Rozmaite Gackowej przypadki.

Lalki

wtorek, 26 czerwca 2012


Miałam zamiar ubrać nową Poppy Parker w sukienkę jak z lat pięćdziesiątych: dekolt pod szyję, suta spódnica, dopasowana talia.
I przedobrzyłam z krojeniem, stanik ze skosu zrobiłam.
Nie pomogło krochmalenie szmatki, Poppy wyglądała w tej sukience tak samo ja ja w dzieciństwie ubrana w sukienkę mojej mamy. Żałość po prostu. 
Szkoda, bo kiecka ma odszyte bezacami i dekolt i ramiona.
Ale nic się w przyrodzie nie marnuje. Z szafy wyjrzała Maoryska Księżniczka i powiedziała, że jak Poppy niezadowolona, to ona reflektuje, że sukienka na nią będzie dobra, bo ona ma cyce jak donice.
Faktycznie ma. Skos się na tym biuście ułożył jak widać doskonale.
Poppy suszy włosy umyte z makabrycznej ilości lakieru i prezentuje prototypowe spodnie. Można je oglądać tylko z tyłu, bo coś mnie natchnęło na zrobienie zapięcia z przodu. I.... nie wyszło to tak jak planowałam. Panie właśnie kombinują, czy pasek i lamówka z niebieskiej wstążki podkreślą, czy zgaszą koncepcję plażowej sukienki sprzed 60 lat.






No, są lamówki, pasek, kokarda z tyłu i jedwabna chustka zawiązana zgodnie z duchem czasu.
Tylko Maoryska Księżniczka jest za wysoka, nogi za długie. Suknia powinna sięgać do pół łydki.

16:11, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Umiem uszyć spodnie. Na człowieka.
Jak mam wykrój ze starej Burdy to jest to dziecinnie proste.
Ale jak wykroju nie ma, to rzecz nie przedstawia się tak różowo.
Uparłam się jednakże na uszycie Gizeli nr 3 dżinsów i dopięłam swego. 
Najpierw cięłam papierki i szmatki oraz zrobiłam absolutnie badziewny prototyp, który nauczył mnie, że w tej skali każdy szew ma być bardzo porządnie zakończony z obu stron. Bo króciutki szew (szewek?) sam z siebie w gotowym wyrobie potrafi zniknąć bez śladu. Prototyp nauczył mnie również, że jak zwykle w skali 1/6 kolejność czynności jest zupełnie inna niż w klasycznym krawiectwie. Oraz tego, że nogi niemal każdej lalki są innej długości. Nogawki o szerokości 1,5 cm nie da się zwyczajnie skrócić.
Po długiej wojnie z papierkami, szmatkami i centymetrem (centymetr jest za mało dokładny - w tej skali milimetry przesądzają o powodzeniu przedsięwzięcia) Gizela nr 3 w końcu jest prawie zadowolona. Zrzędziła, że kieszenie są tylko markowane i że dziś spodnie nie sięgają do pasa, ale przed lustrem specjalnie nie narzekała.





Na szczęście miałam ciucha od niejakiej Dagamo, mistrzyni tak małych form i obejrzałam go sobie dokładnie. Gdyby nie ten wzór, to figa by wyszła a nie spodnie.
Teraz mam wykrój podstawowy i mogę sobie go modyfikować.
W porciętach Gizela nr 3 może i usiąść i podnieść nogę!

Palec, w którym wycięłam sobie zaszewkę zagoił się genialnie. Ale też zastosowałam nietypowy opatrunek. Na ranie (bardzo głębokiej, tytanowe nożyczki cięły doskonale) położyłam po prostu własną wyciętą w wypadku skórę. Pasowała doskonale, po 2 dniach zdjęłam wszystkie bandaże i plastry. Skóra była wodoodporna, elastyczna i nie odłaziła. Jak przyszła pora to się zresorbowała, a po wszystkim dziecina zaleciła masaż odrywający zagojoną ranę od torebki stawowej. Bolało przez chwilę, a teraz tylko mała blizna świadczy o ranie zdobytej w szale szycia dla lalek.
19:34, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (13) »
środa, 06 czerwca 2012
W jakimś lumpeksie dorwałam tzw. trupka. Za trzy trzydzieści, bo na wagę.
Trupek to lalka uprzednio używana przez dzieci. Trupki zwykle mają kołtun na głowie, pogryzione ręce i nogi i są pomazane długopisem. Ten trupek był w stanie nienagannym, włos nieco zmierzwiony poddał się reanimacji w dwie minuty. Lalka pochodzi z bardzo szanowanej niemieckiej firmy Goetz i ma charakterystyczną, trochę płaską buzię. Firma Goetz nie sprzedaje swoich wyrobów za trzy trzydzieści. Mają zupełnie inne ceny.
Tyle że panienka była goła.



