcu jest miejsce, są gałganki, są lalki i są nożyczki. Krawieckie, ostre piekielnie z tytanowym wykończeniem ostrzy, tną bez wysiłku aż do samych czubków.

Tnę te gałganki, znów mam prawie te siedem lat i nagle ciach......
i wycięłam sobie na wskazującym palcu lewej ręki cudną, głęboką zaszewkę. Na samym stawie.
Za pomocą zębów i jednej ręki zatamowałam krwawienie i zrobiłam opatrunek. I znów mam tyle lat, co mam.
Przerwa w szyciu do wygojenia.

Szycie jest piekielnie niebezpieczne.

A na stroje czeka stado zniecierpliwionych dam.


13:23, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (7) »
wtorek, 15 maja 2012
Za trzy tygodnie zaczyna się Euro 2012. W dni meczowe będzie w stolicy nieprawdopodobny bałagan. W centrum miasta wydzielono tzw strefę kibica, gdzie każdy kibic na telebimie sobie będzie mógł oglądać mecz i raczyć się do woli piwem Carlsberg, aż mu się to piwo nosem wyleje.
Teoretycznie w strefie kibica powinni być tylko kibice, policja i piwne ogródki.
W praktyce są tam jeszcze inne rzeczy: tuż obok są budynki z mieszkańcami, sklepy i na przykład szkoły podstawowe z całkiem małymi dziećmi.
Niektóre z tych szkół będą w dni meczowe zamknięte, i słusznie. Bo niby jak doprowadzić dzieci w miejsce, gdzie z pewnością kibice będą co najmniej nawaleni jak bombowce.
Niestety, jedna ze szkół w strefie zerowej, znajdująca się w rozległym parku tuż obok Pałacu Kultury będzie otwarta i czynna i obciążona obowiązkiem przyjęcia dzieci z sąsiednich, zamkniętych szkół.
Wymyślono to tak: rodzice dzieci z sąsiednich szkół w dni meczowe przyprowadzą dzieciaki do tej właśnie szkoły. Nauczycielki dziś jeszcze nie wiedzą i się pewnie nie dowiedzą jakie dzieci do nich trafią, kto je przyprowadzi i komu je po lekcjach oddać. I czy odbierający dzieci zostaną wpuszczeni do strefy zero.
Czy czytające to nauczycielki mogą sobie to wyobrazić? 
8. czerwca dyżurna nauczycielka będzie siedziała w szkole do ostatniego obcego bądź swojego dziecka wydanego niewiadomo komu.
W pozostałe dni meczowe po godzinie 13 dzieci nieodebrane w ilości niewiadomojakiej ustawi się parami i pieszo, przez strefę zero, pomiędzy piwnymi ogródkami i wśród kibiców rozmaitej maści i konnej policji poprowadzi się do następnej dyżurnej szkoły.
Rodzice z Warszawy, nie pozwólcie w dni meczowe iść dzieciom do szkoły, bo nie wiadomo gdzie i czy je potem odnajdziecie. Oszczędźcie zawałów sobie i nauczycielkom.
Z kolei dla starszej młodzieży ministerstwo zaleciło zamknięcie szkól, żeby się młodzież po ulicach nie szwendała.
Jak ministerstwo myśli, co będzie robić młodzież płci męskiej z samochodówki gdy nie będzie lekcji? Będzie mleko w domu piła?
Pan Mąż, piewca gorący teorii koordynacji podczas masowych uroczystości oraz zdarzeń typu "masowa katastrofa" o mało z wrażenia nie zemdlał usłyszawszy te wieści wprost ze szkoły.
W stupor prawdziwy wprawiła go wieść,że zasady postępowania na wypadek katastrofy nauczycielki mają sobie opracować same. W końcu MEN, ABW, CBA, AON, BBN i inne instytucje mają poważniejsze rzeczy na głowie niż bezpieczeństwo dzieci, którym jak wiadomo mają się zajmować panie nauczycielki i ewentualnie zaangażowane woźne i szkolne pielęgniarki. Dyrektorzy szkół karnie położyli uszka po sobie i powiedzieli: Ta jest!

W innym kraju, z terroryzmem mającym już do czynienia, i biorącym poważnie możliwość wystąpienia w szkole bodaj pospolitego pożaru na koordynatora takich działań wyznaczono starego wygę, co 10 lat ścigał po świecie Bin Ladena. I tenże koleś, co niejedną katasrofę i pożar widział, ze stadem nauczycieli i psychologów opracował sprytne i skuteczne sposoby na wyprowadzenie dajmy na to dzieci ze szkoły w trzy minuty.
A u nas ma to zrobić pani od nauczania początkowego.

A w ogóle po co nam te dzieci, Herod to był wielki król i jak co to zrobimy sobie nowe.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45