Rozmaite Gackowej przypadki.

dzianiny i szycie

czwartek, 05 lipca 2012
Naturalnie te listki w formie dziergadła, a kropelki wody z koralików zrobione.
Robiłam, robiłam i zrobiłam. Miał być jeszcze większy ten szal, ale cierpliwość mi się skończyła. Zatem zaledwie 1000 metrów jedwabiu z merynosem z Zagrody przerobiłam na listki wierzby.
Przyszywam taśmę. Jakby nie liczyć brzeg zawsze wychodzi za długi.




Zeszyty, w formie zewłoka, nie prezentuje się szczególnie efektownie.



Ale po kąpieli w Eucalanie i naciągnięty na druty wygląda lepiej:



Miarka pokazała 180 x 90 centymetrów. Na czubku każdego listka wisi srebrzysta kropelka.



Dopiero w taki sposób mogłam pokazać koraliki.



I tu też je widać. Niech sobie schnie, powinien za godzinę być gotów do użycia.
I teraz na jakiś czas chyba będzie przerwa w dzierganiu. Pora poczytać, pobawić się lalkami, może haft jakiś pociągnąć. Sweter w celtyckie warkocze pojedzie ze mną na wakacje, a teraz stop dziergactwu.

Trochę się opamiętałam, bo szafa pełna, chodzić jest w czym, i nie ma sensu dziergać dla dziergania jedynie. Jest jeszcze trochę innych ciekawych rzeczy na świecie.





sobota, 02 czerwca 2012
Sweter gotowy. 
Żadne z niego dziwo, zwyklak taki, do zwykłego noszenia. Milutki, mięciutki, długi za d..., żeby d... nie marzła.
Bez kołnierza, bo i tak szyi prawie nie mam.
Zamiast zaszewek zrobiłam na plecach partię ze ściągacza. Ponoć ta włóczka lubi się rozwlec. W ten sposób, jakby się nie rozwlekła jakieś pozory talii będą zawsze.


Włóczki jeszcze zostało około 8 deko. Mógłby sweter być dłuższy, ale przy mojej figurze, coraz okrąglejszej, żal mi zasłonić nawet centymetra nóg. Zatem z resztki powstanie coś innego, mitenki może? Bo rozwlekającej się czapki nie chcę zdecydowanie.



Na listwie jest 12 dziurek na guziki, jak je kupię, to przyszyję. Nie mam parcia na szczelne zapięcie w czerwcu.



W każdej sesji z moim dzieckiem MUSIMY zrobić głupie zdjęcie. Tu dworowałyśmy sobie z wymyślnych póz, jakie potrafią przybierać na zdjęciach modelki. Psy przyglądają się zdumione, ludzie to mają pomysły...
A poza tym kręcę się i obijam o różne sprzeczności. Stłuczony tyłek powoli przestaje boleć, ale homeostaza organizmu została poważnie zakłócona. Niemożliwość stania, chodzenia i noszenia zakupów oraz co się samo rozumie, gotowania, spowodowała trzytygodniowe żywienie się na wynos. Ten "na wynos" donosił ofiarnie Pan Mąż.
Nawynos podarował mi kolejne niechciane kilogramy. Zrzucanie ich oraz Ketonal podarowało mi fatalne zupełnie samopoczucie i strajk tego, co kobieta ma w środku. Cała struchlała myślałam o kolejnej kuracji, która znów dała by mi dodatkowe dzieścia kilo.
Dalej nie mogę usiąść na rowerze ani robić brzuszków, nie da się i jeszcze długo tak będzie. A bez porządnej porcji ruchu nie schudnę. Depresyjni nie mogą się odchudzać restrykcyjnymi dietami ani głodować. Druga dolegliwość uaktywnia się natychmiast. Mąż mówi, że woli mnie grubą i wesołą. Diabetolog mówi coś zgoła przeciwnego.
Niestety, jak nie kijem ją, to pałką.
niedziela, 29 stycznia 2012
okazała się niezbędna. W futrzanej spływam potem. Chustka czasem musi się uprać i trzeba mieć coś na głowę na zapas. Zatem powstała czapka. Gruba, wełniana (melanż własnego projektu) i nie podobna ani do luźnych beretów, ani do czapki narciarskiej z pomponikiem.


Znalazłam wzór w ostatnim Designers Knitting. Występuje tam jako czapka - hełm, ale podobna jest raczej do kapelutków z lat dwudziestych XX wieku. Składa się aż z pięciu elementów, które trzeba razem połączyć: z taśmy poprzecznej z wrobionymi nausznikami, brzegu robionego dookoła, części środkowej robionej od czoła do potylicy i dwóch jednakowych boków robionych od nauszników do góry.