Zabierałam się do niej jak pies do jeża, ale się w końcu zabrałam.
Ma majtasy, topek z napisem na przedzie, marszczoną spódnicę, skarpetki, buty i sweterek.







Okazało się, że z dzianinki szyje się dla lalusiów całkiem przyjemnie, a wskazówki z lalczynego forum są na wagę złota.
Dokonałam swoistego odkrycia jak zrobić wykrój z dzianiny. Okręcamy lalkę dzianiną - z wyczuciem, nie za mocno, i ołówkiem rysujemy na dzianinie linie tam, gdzie powinny być szwy. potem trzeba skroić, zeszyć i leży jak ulał.
Wskazówka dla matek nie mogących patrzeć na kudły lalki: kłaki dokładnie zmoczyć, natrzeć obficie odżywką do włosów i czesać. Jak są już rozczesane, to polewać wrzątkiem i czesać dalej aż odzyskają gładkość. Na koniec polać zimną wodą.

Spyta ktoś czy nie mam nic innego do roboty. No cóż, muszę się grzecznie bawić, bo Pan Mąż od stycznia pisze rozprawę habilitacyjną. Jest obecny jedynie ciałem a i to nie zawsze. Duchem jest nieobecny zupełnie. Czyta mądre książki, zapisuje grube zeszyty i ma nieobecny wzrok.




14:50, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (9) »
czwartek, 17 maja 2012
Ach, mieć znów siedem lat, siedzieć w kącie z górą gałganków i szyć lalkom!
Wziąć od babci krawieckie nożyczki (ale pamiętaj, odłóż na miejsce!) i niczym się nie przejmując ciąć gałgany, owijać lalki strzępkami i mieć z tego kupę frajdy.

W końcu jest miejsce, są gałganki, są lalki i są nożyczki. Krawieckie, ostre piekielnie z tytanowym wykończeniem ostrzy, tną bez wysiłku aż do samych czubków.

Tnę te gałganki, znów mam prawie te siedem lat i nagle ciach......
i wycięłam sobie na wskazującym palcu lewej ręki cudną, głęboką zaszewkę. Na samym stawie.
Za pomocą zębów i jednej ręki zatamowałam krwawienie i zrobiłam opatrunek. I znów mam tyle lat, co mam.
Przerwa w szyciu do wygojenia.

Szycie jest piekielnie niebezpieczne.

A na stroje czeka stado zniecierpliwionych dam.


13:23, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (7) »
niedziela, 12 lutego 2012
Misia, moja mała córeczka ma dosyć prac w dziwnych firmach za śmieszne pieniądze.
I poszła znów do szkoły po całkiem nowy zawód. Po zawód z przyszłością i do wykonywania w całej Europie, bo taki zasięg ma dyplom szkoły i egzamin zawodowy.
Sama zechciała się uczyć, sama wybrała szkołę.
Obie cieszymy się jak głupie.
Trzeba dziecku pomóc dorzucając do czesnego - jej pensja wystarcza tylko na przeżycie bez kina, książek i nowej odzieży, oraz znaleźć po znajomych dobre stare podręczniki na przykład Bochenka do anatomii.
Trzeba będzie pomóc w przyswojeniu mianownictwa anatomicznego po polsku i po łacinie. Kto z marszu będzie rozróżniał rąbek oskórkowy od rąbka szczoteczkowatego? Dextera od sinusa? Clavicus od femur i ulna?
I trzeba będzie posłużyć przez dwa lata własnym ciałem w nabywaniu przez dziecko umiejętności masażystki.
Sama się przy tym niewątpliwie sporo nauczę, choć nie zawsze będzie to przyjemne. Przy pierwszym treningu masażu na mojej łydce dziecina znalazła na niej dziś całkiem dotąd ukrytego a dorodnego żylaka.

