Rozmaite Gackowej przypadki.
czwartek, 10 maja 2012
Dzieje się dużo.
Odkurzyłam pastele, aby uwiecznić bez w rozkwicie i wyszła taka kaszana, że aż wstyd.
Szal estoński rośnie w oczach i niech rośnie, ma być duży. Skoro mam 2 000 metrów jedwabiu z merynosem, niech będzie wielki i piękny.
Kamarza pomalowała mi pięknie dwie moje lalki i jeszcze jedną własną cud urody mi sprzedała. Gapię się na nie i już prawie wiem, w co je ubiorę. To poważny projekt.





Wysiadł chyba telefon stacjonarny, bo donikąd się dodzwonić nie da, ale nie przesadnie mi to przeszkadza.
Stłuczony tyłek boli nadal, ale da się żyć bez Ketonalu, niestety leżąc na brzuchu. Chodzenie i siedzenie są bardzo bolesne, toteż zmykam do łóżka.
Alicja wyciągnęła mnie dziś do miasta i umordowałam się potwornie. Jak ja mogłam z pełnym zadowoleniem żyć w śródmieściu? 
Niestety, spod ciepłych okryć wychynęli rodacy. A z nimi pięty nieskrobane pumeksem od jesieni i przedziwne stroje. Krzywe buty letnie pokazujące za dużo.  Napatrzyłam się dziś na to  za wszystkie czasy. Za to należy mi się kilka dni w krzakach.


sobota, 05 maja 2012
Stara a głupia jestem.
Że też kantu dawniej nie dostrzegłam.
Otóż proceder wygląda tak: przedsiębiorczy człowiek dzierżawi ziemię orną. Tysiące hektarów w różnych miejscach kraju. Najwięcej tam, gdzie kiedyś były PGR-y. Pewnie dzierżawiąc da przytulić pieniążek urzędnikowi Agencji.
Człowiek ten kupuje (tylko raz, więc to inwestycja) strasznie wielkie ciągniki, tak mądre, że same umieją jeździć według GPS, ale na wszelki wypadek sadza na każdym wynajętego za psi grosz parobka. Parobek na ciągniku spędza 12 godzin, a potem 12 godzin śpi. Je jak sobie ugotuje.
Jak przychodzi pora siewu, to ciągniki z oprzyrządowaniem do orki i siewu wyruszają w Polskę i sieją. Sieją to, za co dostaje się najlepsze dopłaty do hektara.
Wraz z pogodą od zachodu do wschodu Polski przesuwają się kawalkady siewców. Po drogach publicznych poruszają się nocą, a przez całe dnie, światek i piątek sieją proso albo facelię na tych tysiącach hektarów. Za siewcami podróżują księgowe z GPS robiąc pomiary i zapisując co i gdzie posiano, bo kto by to spamiętał.
Potem się czeka aż zasiane wzejdzie, a gdzie nie wzejdzie, to się dosiewa. Musi być całe zasiane. Za zasiane tylko przy drodze albo za łyse nie ma dopłaty.
Potem się bierze dopłatę i żyje.
A jesienią to co wyrosło trzeba zaorać, bo najwyraźniej ani proso, ani facelia do niczego przydatne nie są.
No i trzeba by to przechowywać, sprzedać, przerabiać, a o to nie chodzi.
Grunt, że ziemia jest uprawiana, parobki mają wiosną co robić i się kręci.
Resztę roku rolnicy z Wiejskiej mają dla siebie.
Aż mnie trzęsie, oszustwo i zwykłe złodziejstwo za pieniądze podatników, którzy żeby zarobić muszą naprawdę coś zrobić.
Nie ma co, świetna polityka rolna.
piątek, 04 maja 2012



