Rozmaite Gackowej przypadki.

Wyssane z palca

poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Pani docent opuszczała swój gabinet. Pora już była na dziś iść do domu. Korespondencja z angielskim profesorem przepisana przez sekretarkę leżała wprawdzie na biurku i czekała na poprawki, ale to mogło zaczekać na jutro. Wszystkie przewidziane na dziś do zbadania preparaty zostały wybarwione, obejrzane, opisane i wysłane do zlecających badania lekarzy. Zawsze było coś do zrobienia, ale w końcu trzeba trochę pożyć. I tak wychodziła ostatnia.
Kiwając się na stojąco w tramwaju myślała o zadaniach na jutro, trzeba było koniecznie wezwać firmowego konserwatora do mikroskopu elektronowego. Ten sprzęt musiał być na chodzie, a coś bzyczało tuż nad podłogą. Pani docent próbowała sama sprawdzić usterkę, ale nie miała ani bezpieczników ani odpowiednich narzędzi i nie chciała nic popsuć, a elektryk z firmy bał się kolosa jak zarazy. Niech facet przejrzy styki i resztę maszyny, zawsze problemy z zasilaniem mogą stać się przyczyną większej awarii.
Wysiadła z tramwaju przy bazarku, kupiła co trzeba na obiad wdzięczna rutynie, nakazującej jej gotować sagan zupy i mięsa na cały tydzień w sobotę. Surówka i deser dadzą się zrobić w kwadrans.
Wdrapywała się z siatkami wypchanymi chlebem, masłem, pomidorami i jajkami na swoje trzecie piętro, ale na podeście drugiego piętra zatrzymała się i wyjęła z kieszeni kluczyk. Otworzyła skrzynkę, w której wisiały liczniki sąsiadów, pogrzebała za licznikami i wyjęła spory pakunek. Rozwinęła błyskawicznie paczkę w której była głowa, prawie taka sama jak ta, która tkwiła na jej szyi. Rozchyliła kołnierz płaszcza, odwinęła szalik i bardzo sprawnie wymieniła głowę na tę wyciągniętą zza licznika. Nowa głowa mała zdecydowanie łagodniejszy wyraz twarzy. Pani docent przestała myśleć o analizach, mikroskopie, zleceniach lekarzy, mitochondriach, wakuolach i złowrogim bzyczeniu mikroskopu. Schowała za licznikami głowę, której używała w pracy i z nieco nieprzytomnym wyrazem twarzy wdrapała się na swoje trzecie piętro.
Włożyła kapcie i udała się prosto do kuchni robić obiad. Po chwili jedli z mężem i dziecięciem krupnik z soboty i odgrzane mielone kotlety.
-Dobieraj kartofelków, Misiu , powiedziała.
Miś, który naprawdę nazywał się Walenty i był doktorem pokrewnej jej własnej nauki posłusznie dobrał kartofelków.
Po obiedzie Miś musiał puścić pranie, bo ona nie umiała. Pralka ją kopała. Jedynie głowa trzymana w skrzynce na liczniki umiała puścić pralkę bez wypalenia w wykładzinie dziury od nieuziemionej instalacji produkcji Misia. Niestety, tamta głowa prawdopodobnie nakazała by jej uduszenie Misia przy pierwszej okazji, gdy zacząłby się popisywać swoją językową arogancją albo znaniem się na wszystkim. Albo gdyby jak to się często zdarzało majstrował przy instalacji elektrycznej. Koniecznością stało się wymienianie głowy na korytarzu. Jedynie w ten sposób Miś-Walenty mógł pozostać przy życiu. Głowa domowa też miewała czasem dość i wtedy pani docent pociągała ciut ciut z wielkiej brązowej butli, w której trzymała wykonaną w aptece według lekarskiej recepty mieszankę osłabiającą działanie jej zmysłów i ratującą życie Misiowi i Dziecięciu. Lekarz odnawiał receptę bez szemrania.
Na szczęście jutro rano znów włoży sobie na szyję zwykłą, sprawną, trzeźwą głowę, której jak ognia bali się jej podwładni i przez 8 godzin będzie człowiekiem.


sobota, 12 marca 2011
Matka popełniła przestępstwo wobec rodziny. 
Za sumę przewyższającą jej roczne dochody kupiła słoik maści na porost włosów, bo widziała w lustrze, że w ostatnim czasie przedziałek bardzo się jej rozszerzył. Coraz trudniej jej się było uczesać, a koński ogon, jeszcze kilka lat temu bujny i gruby przypomina coraz bardziej mysi ogonek. Ojciec rodziny też wymagał kuracji maścią na porost włosów. Pilnie wymagał.
Maść pochodziła z Dalekiego Wschodu a może z Dalekiego Zachodu, słoik był piękny: kryształowy i opalizujący. Pokrywka ozdobiona była holograficzną tęczą a napis, w zupełnie obcym języku wytłoczony był na niej wijącą się, tajemniczą czcionką. Od samego patrzenia na opakowanie nachodziła kobietę żądza wysmarowania się zawartością.
Matka dokonując zakupu otrzymała od nieco niesamowitej sprzedawczyni skrupulatny przepis użycia owej maści. Cena tak wysoka uzasadniona była przede wszystkim tym, że maść była podobno bardzo skuteczna, działała we wszystkich przypadkach wyłysienia i na wszystkie rodzaje włosów. Była ponadto tak wydajna, ze zdaniem sprzedawczyni ( mającej bardzo bujne włosy) to akurat opakowanie mogło zapewnić dozgonny porost włosów wszystkim lokatorom w kamienicy.
Sprzedawczyni zastrzegła, żeby smarując specyfikiem głowę używać rękawiczek, o ile nie chce się mieć dłoni porośniętych gęstymi włosami. Przestrzegła też przed nadużyciem preparatu i zaleciła staranne przestudiowanie ulotki oraz schowanie opakowania przed osobami postronnymi.
Matka zastosowała się do zaleceń. Cały wieczór studiowała małą ulotkę przeklinając tłumacza i używając całej swej inteligencji dla zrozumienia dziwacznej, ulotkowej polszczyzny. Kiedy uznała, że rodzina już śpi, chyłkiem ukryła kryształowy słoiczek na najwyższej półce w szafie, za workiem wałków do włosów nieużywanym odkąd pięć lat temu mąż sprezentował jej termoloki i za przedpotopowym przyrządem do lewatywy, o którym sądziła, że ze względu na obrzydliwość sprzętu nikt go nie ruszy. 
Nie zaryzykowała smarowania głowy tajemniczym kremem w obecności rodziny nawet w rękawiczkach. Pomyślała, że poczeka, aż wszyscy gdzieś pójdą. Jak wiadomo w dużej rodzinie można na to czekać dość długo. Matka czekała.