I jeszcze uszyłam ręcznie moim wytwornym lalkom  z Integrity Toys futro z prawdziwej norkowej skórki z prawdziwą jedwabną podszewką.
Pannice Jasona Wu są tak wytworne i rozpieszczone, że na lalkowym forum od dawna żartowano, jakoby futro z norek jest im koniecznie potrzebne.
Ponieważ w worku ze skórkami siedział sobie norkowy szalik mojej ś.p. babci, z dwóch skórek zeszytych przodami, z dwiema parami tylnych łapek i ogonków na końcach i od dawna bez zapięcia, surowiec na futro był. Po spruciu szwa głównego okazało się, że skórki, mimo podeszłego wieku (czterdzieści lat z okładem) są w doskonałym stanie.
Zatem sporządziłam wykrój, wykroiłam skalpelem, zeszyłam ręcznie, dodałam podszewkę i futro jest. Pełnej długości, z szalowym kołnierzem.



Jestem zdania, że wygląda bardzo naturalnie, choć nie ma ani zapięcia, ani kieszeni. W tej skali można o kieszeniach zapomnieć, a o zapięciu albo sobie przypomnę, albo nie.


Na obecne temperatury akurat!



Jedwabna podszewka z satynowego żakardu jest nawet w rękawach i sama bym taką chciała mieć w moim futrze.



Futro jest jedno dla całej mojej stajni dziewczyn w rozmiarze 11 cali, czyli niby w skali 1:6, ale tu widać, że niejaka Gizela nie chce go nikomu dać.
Nie będę kupować dla reszty norkowych skórek, nigdy nie kupię NOWEGO futra, robię jedynie recykling starych.
W skali 1:6 każdy błąd i krzywy szew jest 6 razy bardziej widoczny niż w skali 1:1, ale lalce w futrze ładnie.

PS. Sukienka Gizeli tez własnoręcznie wykonana ze starego swetra Pana Męża. W przeciwieństwie do skórek, z których zostały tylko łapki i ogony z tego swetra powstanie jeszcze kilka sukienek.



19:46, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (13) »
czwartek, 19 stycznia 2012
Tak to już jest, że lalki wędrują po ludziach.
Niektóre nabytki są od pierwszego wejrzenia ukochane, a inne nie mogą się zżyć z właścicielką.
Czasem trzeba wyczyścić kolekcję. I trafiłam na taki moment, kiedy koleżanka postanowiła się rozstać z częścią swoich cukiereczków. Ponieważ i kilka moich panien zmieniło miejsce zamieszkania złożyło się to doskonale.
Do mojego stadka dołączyła bliźniaczka Giselli Diefendorf, także Giselle. Zatem jedna zostanie Giselle a druga chyba Gertrudą. Tu sobie siedzą z Imogeną w roli tła:



Bardzo się z nich cieszę a na rudą piękność z szarymi oczami ostrzyłam sobie zęby od dawna.
Imogena w tle ubrana całkowicie w wyroby handmade, ma na sobie sweterek z kid moheru i kieckę uszytą z próbki obiciowego moheru. Prawdziwie zimowe stroje.
Bliźniaczki Diefendorf robią co mogą, żeby się od siebie odróżniać. Na szczęście poza soczewkami kontaktowymi za bardzo nie kombinowały.


12:37, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (7) »
sobota, 19 listopada 2011
Listopad jest jak trzeba, ponury, chłodny, ciemny i depresyjny. Niestety również suchy jak pieprz. Nawet nie ma jak nawieźć trawnika zimowym nawozem. Rozpuszczony w wodzie nie wsiąka w glebę, mój gliniany ogródek wygląda jak pustynia pylista.
Kretka się powoli goi, już tylko 3/4 wenflona włazi w ranę na barku przy płukaniu tej rany. Bez płukania rozcieńczoną wodą utlenioną bark spuchł, stwardniał i już już miał się zacząć paprać, ale płukanie zapobiegło gangrenie.
Woda utleniona jest potrzebna właśnie do natlenienia ran, coby beztlenowce nie miały szans. Kretulka poddaje się zabiegom bardzo spokojnie i z rezygnacją znosi wtykanie plastikowego cycka niemal do kości łopatki a potem nawet nie mruknie, gdy cholerstwo zaczyna się w niej pienić. Jak zwykle jedna choroba to za mało, zatem od wczoraj pies używa tylko trzech nóg. Albo boli ją kręgosłup (spondyloza) albo zerwała ścięgno w kolanie. Niestety, nawet badanie tego kolana musi odbywać się w narkozie, bo mięśnie i obronę mięśniową ma Kretka jak pan Pudzianowski. Diagnostycznie dostała NLP, jak zadziała, to kręgosłup, jak nie zadziała, będziem kroić kolano.
Smutny i szary listopad przysłał do mnie prześliczne lalki.
Jedna z nich jest przemalowana. Bez nowego makijażu była sobie taka ot, nieco staroświecka tonnerka, z wyrazem twarzy zwanym przez niektórych znawców ryjem. Pewna artystka malarka parająca się malowankami na lalkowych twarzach z nieciekawego ryja zrobiła bardzo efektowną mordkę. Trochę zmarzniętą, trochę zapłakaną, ale inną niż wszystkie.