Dla nas jest już po majówce!
Przybyliśmy do bezlistnego Klebarka w niedzielę, a dziś, w piątek, wyjechaliśmy z całkiem zielonej wsi.
Liście rosły w oczach. Było tak gorąco, że oba psy leżały w trawie i zipały. Nie chciały ani biegać, ani zwiedzać, tylko co jakiś czas zmoczyć futro w oczku wodnym.
Alicja w końcu poważyła się ruszyć z domu i okazało się, że nic się nie stało. Można ze stomią podróżować samochodem. Nikt nic nie widzi, nie komentuje i nie wydarzają się nieprzewidziane wpadki. Kolejny krok ku normalności wykonany.
Przyłączywszy się na FB do grupy dziergającej do zdechu podczas majówki, dziergałam rzecz jasna do zdechu. Wydziergałam niemal połowę szala estońskiego na drutach nr 3, ale nic nie pokażę nim nie skończę. 
Pan Mąż czytał książki na I padzie i udzielał wywiadów. 
Kto go widział 1. maja w dzienniku TV, ten się wcale nie przewidział. Dwóch młodych z telewizji Olsztyn przybyło pod świerk Pani Marty, aby nagrać wywiad z niemal gołym ekspertem od terroryzmu w czerwonym podkoszulku. 
To zdarzyło się pierwszy raz. Najważniejszy Ekspert był bowiem za granicą i trudno było do niego wysłać młodzików z kamerą.
Innych wywiadów Pan Mąż udzielał przez telefon, ale do tego wszyscy już się przyzwyczaili i milkną grzecznie sami z siebie.
Spadłam ze schodów i stłukłam sobie okropnie kość ogonową z przyległościami. Teraz świetnie funkcjonuję na stojąco i leżąc na brzuchu. Z siedzeniem problemy mam okropne. Łykam tramal z dodatkami i rozumiem doktora House. Bez tramalu mogę tylko głośno płakać.
Majówka drzewa sieją alergenami i jeśli w przyszłym roku mam mieć z majówki radochę, to chyba trzeba ją będzie odbyć w styczniu. Nim leszczyna zacznie swoje kwitnienie.
Nie macie pojęcia jak rozkosznie się kaszle z tyłkiem obitym na kwaśne jabłko. Nigdy bym nie przypuszczała, jak czynny udział w kaszlaniu ma zadek.

A na domiar wszystkiego piosenką na Euro została jakaś pseudo ludowa brednia z gdakaniem w roli głównej. Tomek wyrecytował Alicji pierwszy wers: Ko ko ko ko Euro spoko.
To jakiś pierd, powiedziała Alicja. Wieczorem zrezygnowana, obejrzawszy wszystkie dzienniki telewizyjne potwierdziła informację Tomka.
Hymn na Euro mamy zajebisty.
Wstyd, rozpacz i okropne baby przebrane za Talibów.
Ponoć żadna inna piosenka przedstawiona kibicom do wyboru nie nadawała się do śpiewania. Maryla Rodowicz z trudem radziła sobie z własną pieśnią, a trudno jej zarzucić brak muzykalności.
Zatem proponuję hasełko:
Cały Naród Gdacze Na Euro.




sobota, 28 kwietnia 2012
W naszym stadle to Pan Mąż jest elegancki.
On ma masę ciuchów, regularnie je wymienia, no może nie wymienia, bo nie znosi wyrzucać nawet dziurawych skarpetek, ale dokupuje. 
Śledzi trendy i modne kolory.
Doigrałam się, obejrzał moją szafę i zaordynował zakupy.
Pokazał palcem co mam kupić, dopilnował rozmiaru, zaakceptował własne pomysły i bez kręcenia nosem zapłacił.
Teraz wisi w szafie rządek bluzek jak marzenie.
A ja się waham przed noszeniem. 
Bo dżinsy i trykotowa koszulka to znajomi od dzieciństwa i z nimi czuję się świetnie. Ale biała bluzka + moje pieski + kuchenne boje to rozpacz w kratkę i natychmiastowy efekt jak psu z gardła i plamy.
Coraz mniej jestem skłonna do jakichkolwiek odmian. Dawniej mogłam w białych spodniach zimą biegać, a dziś z beżowymi jest problem.
Zaskorupiałam czy jak?
Kopnijcie mnie kochane w d... i nakażcie nosić to z szafy nim się zrobi niemodne.
Naturalnie ten post spowodowało pakowanie się na 4 dni w Klebarku. Przy okazji pakowania się zobaczyłam, co jest w szafie.