Córka szykowała się do studniówki. Suknia z gorsetem leżała jak ulana, buty na szpilce, pierwsze w życiu na tak wysokiej szpilce, stały w przedpokoju i obiecywały cudny bal. Niestety, fryzura nie dawała się ułożyć. Pod nieobecność Matki Córka sięgnęła na najwyższą półkę w szafie po tradycyjne walki do włosów, które jak wiadomo działają zawsze. Przy okazji zrzuciła kankę do lewatywy i zobaczyła w kącie na półce przepiękny kryształowy słoiczek. Porównawszy go w myślach do zgrzebnych plastikowych opakowań z kemem przeciwzmarszczkowym lub nawilżającym oraz "na noc" i "pod oczy" stojącymi w łazience aż zapiszczała z uciechy. Zdjęła go z wysokiej półki, odkręciła, powąchała, uznała, że to cudowny balsam do skóry i wysmarowała się maścią obficie.
Makijaż dał się wykonać na nawilżonej i rozświetlonej skórze. Córka wyglądała przepięknie.
Można to zobaczyć na wykonanych tuż po polonezie zdjęciach. W połowie przyjęcia poczuła, że lekko swędzi ją twarz, szyja, dekolt, dłonie i te miejsca na udach w które wytarła ręce po nasmarowaniu twarzy. O szóstej rano, gdy zapalały się uliczne latarnie, odprowadzający ją chłopak spojrzał na nią, wrzasnął i uciekł. W domu Córka ujrzała w lustrze, że całą twarz, szyję i dekolt porasta sierść jak u psa, ruda i kędzierzawa, z czarnym marmurkowaniem. Blond loki wyrosły na dłoniach a na udach widoczne były pasma czarnej, dziczej szczeciny.
Sprzedawczyni mówiła prawdę, to była bardzo skuteczna maść. Żadna metoda depilacji nigdy już nie uwolniła Córki od tej sierści.
Uznano to za Dopust Boży i Nieszczęście. Matka nie przyznała się do nabycia prześlicznego słoiczka.

Morał: Nie ruszaj, jak nie twoje.
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Starsza, okutana grubo kobieta niepewnie szła po oblodzonym chodniku. Aza i Mikuś, jej dwa kundelki biegły przodem. Znały trasę spaceru, pokonywały ją od lat. Obwąchały stojaki koszy na śmiecie, latarnie, posiusiały tu i tam. Nie oddalały się od swojej pani.
Kobieta czasem gwizdała na psiaki. Aza, posiwiała już nieco i trochę sterana życiem pobiegła bokiem obok płotu. Mały Mikuś z łapą przetrąconą w dawnej potyczce trzymał się bliżej pani.
Na ich stałej trasie jakiś czas temu pojawił się płot z furtką. Nic im to nie przeszkadzało, bo furtka była stale otwarta, a ścieżka była jedyną odśnieżoną dróżką w okolicy prowadzącą na psi wybieg.
Dziś przy furtce spotkali mężczyznę w waciaku i walonkach montującego na furtce tabliczkę z przekreślonym wizerunkiem owczarka niemieckiego. Psom Wstęp Surowo Wzbroniony - głosiła.
Kobieta rozejrzała się, gwizdnęła na psy i powiedziała:
- Chodźcie dookoła, czytać nie umiecie?
Aza i Mikuś spojrzeli na siebie, trącili się nosami jak to psy mają w zwyczaju i rozejrzały się dookoła. Poza mężczyzną montującym tabliczkę wokoło nie było żywej duszy.
Kobieta odwróciła się i zaczęła iść w inną stronę. Aza kiwnęła łbem, Mikuś burknął. Umieli czytać intencje swojej Pani.
Bezszelestnie i w mgnieniu oka z czarnego, posiwiałego karku Azy wyrosło siedem głów i para ogromnych skrzydeł, jej ogon zamienił się w długi, wężowy, pokryty łuską kształt zakończony złocistą strzałą a na łapach wyrosły potężne szpony. Błyskawicznie pożarła i mężczyznę ze śrubokrętem i tabliczkę już prawie przytwierdzoną do furtki.
Mikuś, który wyglądał teraz jak skrzyżowanie lwa  z orłem, czyli jak tradycyjny gryf z bajki pobiegł za kobietą.
-Już możemy iść, powiedział.
Kobieta westchnęła:
-Nie mogliście się zamienić w dzieciaki? To teren szkoły.
O Pani, rzekli, nie pamiętasz, że zamienianie się w człowieka jest nam Surowo Wzbronione?
A skoro tabliczki na furtce już nie było, smok znów był Azą a gryf Mikusiem i już nie umieli mówić. I poszli sobie razem stałą trasą na psi wybieg.