Najwięcej czasu zajęło wykombinowanie melanżu zastępującego oryginalna włóczkę. Po wielu próbach stanęło na cieniutkie merino w zdechłym, zielonym kolorze połączone z błękitnym ostrym wełnianym melanżem własnego farbowania. Wyszedł pawi turkus. Chyba pierwszy raz naprawdę zrobiłam całą próbkę, tu była ważna i długość i szerokość, bo wzór jest rozliczony bardzo porządnie. Druty musiałam wziąć o cały numer mniejsze. I jestem bardzo zadowolona. Czapa nie złazi z głowy, nie obraca się i jest ciepła. Zapewniają to surowiec i grube, krzyżowane ściegi, bo większość czapki jest podwójnej grubości.




czwartek, 26 stycznia 2012
Pan, któremu podczas oglądania telewizji marzną nogi poprosił mnie o wykonanie skarpet na tę właśnie okazję: luźnych, ciepłych i niezobowiązujących.
Zmierzyłam starannie nóżkę: obwód łydki: 45 cm, w kostce 29 cm, w podbiciu tyle samo.
Skoro miały być ciepłe i grube, wykonałam je podwójną nitką na drutach nr 3,5.
Poszło jak na mnie zdumiewająco szybko, bo w trzy dni.
I wyszły skarpetki siedmiomilowe, spokojnie da się w jedną zapakować dwie moje stopy albo duży prezent gwiazdkowy.
Z ciekawości wsadziłam skarpetkę na Muszkę, zmieściło się w niej pół Muszki.




poniedziałek, 12 grudnia 2011
Kłębek nie miał końca. Dłubałam i dłubałam łaciatego merynosa najprostszym ściegiem i chyba jakieś podłe krasnoludki w nocy przędły go nie wiadomo z czego i sprytnie dołączały nitkę do kłębka, który nie chciał zmaleć.
Powstała bardzo miła w dotyku chusteczka:


Naturalnie trafiła do roztworu eucalanu, puściła farbę i została rozpięta na drutach do wyschnięcia. Dopiero teraz jej prawdziwa natura wyszła na jaw. 190 cm szerokości i 95 cm długości na środkowym rządku.


Przy okazji nauczyłam się dołączać koraliki szydełkiem.



No to teraz drobnym ściegiem na krosienku....

poniedziałek, 21 listopada 2011
Zdarzało nam się z mamą i babcią siedzieć w zimowe wieczory w pełnej zgodzie z jakimiś robótkami. Każda z nas robiła co innego. Mama łapała sobie oczka w pończochach, albo pruła jakiś wełniany wyrób  i zwijała kłębki. Do dzianin nie miała talentu i cierpliwości, ale prucie było jej domeną, potrafiła spruć najbardziej włochaty sweter z moheru nie tracąc włosia i nie rwąc nitek. Potrafiła też rozdzielić na osobne kłębki babcine straszliwe melanże.
Babcia robiła na drutach lub szydełkiem, ja w owych czasach zwykle haftowałam lub coś szyłam.
Siedziałyśmy w dużym pokoju we trzy, opowiadałyśmy sobie różne historie, a robota szła aż miło.
Zwykle babcia w końcu zaczynała snuć opowieści z czasów okupacji, kiedy w Łopienniku górnym w podobnych okolicznościach, tyle, że przy naftowych lampach zbierały się kobiety i razem robiły różne rzeczy. Babcia uczyła wiejskie gospodynie robić swetry na drutach a ktoś zwykle darł pierze.
Te nasze rodzinne, nieliczne spokojne, robótkowe wieczory przywykłyśmy nazywać darciem pierza.
Nie ma już babci, nie ma mamy, ale jest Misia. Ma teraz krótką (miejmy nadzieję) przerwę w zatrudnieniu. 
Misia przyjeżdża do mnie i siedzimy sobie razem nad robótkami. Ona haftuje znaczki na ręczniki krzyżykami wykorzystując małe zestawy z mojego archiwum, ja dłubię na drutach. Drzemy pierze, aż miło.
Między innymi Zazulka dostała nowy sweterek. Ze starego wyrosła - możliwe, że to sweterek się skulił. Misia mówi, że nowy sweterek jest filozoficzny, ja uściślam nazwę do egzystencjalistycznego.
Dać jej tylko berecik baskijski, peta i zimną kawę i rychtyk J.P.Sartre.



Piesek nie lubi ubierania i przymierzania sweterków.