czwartek, 26 kwietnia 2012
Czuję się jakbym szalała po mokrym papierze z akwarelą.
Tak mniej więcej wygląda praca z malabrigo w kolorze Arco Iris.
Trochę zrobię, trochę spruję i ledwo co przybywa.
Najpierw wykonałam ogromny początek raglanu od góry. Wyrób końcowy byłby dobry na nie wiem kogo, może na Pudzianowskiego?
Sprułam, zmniejszyłam, koncepcja przewędrowała od pulowera do kardigana. Za to z tysiącem guzików z przodu, jak na sutannie,  żeby szczelne zapięcie wyprodukować. Teraz dumam jakież to guziki do tak kolorowego swetra przyszyć.
Zamiast zbierać oczka dla wymodelowania talii zrobiłam w jej miejscu podwójny ściągacz na całym tyle. Ta włóczka w ściągaczu wygląda tak ślicznie!
Kadłub cały czas robię zmieniając kłębki, bo faktycznie różnią się od siebie bardzo.
Zaczęłam rękaw. Rękaw okazał się bladoniebieski. Sprułam. Bladoniebieski kłębek przyda się do zrównoważenia kłębka ciemnofioletowego, a rękawy powstaną z dwóch podobnych do siebie tonalnie barwnych kłębuszków.
Nawet mi nie szkoda tego dziergania i prucia, bo sam dotyk tej włóczki to rozkosz. Oto co uzyskałam.
Teraz widzę, że coś z kolorami nie halo, następnym razem będzie lepiej.



Na majowy weekend jedziemy do Klebarka. Strasznie dawno tam nie byliśmy, pora coś z natury narysować. Alicja jedzie z nami. To jej pierwsza wyprawa od zeszłorocznej operacji. Nasza zresztą też. Misia popilnuje nam mieszkania.

Jakiś czas temu nieco znudzona zaczęłam studiować blogi kulinarne zdumiona ich obfitością. Nie mają już ludzie o czym pisać, tylko o żarciu.
Zajęcia kuchenne traktuję odpowiedzialnie, choć bez pasji. Ot, jeść trzeba, a zabawa dla mnie zdecydowanie odbywa się w innym wymiarze. Wygląda mi na to, że jednak jedzenie jak zwykle dla wielu jest podstawową pasją. Nie czytanie, tworzenie, moda, a właśnie jedzenie.
Znajoma księgarka potwierdziła, najlepiej sprzedają się wciąż książki kucharskie.
I mino mojej rezerwy coś z tych blogowych, telewizyjnych i wydawniczych inspiracji przenika z powodzeniem na nasze talerze.
Dzięki cudownym, silikonowym foremkom weszliśmy w etap muffinów. Robi się to biegiem, nie ma brudzenia sterty naczyń. Z dwunastu sztuk zjadam dwie, a Pan Mąż resztę. I da się do niech wrzucić dosłownie wszystkie zalegająca ozdoby i dodatki - od cukrowych, kolorowych trocin do rozmrożonych owoców, nie wspominając o białej czekoladzie.
Jak widać zapanowała na szczęście nudna normalność.

A i jeszcze jedno: wczoraj Muszka bawiła się z obcym psem. Pierwszy raz ganiała się jak normalny, bezstresowy pies z drugim, aż jej łeb podskakiwał i ogon wywijał. Ganiała się długo i do zdechu. A potem malowniczo ułożyła się w błotnistej kałuży. Psia dusza najwyraźniej zdrowieje.


To Muszka zażywająca codziennej, obowiązkowej kąpieli. W cieple dni kąpiel jest konieczna dla schłodzenia malutkiej, ale kudłatej i żwawej Muszki. Nawet nie ma sensu zabierać jej na spacer w miejsca bezwodne. Niemal się wtedy nie rusza, ziaje i zdycha. A jak ma wodę do dyspozycji, to jest zupełnie inny pies.



czwartek, 19 kwietnia 2012
Miałam kiedyś hibiskusa. Kwiaty miał ładne, choć jak to u nich nietrwałe i na Starym Mieście biedak zimy nie przeżył. najpierw zgubił liście a potem nie wypuścił nowych.