Przyleciała również do mnie pewna golutka Imogena. Piękna niesłychanie, subtelna i dostojna. Jej oryginalne ubranko było dla niej zbyt ordynarne. Muszę wziąć sprawy we własne ręce, co nie jest łatwe. Imogena jest wielkości Barbie, a kocha wielkie krawiectwo. 



Coś mi się wydaje, że trzeba będzie ręczne szycie sobie przypomnieć. Maszyna w sukienkach tej skali nadaje się do obrzucania szwów , szycia zaszewek i długich szwów bocznych. I na tym koniec. Resztę, jak we francuskich firmach haute coture trzeba robić ręcznie.

Wpadła mi w łapy również pewna Poppy Parker.



Aż się prosi o hippisowskie ciuchy.
Po zrobieniu bardzo wymagającego swetra w warkocze włożę dobre okulary i ....
zobaczymy.
Grunt, że żadna z tych lalek nie ma ohydnego, barbiowego uśmiechu z różowego plastiku.
13:56, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (6) »
czwartek, 29 września 2011
Agnes była pierwszą lalką, którą sobie kupiłam. Pierwsza Tonnerka, wyczekana i wymodlona siedziała goła rok z okładem. Było po niej widać, że ma mi za złe. Zrobiłam jej wprawdzie buty z filcu z podeszwami z modeliny, toporne i koślawe, ale poza tymi butami nic nie uszyłam biedaczce.
Agnes jest nastolatką płaską jak deska, ma ponure wejrzenie i właściwie powinna się nazywać Adams a nie Dreary. Pewnie postaci Adamsów są chronione patentami i Tonner musiał swoją ponurą nastolatkę o nieco cmentarnych upodobaniach nazwać inaczej.
Teraz, w ramach robienia NIC uszyłam Agnieszce suknię w jej ulubionych barwach. Szukając tkaniny na tę suknię ze zdumieniem skonstatowałam, że najdrobniejsze i najfajniejsze krateczki można nabyć w postaci męskich bokserek.
Do bokserek tylko dodać garstkę pasmanteryjnych resztek i golas wygląda godnie.



Okropne buty z pierwszej edycji muszą wystarczyć nim wykonam skórkowe Mary Jane.







Sukienka zapinana jest na kryty zamek błyskawiczny. Takie zapięcie jest dla mnie znacznie mniej męczące do wykonania niż haftki czy zatrzaski. I się nie rozłazi na plecach.



Kto dobrze popatrzy, ten zobaczy nawet wykonane dziś siatkowe, czarne rajstopy.
Agnes o cmentarnych upodobaniach życzy sobie jeszcze płaszcza i czapki. Szepnęła mi, że w naszym klimacie 1 listopada to nie jest pora na łażenie w lekkich strojach. A zza niej łypie na mnie całkiem goła starsza siostra Agnes, bezimienna Sister Dreary, wielbicielka niesłychanie wyszukanych strojów  w czerni lub w szkarłacie. Jak na razie ma tylko czarne kozaki i czerwone boa, widać, że chce mnie udusić za opieszałość.
14:25, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (7) »
wtorek, 10 maja 2011
Momoki dostały dwie sukienki. 
Niby żaden wyczyn, ale te laleczki znane są z bardzo starannie wykonanej odzieży imitującej doskonale stroje współczesnych nastolatek. Wstyd byłoby się na wstępie podłożyć, paść i kwiczeć. Zrobiłam wykrój z niewielkimi jak mi się wydawało trudnościami technicznymi i zabrałam się do pracy. Niby wszystko było pomierzone, skontrolowane - ale górę wzięła moja bezfastrygowa metoda szycia na maszynie i nawyki z szycia dziecięcej odzieży, gdzie wszystko musi być zeszyte na beton i stal.
Skutek? Krzywo, wyje i sterczy.
W tej skali szwów się nie wykańcza maszynowo, bo sztywnieją. Nie ma mowy o dwukrotnym przeszyciu pasmanterii. Nawet lekki haft angielski na batyście niemożliwie usztywnia ubiór. Dobrze się musiałam przyłożyć do dodatków i układu lalki, żeby to zdjęcie wyszło lekko.