Ale i tak musi w nich chodzić. jej futerko nie nadaje się na warunki naszej strefy klimatycznej. Albo sweterek, albo jazda za pazuchę.



Wykonałam sobie z jakichś paskudnych, resztkowych czarnych kłębków getry i bardzo sobie je chwalę, nawet nie wiedziałam, że łydki kobiecie w przeciągach tak marzną. No i getry cudownie godzą urodę sztybletów z rajstopami i spódnicą. Teraz dłubię na zmianę warkoczowy sweter (mozolne i powolne) z merynosową chustą.
Kupiłam kiedyś w jakimś zamroczeniu kłębek ręcznie farbowanego merynoska. Motek był cudny. Po zwinięciu na kłębek jego cała łaciatość objawiła się aż za dokładnie. Jedynie chusta z niego może powstać i to ściegiem pończoszniczym robiona. Sam w sobie merynosek jest wystarczająco niespokojny graficznie. Na szczęście w dotyku jest rozkoszny. Gdyby jeszcze gryzł, powstał by z niego sweterek dla psa. Motek merynoska z drutami widać na drugim planie pierwszego zdjęcia.
Niech żyje darcie pierza!!!
wtorek, 01 listopada 2011
Brak fantazji na wymyślenie tytułu dolega mi pierwszy raz. Zatem biorąc przykład z Iksińskiej nie tytułuję.
Taka pora, że się po cmentarzach chodzi. Mam mój rodzinny grobowiec tuż tuż, kwadransik spacerkiem od domu, to się ostatnio tam codziennie wybieram. Najpierw w celach sprzątnięcia, potem 
jeszcze kilka razy z innymi członkami rodziny. I co postawię kilka zniczy to one znikają. Na grobie zastaję nowe kwiaty, nowe lampki, a moje znicze, w które można włożyć wkłady uzupełniające nikną.
Dziś zastałam palące się lampki i znicz elektryczny, jakaś chińska nowość na baterie. Po pierwszym deszczu będzie do wyrzucenia.



Nepomuk przy Dolinie Służewieckiej pilnuje stosownego nastroju.

A wieczorami, po zmianie czasu długimi i ciemnymi, drutuje się święta Brygida. Wzór jest zachwycający i po przebrnięciu przez opis wykonania jestem pełna podziwu dla Alice Starmore za jego precyzyjne wykonanie. Mając zakładkę pilnującą wzoru nie można się pomylić. Myślałam, że to trudniejsza robota.




A tu dla ciekawych składniki melanżu i efekt w dzianinie z bliska.



Nacieszyć się tym efektem nie mogę. Dwie cieniutkie nitki dały dzianinę zwięzłą i bogatą. Alpaka jest cudowna w dotyku i wcale nie mam ochoty na jakąś inną alternatywną robótkę, żadna inna wełna w moich zbiorach nie jest tak rozkoszna w robocie. Melanże mojej babci  nie były takie ładne. Babcia łączyła włóczki jak popadnie żeby je zużyć w praktycznym wyrobie, którego potem nikt nie chciał nosić. Niektóre kombinacje były hm... ryzykowne. Znielubiłam takie kombinowanie i unikam jakichkolwiek sztukówek inną włóczką niż zasadnicza. A tu taka niespodzianka.

Obserwowałam wczoraj jak stadko wron i kawek rozdrapywało  worek ze śmieciami, który jakiś leniwy człowiek wrzucił zamiast do śmietnika w altance to do kosza obok klatki schodowej. Krukowate są sprytne, po kilku minutach wszystko co było w tym worku leżało na chodniku luzem. Leniwiec mógłby równie dobrze wyrzucić te śmiecie z okna nie fatygując się pakowaniem ich i wynoszeniem. Ptaszyska delektowały się obierkami, skórkami od chleba i jakimiś obrzydliwymi resztkami. Wcale nie miały zamiaru uciekać przede mną.
Jednak te altanki po coś są. Z wielkiego kontenera trudniej taki wór pełen pyszności wywlec.