Dobrze, że zdjęcia po nim zostały.
Zielenie jak zwykle nie są łatwe. Ale poćwiczymy, poćwiczymy i się nauczymy. Tu akurat nie umiałam osiągnąć intensywnej zieleni inaczej niż kładąc na podmalówkę dość gęstą, czystą ultramarynę.
W tej technice trzeba strasznie dużo wiedzieć. Każda farba, nawet tego samego koloru, ale od innego producenta zachowuje się inaczej. Inaczej się kładzie kolor na papierze, inaczej się wymywa wodą z papieru. No i tworzy z innymi zupełnie inne mieszanki.
Akwarela jest idealnym medium dla gospodyni domowej. Każdy etap trwa bardzo krótko, a potem trzeba czekać aż wyschnie. Można wtedy załadować zmywarkę, zamieść, zetrzeć, obrać, nastawić na gaz i pomyśleć co dalej. Malując muszę jednak przy równoległym gotowaniu nastawiać timer, bo w rysowaniu i malowaniu siedzi jakiś pożeracz czasu, taki sam jak przy surfowaniu po sieci. Nie wiadomo kiedy jest kilka godzin później.
Akwarela to nie pastel, nie trzeba stać ciurkiem trzy godziny nad deską. Ciągłe czekanie na wyschnięcie warstwy daje czas na resztę obowiązków.
Zabrałam się za to medium po troszę z przekory. Bo co to ma niby znaczyć, że to jest trudne. Jak się umie, to nie jest trudne, ale się nauczyć trzeba. I leżą te farby tyle lat i czekają na święty Jury aż w niebie będą dziury. A teraz jest tyle tutków pokazujących co i jak. Obejrzawszy na You Tube kilkadziesiąt pokazów uznałam, że nie ma co dalej zgrywać Księżnej Pani i trzeba ręce ubrudzić. Fakt, że przy tym akurat ręce są czyste. To przy pasteli i ręce i cały człowiek upaćkane są niesłychanie.
A po drugie da się tym w plenerze pracować. Podróżowanie z furą kruchych i drogich pasteli nie jest łatwe. Pudełko farbek, papier i pędzelek zmieszczą się w torebce i nie waży 5 kilo.
Będę więc szanownych czytelników katować własnymi wyrobami ślicznymi niesłychanie.
A co.

20:39, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (16) »
sobota, 14 kwietnia 2012
Pracowałam grzecznie cały dzień: rysunek, kalka, kopia i w końcu mogłam wziąć akwarele.
To mój pierwszy w życiu kwiatowy obrazek w tej technice. Pocieszałam się, że zawsze mogę skończyć obrazek pastelą.
Okazało się że nieużywane kilka lat farby wciąż są dobre, akwareli wiek nie przeszkadza, trzeba tylko dodać wody. Ulubiony pędzelek kupiony sto lat temu w Niemczech też dalej jest ulubiony. Tylko płyn maskujący trochę się miejscami zestalił, ale tak z nim bywa. Starczyło go na kwiaty jabłoni. Z daleka wygląda lepiej niż z bliska. Trzeba poćwiczyć.


19:26, weisefrau , rysunki
Link Komentarze (25) »
piątek, 13 kwietnia 2012
Były, minęły, nic już po nich nie zostało.
Po jednym wielkanocnym śniadaniu nie jedliśmy 2 dni. Z okazji świąt człowiekowi nie rośnie większy żołądek.
Brakuje mi wciąż mojej mamy do pogaduch, ale bez niej w święta jest zdecydowanie spokojniej.
Po półtora roku kazałam kamieniarzowi wybić na nagrobku nowe litery i teraz na cmentarzu mam bardzo przykre uczucie rozpaczy widząc wybite w kamieniu co i jak. Blaszana tabliczka trumienna nie robi takiego wrażenia. 
Za to krokusy na cmentarzu rosną aż miło. A w moim ogródku nic a nic. Po zimie zamiast trawnika zostało bure klepisko. Ani trawy, ani żonkili, ani jednego przebiśniega. Jakby się rozpuściły. Zdechł cały barwinek. Jedynie pięć cebulic posadzonych jeszcze przez mamę daje znak życia. No i podsypywane nawozem iglaki nie pożółkły ani trochę przez zimę.
Zatem kolejny raz skopałam większość widłami (korzenie, korzenie) wsiałam w to worek dolomitu, azofoskę i trzy pudła trawy do miejsc zacienionych. Dziś pięknie rosi deszcz to akurat podleje co trzeba. Pod Kopką Cwila zlikwidowano działki, przyniosłam stamtąd trochę wykopanych cebulek nie wiadomo czego, bo nie kwitną, ale zielone kępki pod płotem posadzone nawet miło wyglądają.
Wszystko co chwilowo osiągnęłam to niemożność pochylenia się, na którą działa jedynie Ketonal Forte.
Nie mam ani rolniczych genów, ani konstytucji fizycznej do rycia i kopania. Kolana ledwie mi się zginają i od 23 roku życia nie uprawiam przysiadów. Nie da się uprawiać ziemi na stojąco. Bogini niech będą dzięki, że Pan Mąż nie zrealizował pomysłu na domek z wielkim ogrodem. Te 200 metrów spółdzielnianego trawnika wystarczy aż nadto.
Za to na drutach szał: przerabiam jedwabno-merynosową cud włóczkę w sweter od góry robiony. Kolory się mienią, mnie się podoba, córka jest sceptyczna. Twierdzi, że taki sam sweter już mam, technikalia jej nie obchodzą. Na drugich drutach zaczęłam kolejnego estończyka z turkusowego Scrumpta. Jedwab to bardzo miłe tworzywo.
Moje demony ostatnio są bardzo aktywne, zrobię się gadatliwsza jak się uciszą.
Spróbuję je akwarelą uciszyć. Kolory zawsze dobrze robią na duszę.