Za drugą sukienkę z tego samego wykroju zabrałam się inaczej: żadnych wykończonych szwów, ręczne wszycie rękawów, ręczne marszczenia. I co? I gra.



To naturalnie ta sukienka w kratkę. Momoko siedząca ma oryginalny strój - do takiej maestrii sporo mi brakuje, ale się nauczę.
Jak przejdę szkołę w na lalce wielkości Barbie, to ubranie czterdziestocentymetrowych tonnerek będzie rozkoszą.
11:43, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (4) »
wtorek, 05 kwietnia 2011
A ja myślę. Nawet czytać nie mogę, tylko myślę i słucham audiobooków.
Amatorki Elfriede Jelinek to mocna wysłuchana lektura. Tak mocna, ze Pan Mąż podsłuchujący mnie od siebie z gabinetu wykrzyknął ze zgrozą: "Czego ty słuchasz!".
Odpowiedziałam, że noblistki, która dostała nagrodę właśnie za ten hipnotyczny, zimny i celny opis swoich pobratymców Austriaków. Przeczytać sama nie dałabym rady, za ciężki kaliber tej prozy, ale słuchało się wyśmienicie. Tylko kac pozostał, bo ani jednej postaci w Amatorkach nie ma, którą by się choć troszkę polubiło. I niestety opis celny i przenikliwy, coś jakby Chłopi Reymonta, tylko bardzo współcześni. No i ochota na zwiedzanie Austrii po każdym kontakcie z prozą Jelinek jakby mniejsza.
Lalek mam zgromadzonych dość. Wszystkie, do których modliłam się przed monitorem mam! A nawet jedną pannę więcej niż planowałam. Zrobił się z nich mały, goły tłum.
Biegając po lalkowych blogach obejrzałam sobie niejeden pokój umeblowany lalkami. I czy to były tanie Barbie czy drogie Fashion Royalty, czy małe szelki czy duże tonnerki i Ellowyne, masa lalek jest masą lalek. I nic w takiej masie ładnego nie ma.
Zatem rozprowadziłam panny po mieszkaniu.
W salonie dostały małą zamykaną witrynkę w której kurzyło się kilka filiżanek nigdy nie używanych, w kuchni siedzi Dorotka i panna aktualnie podlegająca pomiarom dla wykonania wykrojów, a u mnie na komodzie zostało kilka, na które lubię patrzeć ciągle.
Pokażę je światu jak nie będą gołe i jak moje pomysły się skrystalizują. Zabawa nimi, na razie taka jak pięciolatki, jest cudna - owijam je różnymi szmatkami! Można także powiedzieć bardzo ambitnie, że dokonuję analizy kolorystycznej panien. Bo choć lalkowy plastik ma zwykle jeden kolor (nie interesują mnie lalki Murzynki, lalki Hinduski i lalki Mulatki) to kombinacja włosów, oczu i makijaży powoduje, że lalki tak jak kobiety nie we wszystkich kolorach wygladają kwitnąco.
Wiem, że dzieło jest miarą wszystkiego. Ale te rozmyślania bawią mnie tak bardzo, że wcale z szyciem się nie zamierzam spieszyć. Lalek w balowych, księżniczkowych strojach jest masa. lalek ubranych jak w Dynastii jeszcze więcej. Pewnie popełnię jakąś balową suknię z niesamowitymi ozdobami dla samej rozpustnej radochy i dlatego, że hollywoodzkiej kiecki sama nigdy nie miałam. Ale mogę zrobić wszystko z tymi pannami, a zatem mogę wypróbować na nich trendy nadchodzącej mody, których sama nie będę używać. Mogę się lalkowymi ciuchami pobawić jak crazy patchworkiem, zaszaleć awangardowo i tradycyjnie. Nie ma tu limitów. 
No to dłubię szal powolutku, połowę środka właśnie skończyłam, a w głowie jak w inkubatorze hodują się szaleńcze pomysły. 
Na zdjęciu Eugenia Perrin Frost, panna rozwydrzona i w świecie mody biegła, wychowanka Jasona Wu z Nowego Jorku dobiera sobie kolory jedwabiu do swojej urody. Lalka jest zdzirowata, kapryśna i przyzwyczajona do świata wielkiej mody - sukienka w drobną łączkę dla niej to absurd i nieporozumienie.

20:28, weisefrau , Lalki
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2