środa, 26 października 2011
Łapy mnie do warkoczowego swetra swędziały okropnie. 
Konkretnie do TEGO swetra. Odkąd go zobaczyłam - przepadłam. Inne mi się nie podobają.
Kupiłam książkę ze wzorem, bo z piratów nie dziergam.
Dumałam nad włóczką. Gdybym wzięła zgodnie z zaleceniem autorki włóczkę aranową, wyprodukowałabym pancerz. Na okrągłej osobie pancerne, wielkie swetry to nic ciekawego.
Tradycyjny irlandzki krój swetra zakłada spore luzy i zamierzam ten element zachować. Luz to powietrze między osobą i dzianiną. Luz to ciepło. Ale luźny sweter może się przecież lekko układać a nie sterczeć jak reklama na żywym nośniku.
No i kolor... Ciemny tweed mi po głowie chodził. Najlepiej alpaka typu mix (kolor składa się z wielokolorowych nitek a nie z monolitu barwnego). Dopadłam na e-dziewiarce co trzeba. Okazała się ta Dropsowa alpaka cieniutka jak włoczka na skarpety. A tu miałam osiągnąć 21 oczek na 10 cm w próbce ryżem podwójnym. Na szczęście w szufladzie leżała jeszcze cienka alpaka lace z Zagrody. I w pokrewnym kolorze. W dwie nitki zrobiła się i właściwa próbka i cudny, bogaty tweed, a dzianina nie jest ani siatką na motyle, ani pancerzem.
Wzór nie jest może zbyt wymagający, ale śmigać na ślepo się go nie da, jak z haftem trzeba i jak z ażurami postępować. Znaczy schemat przed oczami cały czas. Zaczęłam plecy. Wychodzi idealnie i zachwycająco. Do wiosny powinnam zrobić.
piątek, 14 października 2011
Ostatnie tygodnie były dla mnie nieszczególne. Wczesna jesień zawsze jest pełna pułapek i przeciwności.
Mgła zaczyna się jednak przecierać, możliwe że za sprawą miłej, młodej masażystki, która robi co drugi dzień jakieś cuda z moimi plecami.
Ból mniej dokucza to i umysł nieco odżył. Na szczęście akurat w porę, żeby zrobić te wszystkie codzienne, niemiłe, upierdliwe rzeczy, których ostatnio unikałam. Ot, odpływ w lodówce się zatkał i ruszywszy dziś do boju z entropią odkryłam to na kilka minut przed potopem. Z szafek, w które ostatnio wrzucałam przedmioty na pysk i upychałam kopytem, zaczynało już na łeb lecieć. Prognoza pogody mówi, że rośliny tropikalne na tarasie dłużej stać nie mogę. No i dałam sobie dziś w palnik: lodówki, szlafroki, szafki, tarasy, doniczki, i... ostatnie rzędy mankietu w kolorowej tunice.
Nie mam na tym zdjęciu ani makijażu, ani stosownych legginsów, ani obligatoryjnych obcasów ani ludzkiej fryzury. Natomiast mam moją wymarzoną, wściekle kolorową tunikę (a może to już sukienka?) ze skarpetkowej wełny przywiezionej w zeszłym roku z Berlina. Pani sprzedawczyni trochę się zdziwiła, po co mi aż 600 gramów tej cienizny. A po to:



Beze mnie w środku wygląda chyba korzystniej, ale nie dam jej leżeć bezczynnie. Nie gryzie, sięga za tyłek i wobec braków w szafie po wydaniu bliźnim przechodzonych egzemplarzy aż piszczę do tej tuniki.


To prawda, że na drutach nr 3 robi się powolutku, choćby ręce poruszały się bardzo szybko. Ale też dzianina wygląda jak powinna. Nie jest to rzadka rybacka sieć, a całkiem zwięzły i nieprzezroczysty kawał ciepłego odzienia. Jutro premiera!



Na tunikę zużyłam nieco ponad 40 deko włóczki. Zostało jeszcze co nieco, ale się zużyje, nie ma wątpliwości.
niedziela, 18 września 2011
Dłubałam go i dłubałam. Miesiąc z okładem. Na drutach nr 3 powstało cielsko szala a na 4 koronka brzegowa. Ma kilka pomyłek, no ma, nie przeczę. Ale nie dało się spruć już zrobionej części aby dotrzeć do błędu. Jest jak jest i inaczej nie będzie. Z błędów wybrnęłam na tyle, że liczba oczek w rzędzie się zasadniczo zgadza i oczka nie lecą.
Wyszło nań prawie 6 motków kid moheru od Adriafilu a rozmiar jest imponujący: 2,05 x 0.9 metra! I gdybym miała na czym go bardziej rozciągnąć to byłby pewnie jeszcze większy.





Bardzo się cieszę, że nie mam więcej kid moheru do przerobienia. Szale pożarły wszystek. Zostało aby po ratunkowym kłębuszku na ewentualne naprawy.
 Jak estończyk wyschnie to dostanie zdjęcie mniej techniczne, a bardziej romantyczne. A ja mam na jakiś czas dosyć bąbelków estońskich.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5