środa, 04 kwietnia 2012
Powoli robi się z pasiastych swetrów zrobionych ze skarpetkowej włóczki mój znak rozpoznawczy.
Powodów po temu jest kilka: cienka włoczka jest przyjazna okrągłej figurze, kolorowa włóczka jest przyjazna mojej psyche.
Małych sweterków na mnie jakoś wiele w sklepach nie leży. Nawet jak numer na metce jest odpowiedni, to się zwykle sweterek na brzuchu nie dopina, albo rozłazi na cyckach. Jakimś cudem producenci odzieży nie wiedzą, gdzie kobieta ma cycki i guziki zwykle są źle umieszczone.
Delight robiony na drutach 3,5 jest fantastycznym surowcem na coś większego niż skarpetki. Drops zalecał na ten wyrób w moim rozmiarze 350 gramów włoczki. Cały motek został. 



Tu widać świetnie, jak wygląda wyrób z rzekomo beżowej wełny. Nie ukrywam, że właśnie o to chodziło. To co na zdjęciu zbliża się barwą do beżu jest zielone.



Rozmiar na mnie. Mogę nosić rozpięty i zapięty. Dodałam jeden guzik, bo nie znoszę, jak mi się ubranko rozjeżdża na brzuchu.
Jak widać w tle rzeżucha czeka już na kurczaki i barany.



Jeszcze tylko beżowe spodnie, obcasik, sunglaski, zawijas na szyję i witam wiosnę.
A na drutach jedwabiste malabrigo, tak kolorowe, że o żadnym wzorze mowy nie ma. Robione od góry, bo nawet pół metra nie chcę zmarnować. I naturalnie co kilka rzędów zmiana motka. Nie chcę mieć jednego rękawa niebieskiego, a drugiego fioletowego. Producent doradza robić po kilka rzędów z różnych motków i tego się trzymam.
Przy sweterku na powyższych zdjęciach w końcu nauczyłam się porządnie zeszywać dzianinę.
Zeszywanie szydełkiem już się nie powtórzy. Ścieg drabinkowy jest szybki w wykonaniu, doskonale wygląda, nie widać go na wierzchu i cudownie leży na osobie. I w końcu wiem, po co się robi oczka brzegowe.
sobota, 31 marca 2012
Jak co roku nieuchronnie przyszły urodziny Misi.
Dziecina zażyczyła sobie w prezencie worka strojów bardziej takich moderne, bo jak zauważyła, niektóre jej wciąż noszone bluzki pamiętają jeszcze podstawówkę i babcię E., od wielu, bardzo wielu lat już niestety świętej pamięci.
Miałam zatem okazję zwiedzić sklepy z odzieżą dla osób zupełnie innej kategorii wiekowej i wagowej niż moja.
I wnioski są straszne. W tym roku nie da się niestety zamaskować nieposiadania ostatnich szlagierów strojami z własnej szafy.
Jeszcze dżinsy owszem ujdą, ale reszty nie da się ani wyjąć z szafy, ani kupić z drugiego obiegu.
A winne są temu nie fasony, bo te jakie były, takie i są (poza spodniami, żegnajcie przyjazne brzuchaczom bootcut), ale kolory i wzory.
Szmatki dla młodych i chudych są tak kolorowe i tak wesołe, że oczy się śmieją. Kwiaty i kolory nęcą, mamią oczy i domagają się nabycia. A niektóre sukienki są tak śliczne, że nawet mi przez chwilę dieta Dukana w głowie zahurgotała.
Więc niestety trzeba się bodaj w podkoszulki w nowych kolorach zaopatrzyć. Nie ma zmiłuj.
Z paznokci coraz bardziej znikają kolorowe lakiery. Ci, co wieścili koniec frencha chyba ulicy nie widzieli. Koniec to chyba następuje ostateczny rajstop cielistych, korporacyjnych czółenek poza korporacją i krótkich koralików na szyi. I pierścionków z cienkich złotych drutów.
Jak rajstopy, to wściekle kolorowe. Na szyi szaliki i apaszki w kwiaty najkolorowsze, buty każde, byle nie grzeczne, pierścionek wielki i jeden i jakoś przeżyjemy!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45